
Kid Cudi
Indicud (2013)
G.O.O.D Music / Wicked Awesome

Kid Cudi rzucił się na głęboką wodę biorąc na swoje barki produkcję całego albumu. Owszem, zajmowanie się robieniem bitów przez raperów stało się ostatnio bardzo modne, ale czy każdy powinien się za to brać? Wydaje się, że nie, a przynajmniej nie bez pomocy bardziej od siebie doświadczonych w tej dziedzinie. Zapowiadając Indicud, artysta obiecywał stworzenie jednego z najlepszych albumów w historii, lecz czy rzeczywiście tak się stało? Sprzedając 140. tys kopii w pierwszym tygodniu raper wylądował na drugim miejscu listy Billboard Top 200, ale liczby chyba nieco fałszywie ukazują rzeczywisty obraz krążka.
Będąc tak pewnym siebie i przekonanym o wielkości swojej muzyki Cudi spowodował, że rzeczywiście uwierzyłem, iż może to być krążek, który zmieni grę. Wierzyłem w to nawet po trzech nie do końca przekonujących singlach. Jednak po kilku premierowych przesłuchaniach już wiedziałem, że treść przerosła formę. O tyle, o ile zrozumiałym ruchem może być odejście od bocianiego gniazda jakim była wytwórnia G.O.O.D Music na rzecz stworzenia własnego ciepłego kącika, o tyle brak innych producentów oraz muzyków na liście tworzących album to już gruba przesada. Cudder nie jest typem artysty, który od początku zajmował się robieniem bitów — nie jest Kanye Westem, ani nawet Hit-Boy’em, nie potrafi tego robić na tak dobrym poziomie, żeby pociągnąć cały album. To sztuka jak każda inna, która wymaga dużej praktyki. Kilka średnio ekscytujących gitarowych akordów, tak jak ma to miejsce w przypadku „Immortal” czy „New York City Rage Fest” nie czyni utworu genialnym. Brak obecności ludzi, którzy wykreowali jego brzmienie na przestrzeni lat — Dot Da Geniusa, bitmejkera Emile oraz muzyków pokroju wspomnianego już Kanye Westa czy Jeffa Bhaskera sprawia, że album brzmi mocno amatorsko, brakuje mu doświadczenia oraz wyjątkowości, która do tej pory zawsze towarzyszyła muzyce Scotta Mescudiego. Utwory „Mad Solar”, „Burn Baby Burn” oraz pełne gwiazdorskich kolaboracji „Solo Dolo Part II” i „Brothers” to nic innego jak zapętlone 8 taktów, które wtórują od pierwszej do ostatniej sekundy w ten sam sposób i nie ratują ich nawet niezłe wersy napisane przez Kendricka, A$APa Rocky’ego oraz King Chipa. Aha, no i RZA swoim „Beez” zdecydowanie przyćmił wszystkie pozostałe rapsy na całym albumie – Scott, nie wstyd to tak?
Nie znaczy to jednak, że krążek jest całkiem do bani. To co nieco ratuje i poprawia wizerunek płyty to kilka rodzynek wewnątrz tego nieco nadpsutego tortu. Mam na myśli refreny i śpiewane melodie, z których Cudder nie od dziś słynie. Choć nie ma co porównywać wokalnych fraz nagranych na Indicud do jego najlepszych tego typu osiągnięć z utworów „Gorgeous” czy „Soundtrack to My Life”, to w kawałkach „Red Eye”, w którym świetnie zaprezentował się indie popowy zespół Haim oraz w „Cold Blooded” Cudi serwuje to, co w nim najlepsze. Tajemnicze, groteskowe a zarazem chwytliwe podkłady oraz poszukiwanie sensu i odnalezienie prawdy w warstwie lirycznej to coś, czego od niego oczekujemy i czego zdecydowanie na płycie zabrakło.
No ale właśnie, czy artysta chce, żeby jego muzyka była przewidywalna? Z pewnością nie taki był zamiar króla smutku i samotności. Pośród nudnych i monotonnych bitów ciężko znaleźć jakieś pozytywne strony kolejnej solówki rapera z Cleveland, a statystyk nie poprawia nawet szalona kolaboracja z Michaelem Boltonem, który w 9 minutowym „Afterwards” namawia nas na sprowadzenie swoich przyjaciół do domu na dobry after. Brak profesjonalizmu i doświadczenia ostatecznie przegrywa z odwagą i śmiałością wyprodukowania albumu przez samego siebie. Jako wytrawny fan muzyki jestem zdania, iż najlepsze produkcje powstają zawsze przy współpracy kilkunastu osób – na co wskazuje zresztą historia wielu klasycznych albumów.
Trzecie solo artysty to pierwsza samodzielna próba stworzenia muzyki od podstaw, gdzie cały proces twórczy był zależny tylko od Cudi’ego — i być może to go w jakiś sposób rozgrzesza. Jednak biorąc pod uwagę same fakty, jest to średnio udana próba. Indicud okazuje się być albumem pełnym sprzeczności, gdzie ciekawie zaaranżowane wokale przeplatają się z monotonnymi bitami. Tych ciekawych momentów jest jednak za mało, a zapowiadało się o wiele lepiej.


Komentarze