Relacja: Beyoncé na Orange Warsaw Festival

Data: 29 maja 2013 Autor: Komentarzy:

beylive

I: „Countdown”, czyli oczekiwania przed

Lejdi K: Doświadczenie mnie nauczyło, żeby oczekiwań przed koncertem nie posiadać. Po co później się rozczarowywać? O koncercie Beyoncé nasza redakcja wiedziała długo przed ogłoszeniem. Po początkowych kulminacyjnych zachwytach przy zdobyciu tej informacji i podczas zakupu biletu, życie płynęło dalej. Tak naprawdę chyba dopiero dwa dni przed zdałam sobie sprawę, że kolejne marzenie koncertowe się spełni. Wiedziałam, że jest to koncert festiwalowy, w ramach trasy, ale jednak. Spodziewałam się, że nie będzie dwóch scen i lewitowania pomiędzy nimi (chociaż znalazły się i takie redakcje, które to widziały w Polsce). Liczyłam jedynie na to, że Beyoncé pokaże klasę i potwierdzi swój kunszt wokalny na żywo – nie zawiodłam się wcale.

Souljunkie: Oczekiwania były ogromne. Koncert Beyoncé od lat był u mnie na liście wydarzeń, których pod żadnym wytłumaczeniem nie można przegapić. Sam występ ogłoszony zaraz po głośnym Super Bowl, a do tego rola głównej gwiazdy OWF tylko podnosiły atmosferę. Widząc codziennie plakat Beyoncé wielkości bloku mieszkalnego trudno było zapomnieć, na czyj koncert niecierpliwie czekam.

Eye Ma: Duże. Zwłaszcza jak się obejrzy koncert na Glastonbury i całe mnóstwo innych występów na żywo. Przypuszczałam, że będzie to jeden z najlepszych koncertów na jakim będę. O ile nie najlepszy. Format zbliżony do występu Kanye Westa na CLFM 2011. Definitywnie Beyoncé była na mojej koncertowej liście marzeń.

Dżesi: Szczerze mówiąc nie zastanawiałam się za bardzo nad tym, co dostaniemy od Królowej. Wielokrotnie oglądając jej występy na innych koncertach wiedziałam, że pokaże klasę i jak zwykle da z siebie 100%. Nie ukrywam jednak, że liczyłam na grubą imprezę, ból nóg od wygibasów i zdarte gardło. Czy tak było – o tym później.

Chojny: Spodziewałem się dokładnie tego co dostałem – najlepszego muzycznego show na jakim byłem. Celowo piszę, że show – nie tylko dlatego, ze niektórzy prędzej by rzucili się w ogień niż nazwali ten występ stricte koncertem. Mieliby oni poniekąd trochę racji.

 

II: „Why Don’t You Love Me”, czyli strona techniczna

Lejdi K: Tutaj sobie ponarzekam, a co, chociaż nie tak bardzo jakby się wszystkim mogło wydawać. Zacznijmy od nagłośnienia, które podczas większości edycji Orange Warsaw Festival było kwestią sporną. Nie oszukujmy się, Stadion Narodowy jest miejscem na 75 tys ludzi, na Konferencji Prasowej dowiedzieliśmy się, że w dniu koncertu Beyoncé zapełni stadion na 52 tysiące. Ciężko jest wszystkim dogodzić. W tym przypadku jakość nagłośnienia zależała od… punktu siedzenia/stania, tak samo z resztą jak rok temu. Byłam na trybunach po lewej, tych najbliżej sceny. Jakość numerów była dobra, nie rozumiałam tylko czasem co mówi do nas sama Królowa.

Souljunkie: Na koncercie Basement Jaxx nic nie dało się zrozumieć, na Beyoncé było na szczęście bez zarzutu. No, może z paroma wyjątkami jak „Crazy In Love”. Był to pierwszy OWF na Stadionie Narodowym, ale organizatorzy dali radę. Sporo atrakcji wokół stadionu, fajne miasteczko festiwalowe. Oczekiwanie na koncert wieczoru upływało bardzo przyjemnie.

Eye Ma: Nie ma się co tutaj oszukiwać – stadion nie jest w 100% przystosowany do takich wydarzeń, zwłaszcza pod względem technicznym. Co prawda jakość nagłośnienia poprawiała się z artysty na artystę, ale i tak mam wrażenie, że były momenty w których akustycy po prostu ogłuchli.

Dżesi: Przyznać muszę, że w tym roku byłam wyjątkowo pozytywnie zaskoczona organizacją festiwalu. Panował porządek, wszystko było dokładnie pilnowane, nie mieliśmy też żadnych trudności z dostaniem się gdziekolwiek. Zawiodło jednak nagłośnienie Stadionu Narodowego – płyta była pod względem akustycznym fatalna nawet przy w pełni zapełnionym stadionie. Dźwięki zlewały się ze sobą, nie można było wyłapać poszczególnych instrumentów, niekiedy ciężko było również wychwycić co w danym momencie mówią do nas artyści. Na całe szczęście udało się uniknąć echa, które obecne było podczas ubiegłorocznych edycji. Oprócz nagłośnienia, na które osobiście jestem bardzo wyczulona, zawiodła mnie także scena – dla ludzi siedzących na trybunach z pewnością wszystko wyglądało pięknie, jednak ja, dziewczyna mająca 170 cm wzrostu, widziałam niewiele do momentu, kiedy nie zaczęłam stać na palcach. Metr wyższe rusztowania, a z pewnością wszyscy byliby zadowoleni.

Chojny: Czytając komentarze w sieci odnoszę wrażenie, że jestem jedyną osobą z obecnych na płycie, która nie miała prawie żadnych problemu ani ze zrozumieniem słów wokalistki, ani z percepcją wszystkich muzycznych smaczków. Na Cypressach przecież było o wiele gorzej – więcej informacji w relacji.

 

bey 2

 

III: „Me, Myself and I”, czyli wokal

Lejdi K: Punkt dla mnie osobiście najważniejszy, chociaż jak ostatnio na naszym fejsie się okazało – nie dla wszystkich. Wróćmy jednak do Beyoncé. W trakcie koncertu zbierałam szczękę z podłogi wychodząc z zachwytu, jednocześnie zadając sobie pytanie „JAK ONA TO ROBI??!”. Moja wiedza na temat tańców ogranicza się tylko do programów telewizyjnych, więc opinia laika w sumie, ALE, nawet tam, po minucie tańca wszyscy z zadyszki nie mogą nawet wypowiedzieć zdania „Wysyłajcie na mnie SMS-y, bo pójdę do domu”. A Beyoncé przy praktycznie ciągłym tańcu, wydawała z siebie dźwięki podparte przeponą, czyste i trafione. Czekałam na „Love On Top”, może tam przy stopniowym podwyższaniu tonacji na końcu by jej się głosiwo podwinęło, nic z tych rzeczy. Zobaczcie na filmiku – klasa.

Souljunkie: Przez pół koncertu nie mogłem uwierzyć, że słyszę taki głos na żywo. Miałem obawy, że przez napięty grafik koncertów na trasie jej wokal będzie osłabiony, ale Beyoncé dała w Warszawie prawdziwy popis swoich możliwości.

Eye Ma: Nikt chyba nie miał wątpliwości co do wokalu – głos Beyoncé jest cudowny.

Dżesi: Tematu wokalu Beyoncé rozwijać za bardzo chyba nie trzeba. Bezproblemowe przechodzenie z niskich rejestrów w te wysokie, żadnego, choćby najmniejszego fałszu – i to nawet przy skakaniu po scenie, piękne emocje oddawane za pomocą głosu… Talent i profesjonalizm, wydaje mi się, że są to słowa najlepiej oddające to, czego posiadaczką jest pani Carter.

Chojny: Mówcie sobie co chcecie na temat otoczki, dla mnie najważniejsze, że wokalistka spełniła swoją rolę jako wokalistka. Może nie zawsze było czysto i pięknie jak w studiu, ale bierzmy poprawkę na intensywną choreografię występu, ok?

 

IV: „Sing a Song”, czyli selekcja utworów

Lejdi K: W internecie od dawna widniała lista numerów, które Beyoncé wykonuje podczas tej trasy, jednak jakoś szczególnie nie chciałam się z nią zaznajamiać, lubię być zaskakiwana. Czekałam oczywiście na swoje ulubione kawałki. Lubię ten moment przy pierwszych dźwiękach piosenki, który pozwala mi sprawdzić swoją wiedzę i wytypować nadchodzący numer. Mrs Carter wyrzuciła z playlisty „Schoolin Life” co mnie trochę zabolało. Wspaniale było usłyszeć piosenki, które rozbujają każdą imprezę, ale też te, przy których łezka nie raz pociekła na żywo. Najbardziej zabrakło mi „I Was Here” i „Bow Down”, z naciskiem na to drugie.

Souljunkie: Może i błędem było wcześniejsze zaglądanie w setlistę, ale widząc na niej takie kawałki jak „Schoolin Life” czy „Survivor” trudno bylo ich nie oczekiwać. Szkoda, że zabrakło tych numerów, przy tym drugim dobrze bawiałby się nawet przypadkowa osoba na stadionie. W szczególności, że był też jeden niepotrzebny utwór. Nie jestem przekonany do śpiewania na trasie bardzo średniego „Grown Woman”. Promowanie nowych utworów przed wydaniem płyty to dobre posunięcie, ale tutaj właściwie nie wiadomo, czy to singiel i co promuje. Największym zaskoczeniem okazało się „I Care”. Wykonanie na żywo powala, uwielbiam zaskoczenie, kiedy zwykły utwór, a nie wszystkim znany hit kradnie show.

Eye Ma: Na pewno obyłabym się bez piosenek, które zahaczają o erę B’Day – „Flaws and All”, „Get Me Bodied” czy „Freakum Dress”. W zamian za to proponowałabym dorzucić mały miks najsłynniejszych featuringów – „Telephone” z Lady Gagą, „Beautiful Liar” z Shakirą czy „03 Bonnie & Clyde” z Jayem-Z. Jako, że była to impreza Orange, a nie pełnoprawny koncert Bee, wokalistka pominęła także dwa moje faworyty: „Schoolin’ Life” oraz „Survivor”. Dodałabym jeszcze ze dwa numery Destiny’s Child – w końcu to duża cześć kariery Królowej.

Dżesi: Na dobrą sprawę wszystkie piosenki, które chciałam usłyszeć, były zawarte w setliście. Pojawia się więc pytanie, dlaczego, pomimo tego, nie jestem w pełni zadowolona? Otóż do pełni satysfakcji zabrakło mi tak naprawdę utworów zaprezentowanych… w całości. Półtorej-dwie minuty były dla mnie niewystarczające, aby zdążyć napawać się radością z tego, co słyszałam.

Chojny: Bezcenne byłoby usłyszeć „Bow Down”, choćby jako instrumentalne intro, tym bardziej że jest to w sumie utwór reklamujący całą trasę. Poza tym nie mam żadnych pretensji. Dopiero następnego dnia przypomniałem sobie, ze zabrakło takich mega przebojów jak „Sweet Dreams” i „Best Thing I Never had” – co oznacza, że jednak nie były mi tak bardzo potrzebne do szczęścia.

 

bey 3

 

V: „Upgrade U”, czyli aranżacja

Lejdi K: Nie do końca przemówił do mnie podkład z piosenki „Bitter Sweet Symphony” przy „If I Were A Boy”. Do tego jedynie mogę się przyczepić. Pozostałe numery bez zarzutów. Poucinane zwrotki, skrócone wersje piosenek przy 100 -minutowym koncercie zanikają w pamięci. Na specjalną uwagę zasługują muzycy, rewelacyjna perkusistka, sekcja dęta i gitarzystka – wielokrotnie wywoływana przez B. na środek. Od lat zachwyca mnie obecność samych dziewczyn w zespole Beyoncé.

Souljunkie: Aranżacjom nie można niczego zarzucić, ale jak można było tak brutalnie skrócić „Love On Top”? Jedno przebranie mniej i mógłbym cieszyć się całością jednego z moich ulubionych utworów Beyoncé na żywo.

Eye Ma: Nie znam się na ósemkach, ćwierćnutach i nutach, ale podejrzewam, że dla Beyoncé grają tylko najlepsi, a w zasadzie najlepsze. Zaskoczyła mnie „mroczna” wersja „If I Were a Boy” połączona z klasycznym „Bitter Sweet Symphony”. Koncerty to doskonała okazja do tego, by bawić się aranżacjami. Jedna uwaga i coś co mnie momentami bolało – nie wszystkie piosenki grane były w całości.

Dżesi: Właściwie wielu zmian w aranżacji utworów nie było, ale to, co zostało edytowane raczej mi się podobało. Po tylu latach występów i maglowania tych samych numerów (ze względu na ich status „klasyków”) zawsze miło jest usłyszeć inaczej brzmiącą wersję. Wrócić jednak muszę do wyżej rozpoczętego tematu długości wykonań – za każdym razem, kiedy zaczynałam wczuwać się w dany hit, to jest bujać się, skakać, wydzierać i najzwyczajniej w świecie radować, wszystko po chwili się kończyło. Odnoszę wrażenie, że Bey zdecydowała skupić się na intensywnym pokazaniu zgromadzonej publiczności jak dużo potrafi i jak rewelacyjnie (tego podważyć nie można) robi to wszystko na raz, miast na tym, by przedstawić może nieco mniej, ale w za to w pełni. A w jaki sposób mogła doprowadzić (mnie) do stanu euforii przeczytać będziecie mogli trochę niżej.

Chojny: Granie fragmentów utworów nie jest niczym nowym na popowych koncertach, ale jednak przykro mi było, ze Bee okroiła takie idealne na koncert single jak „Freakum Dress” i „Get Me Bodied”. Wszystko co najważniejsze chyba jednak zagrała w satysfakcjonujących wersjach, szczególnie zachwyciła mnie aranżacja „Why Don’t You Love Me”. Znakomite instrumentalistki – nie dziwię się, że i Prince ostatnio postawił na kobiety w zespole.

 

VI: „Video Phone”, czyli strona wizualna

Lejdi K: Z tego co słyszałam, na innych koncertach strona ta była o wiele bardziej rozwinięta. Chociaż jak na warunki festiwalowe u nas i tak było dobrze. Wielkie wrażenie zrobił początek, gra świateł, wprowadzenie królowej. Ciekawy pomysł wprowadzeniami do poszczególnych utworów, płynne przechodzenie z klimatu tanecznego, do tego lirycznego i odwrotnie. Jako fanka wszelkich efektów specjalnych nie muszę mówić jak ucieszył mnie zrobił złoty deszcz i płonąca gitara. Show na światowym poziomie. Najlepszym jednak aspektem strony wizualnej byli tancerze. Les Twins perfekcyjni tak bardzo, że bardziej się nie da.

Souljunkie: Od strony wizualnej show było bezbłędne. Każdy element był maksymalnie dopracowany, a jedynym niezaplanowanym elementem koncertu wydaje się akcja polskich fanów. Brak spontaniczności? Nie. Beyoncé wniosła swoje występy na taki poziom, gdzie nie ma już miejsca na pomyłki. Kilka filmików było naprawdę świetnych, ale przy niektórych czekałem, żeby Beyoncé w końcu pojawiła się na scenie. Ogromny plus za opening i mocne wejście.

Eye Ma: Jeśli chodzi o wizualizacje to jestem trochę rozczarowana. Nikt mi nie powie, że filmiki puszczane w czasie koncertu były spójne. Beyoncé jako majestatyczna Królowa, skrót klipu „Countdown”, kilka scen z życia prywatnego. Chaos. Za dużo przerw pomiędzy numerami, ale o tym za moment. Dobrze chociaż, że czas przebieranek B. został wynagrodzony niezwykle udanymi przerywnikami, w których główną roli grali Bliźniacy. Niesamowicie utalentowani tancerze.

Dżesi: Na stronę wizualną narzekać nie będę, bo zadbany został każdy, najmniejszy nawet detal, zarówno jeśli chodzi o krótkie materiały video czy przedstawienia graficzne podczas piosenek, do których układy taneczne (tym do „Single Ladies” na żywo zachwyciłam się jeszcze bardziej, niż robiłam to do tej pory). Choć nie ukrywam, że z tego wszystkiego chyba najbardziej podobał mi się jednak las niebieskich balonów sprezentowany przez fanów dla Królowej, która jedną sztukę zgarnęła nawet dla siebie. Gdyby zapytać o to ją samą, pewnie by się ze mną zgodziła, że był to jeden z najbardziej wzruszających momentów podczas całego show.

Chojny: Na tańcu się nie znam, ale obeznanie nie było konieczne by zauważyć jak Les Twins ukradli pod tym względem wieczór. Balety, filmy, złote confetti – wszystkiego już po trochu doświadczyłem na innych koncertach. Zobaczy to wszystko naraz podczas jednego show też było samo w sobie niezłym przeżyciem.

 

bey 4

 

VII: „Freakum Dress”, czyli pokaz mody

Lejdi K: Zbędny punkt, serio będziemy skupiać się na strojach? Ile razy się przebierała? Nieważne zupełnie, bo za każdym razem wyglądała pięknie i efektownie, a koncertowi nie ujmowało to niczego. Ciekawi mnie tylko dlaczego nie założyła góry od kostiumu za 19,90.

