beyonce

Recenzja: The Carters Everything Is Love

The Carters

Everything Is Love (2018)

Roc Nation / Parkwood Entertainment / Sony Music

Ostatnie wydawnictwa Beyoncé i Jaya-Z, przy wszystkich słusznych skądinąd zachwytach, jakie na ich temat pisano, przypominały kolejne sezony serialu obyczajowego. Z tą tylko różnicą, że udostępnione zostały w formie dźwiękowej i ekskluzywnie nie na Netfliksie, a na Tidalu. Najpierw Queen B została zdradzona przez męża, co przełożyło się na wszystko, co słyszymy na Lemonade. Później wyszło 4:44, na którym Jay-Z przyznał się do błędu i z całych sił ją przepraszał. Everything Is Love brzmi jak szczęśliwe zakończenie tej historii.

Ten album pokazuje, że mimo wszystkich przeciwności losu małżeńska miłość jednak zwyciężyła, co słychać już na samym początku w otwierającym płytę „Summer”. Wspólny krążek jednej z najbardziej rozpoznawalnych par amerykańskiego show-biznesu to jednak nie tylko potwierdzenie ich uczucia, ale też sukcesu w szerszym tego słowa znaczeniu. W „Apeshit” Jay-Z rapuje: „Powiedziałem „nie” występowi na Super Bowl/Wy potrzebujecie mnie, nie ja was”. Dodajmy także wymowny teledysk do utworu nakręcony w Luwrze i mamy jeszcze bardziej dosadnie pokazane, co państwo Carterowie chcieli przekazać na krążku. A jakby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, niech włączy „Heard About Us”, w którym para rozlicza się ze wszystkimi plotkami na swój temat — idą przez życie razem i nic nie może ich powstrzymać.

Nie jest to album dla Jaya czy Beyoncé przełomowy, ale nie można tej płycie odmówić rewelacyjnego wykonania, a do większości numerów z radością się wraca. Shawn Carter przy mikrofonie jak zwykle pokazuje klasę, a i sama Beyoncé równie dużo śpiewa, co rapuje. Ten zabieg wychodzi naprawdę dobrze, a niektórzy mówią wręcz, że może stanąć w jednym szeregu z Nicki Minaj i kto wie — może coś w tym jest. Muzycznie Everything Is Love to w dużej mierze klasyczne brzmienie oparte na soulowych samplach przy zachowaniu wszystkich najnowszych standardów. Świetny bit do wspomnianego wyżej „Summer” mógłby spokojnie trafić na któryś album Ghostface’a, a końcówka w postaci „Lovehappy”, z podkładem jakby żywcem wyjętym ze zbiorów Just Blaze’a, przypomina najlepsze dokonania Jaya-Z. Beyoncé zresztą też świetnie się na tym bicie odnalazła. Nie zabrakło także nieco bardziej trapowych akcentów — przyznać trzeba, że i one wyszły tu zaskakująco dobrze. „Apeshit”, a szczególnie „Nice” przykuwają uwagę słuchacza do głośnika już od pierwszych sekund i co ważne, nie ma się wrażenia, że Carterowie na siłę próbują iść z duchem czasu, czy przesadnie się odmłodzić. Wszystko wyszło zupełnie naturalnie.

W tej beczce miodu musiała jednak znaleźć się i kropla dziegciu. Środek albumu nie zachwyca. „Friends” czy „Heard About Us” są totalnie nijakie i nawet po kilku sesjach z materiałem trudno je sobie przypomnieć. Czego by jednak nie mówić, mimo że krążek nie stanowi przełomu w twórczości małżeńskiej pary, Everything Is Love jest naprawdę bardzo udanym materiałem. Poza kilkoma wyjątkami świetnie się go słucha i chyba o to przede wszystkim chodziło. No i przy okazji, wreszcie dostaliśmy szczęśliwe zakończenie małżeńskiej opery mydlanej.

Odsłuch: The Carters Everything Is Love

Wydane w sobotę bez żadnej zapowiedzi Everything Is Love ostało się ekskluzywnie na Tidalu niezbyt długo. Zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że Lemonade pani Carter i cała dyskografia pana Cartera są w dalszym ciągu na innych platformach strumieniowych niedostępne. Jeśli nie macie Tidala, w związku z czym nie słyszeliście pewnie jeszcze sensacyjnego małżeńskiego krążka państwa Carter, niesiemy go wam na spotifajowej tacy.

Tidal oskarżony o fingowanie liczby odtworzeń Beyoncé i Kanyego Westa

Przed dwoma laty w marcu 2016 roku wielu nie dowierzało, gdy Tidal oświadczył, że w ciągu pierwszych 10 dni ekskluzywnego streamingu The Life of Pablo Kanyego Westa w serwisie krążek doczekał się aż 250 milionów odsłon. W tym samym czasie platforma deklarowała tylko 3 miliony subskrybentów — każdy z nich musiałby w tym czasie odsłuchać album średnio 8 razy każdego dnia. Kilka miesięcy później kolejny rekord miało pobić Lemonade Beyoncé — następne wydawnictwo opublikowane w serwisie na wyłączność — tym razem deklarowanych streamów było 308 milionów w ciągu nieco ponad 2 tygodni. W zeszłym roku norweska gazeta Dagens Næringsliv w wyniku dziennikarskiego śledztwa dotarła do dokumentów potwierdzających, że liczby były wyssane z palca. Co więcej na ich podstawie ówczesna liczba faktycznych subskrybentów według zewnętrznych źródeł oszacowana została na 1 milion osób w skali całego świata.

Teraz Dagens Næringsliv ujawnia kolejne rewelacje dotyczące fingowania liczb streamingowych przez serwis Jaya Z. W centrum afery — Beyoncé i Kanye West — według gazety beneficjenci nawet kilkunastu tysięcy milionów fałszywych odtworzeń. To miało z kolei przyczynić się do wypłaty nienależnych tantiem kosztem innych artystów. Gazeta weszła w posiadanie dysku twardego z dotyczącymi odtworzeń utworów w serwisie poufnymi danymi — zgodnymi z deklarowanymi wytwórniom liczbami. Dziennik skonfrontował wyrywkowo dane przypisane konkretnym użytkownikom, wchodząc z niektórymi w bezpośredni kontakt. Była wśród nich m.in. