Recenzja: Rhye Woman

Data: 23 marca 2013 Autor: Komentarzy:

Rhye

Woman (2013)

Polydor

Sophisti-pop nadal ma się dobrze. Po zeszłorocznym, nad wyraz dobrze przyjętym debiucie Jessie Ware, przyszedł czas na kanadyjsko-duński duet producencko-wokalny Rhye.

Rhye eksplorują te same muzyczne zakątki, które w zeszłym roku odwiedziła wspomniana już Ware. Elegancki klasyczny soul zostaje tu subtelnie wpisany przy pomocy elektronicznych i smooth jazzowych niuansów w kontekst współczesnej sceny R&B. I byłaby to pewnie jedynie kolejna płyta tego coraz bardziej wziętego nurtu, gdyby nie to, że Rhye wydają się wiedzieć jak podejść do tematu lepiej niż ktokolwiek inny.

Woman to zmysłowy hołd złożony kobietom i miłości do nich. Choć Rhye nie boją się wchodzić w romantyczne detale, album jest niesamowicie stonowany i od początku do końca utrzymany w niewspółcześnie dobrym guście. Płyta sprawia wrażenie gruntownie przemyślanej — poszczególne utwory stapiają się ze sobą zachowując przy tym swój odrębny charakter. I tak oto kameralne „Open” uzupełniają delikatne harmonie „The Fall”, które następnie zdaje się płynnie przechodzić w pościelowe disco „Last Dance”.

To, co na debiucie Ware było mechaniczne i odległe, tu przychodzi dużo bardziej naturalnie. Może dlatego, że zamiast zimnych syntezatorów, użyto całej gamy żywych instrumentów — od smyczków, przez klawisze, po dęciaki, na które pieczołowicie zaaranżowano cały album z dbałością o najmniejsze choćby detale. To, wraz z kojącymi, stonowanymi wokalami Mike’a Milosha, zasadniczo skraca dystans między artystą a słuchaczem, tworząc niepowtarzalną atmosferę bliskości i intymności.

Komentarze

komentarzy