Souljunkie: Być może królewskie tytuły nie pozwalają wokalistom śpiewać dwóch piosenek w tej samej sukience, ale nawet Madonna rok temu na Narodowym była częściej na scenie. Ciągłe przebieranki (kosztem skracania wykonywanych utworów) były po prostu zbęde i momentami odbierały one dynamiczności całego koncertu. Dlatego występ Beyoncé na Glastonbury ma dla mnie wyższość nad innymi.

Eye Ma: Pokaz mody – coś w tym jest. W czasie występu Beyoncé przebierała się… dzewięć razy! Dwie godziny śpiewania dzielone na dziewięć to… ekhm, szybka matematyka zawodzi, ale nie trzeba mówić na głos, że to jednak za dużo. Jak dla mnie, mogłaby śpiewać „Freakum Dress” nawet w spodniach, byle by dłużej została na scenie. Na pewno jednak zazdroszczę jej tego jak bosko wygląda w białej sukience oraz brokatowym niebieskim kombinezonie.

Dżesi: O, i to jest właśnie to, co w koncercie przeszkadzało mi najbardziej. Występ Beyoncé trwał około stu minut, a w jego trakcie artystka zdążyła przebrać się dziewięć (!) razy. Zdecydowanie wolałabym dłużej podziwiać jej niezaprzeczalny talent wokalny, niżeli kolejną „freakum dress”. Gdyby zmian strojów było o jakieś sześć razy mniej, to wtedy otrzymalibyśmy performance bogatszy o około dziesięć minut. Ten czas artystka poświęcić mogłaby na zaśpiewanie około pięćiu-sześciu utworów w całości. Czyż nie brzmi to piękniej? Wizja takiego show wewnętrznie satysfakcjonuje mnie o niebo bardziej. No ale jak to się mówi, nie można mieć wszystkiego.

Chojny: Jako mężczyzna stwierdzam, że lepiej było zobaczyć Beyoncé w dziesięciu różnych ubiorach niż w jednym. Oczywiście show nic by bez tego nie stracił, ale zupełnie nie rozumiem demonizacji tego aspektu – zwłaszcza, że wizualizacje i tancerze skutecznie umilały nam czas przebieranek.

 

VIII: „Irreplaceable”, czyli publiczność

Lejdi K: Jak już gdzieś wyżej pisałam, punkt widzenia i tutaj zależy od punktu siedzenia. Trybuny – wiele przypadkowych ludzi łażących w kółko po browara. Ale wiecie co? Patrząc z góry na to co działo się na GC i płycie, łzy miałam ze wzruszenia (albo z zimna). Akcja z niebieskimi balonami przebiła chyba najśmielsze oczekiwania samych jej organizatorów. Pstrykanie razem z Beyoncé w dziwnej pozie do „Love On Top” i machanie rękami w lewą stronę przy „Irreplaceable” pokazuje, że królowa ma doskonały wpływ na „swoich” ludzi. Publiczność doskonała. A teraz przyznać się złociaki, komu udało się dotknąć artystkę, gdy zeszła do Was ze sceny?

Souljunkie: Obawiałem się, że na trybunach nie będzie zabawy. Błąd. Chociaż sam już przed koncertem załatwiłem sobie stojącą miejscówkę w przejściu, to po pierwszych dźwiękach „I Been On” publiczność na stadionie wstała i tego wieczoru już nie usiadła. Mało było miejsca do tańczenia, ale wszyscy próbowali. Z góry akcja z balonami wyglądała fantastycznie.

Eye Ma: Jak to zwykle bywa na festiwalach, mieszanka ludzi, którzy przyszli z ciekawości/dla lansu z prawdziwymi fanami. Na płycie, gdzie ściskł był niesamowity, trudno mówić o jakiejkolwiek „zabawie koncertowej”, ale trzeba przyznać, że teksty znali wszyscy. Akcja z balonikami to jeden z najpiękniejszych momentów na koncercie. Wzruszyłam się.

Dżesi: Momentami odnosiłam wrażenie, że zdecydowana większość osób obecnych na Stadionie Narodowym przyszła tam tylko po to, żeby się polansować. Wszechobecna hipsteriada okazała się jednak mylnym wrażeniem, ponieważ w trakcie koncertu można było przekonać się o wierności fanów, o której świadczyć mogła akcja z niebieskimi balonami czy znajomość tekstów piosenek. Nie zabrakło również negatywnych spostrzeżeń co do ludzi, ale nad tym nie ma co się rozdrabniać.

Chojny: Przyznam szczerze, ze zaskoczony byłem sukcesem balonikowej akcji. Aż było mi głupio, że sam ze sobą nie wziąłem nawet jednego. Zresztą myślę, że nawet bez tego happeningu B. i tak byłaby zachwycona polską widownią.

 

bey 1

 

IX: „Bow Down”, czyli moment, którego nie zapomnicie

Lejdi K: Zdecydowanie niebieskie balony.

Souljunkie: „1+1”. Trudno mi cokolwiek napisać, bo na te kilka minut wyłączyłem się z koncertu. Po prostu perfekcyjne wykonanie, które nadal gdzieś mi dźwięczy w uszach. Muszę także wspomnieć o krótkim, ale niezapomnianym „I Will Always Love You”. Bez zbędnych efektów, piękny hołd dla Whitney Houston.

Eye Ma: Pierwsze dźwięki „Crazy In Love”. Miałam dwanaście lat, kiedy wraz z przyjaciółkami, wychwalałyśmy ten numer (przegrywany gdzieś od kogoś na kasecie) i klip (na MTV była kiedyś muzyka!) pod niebiosa. Gdyby ktoś powiedział mi wtedy, że kiedyś dane mi będzie usłyszeć to na żywo – nie uwierzyłabym. Mnóstwo wspomnień wywołanych w przeciągu kilku minut. Ogromny sentyment.

Dżesi: Bujająca się na bicepsie Beyoncé skóra, którą z dumą nam zaprezentowała. Durne wspomnienie, owszem, ale inne piękne chwile opiszą Wam pozostali redaktorzy – ja zachwycam się tym, jak słodka i ludzka była wtedy Bee.

Chojny: Nie miałem chyba żadnego szczególnego, będę miło wspominał jako całość. Za to ten Duńczyk z pewnością będzie miał o czym opowiadać wnukom.

 

X: „I Was Here”, czyli podsumowanie

Lejdi K: Podsumowując całość mogę stwierdzić jedynie, że nie uwierzyłabym komuś kto by to wszystko opowiedział, że było tak dobrze. Zachwycona jestem tak bardzo, że chyba wybiorę się na jeszcze jeden koncert z tej trasy :)

Souljunkie: Beyoncé często mówi na koncertach „Chcę, żebyście się dobrze bawili i zapomnieli o swoich problemach”. To zadanie zostało wykonane w Warszawie na 100%. Chciałem perfekcyjnego muzycznego show z najwyższej półki i takie dostałem. Można czepiać się pewnych elementów, ale po co? Lepiej trzymać Bey za słowo, że jeszcze do nas wróci.

Eye Ma: Pomimo kilku drobnych uwag, moje oczekiwania (i marzenie!) zostały spełnione. Beyoncé jest fenomenalna artystką i co najważniejsze – wszystko co słyszycie na płycie i co widzicie w teledyskach jest prawdziwe. Teraz wiem to na pewno.

Dżesi: Pomimo obawy przed zlinczowaniem nie będę pisać, że jestem zachwycona tym, co zaprezentowane zostało podczas Mrs. Carter Show, niech zrobią to inni. W moim wyobrażeniu nie było tylu marnotrawiących czas przebieranek, tylko gruba biba, po której przez tydzień nie mogłabym spać z wrażenia. Tymczasem dostałam głównie pokaz mody, tańca i prywatne nagrania. Niemniej jednak zdaję sobie sprawę, że pozytywne emocje mogły mi umknąć również z powodu wspomnianych niedogodności technicznych (w tym braku drugiej sceny, choć notabene niektórzy twierdzili, że ta jednak tam była). Mimo wszystko jestem niezmiernie szczęśliwa, że mogłam być uczestnikiem wydarzenia, które z pewnością wpisało się w koncertową historię Polski.

Chojny: Tak jak wspomniałem już na początku – moje oczekiwania zostały spełnione. Pani Carter zdała egzamin jako instytucja, jako ikona popkultury, ale również jako stricte wokalistka. Wydarzenia ze Stadionu Narodowego komentowała dla Was pięcioosobowa reprezentacja redakcji soulbowl.pl. Oddaję głos do studia (czytaj: czekamy na Wasze opinie w komentarzach).

Komentarze

komentarzy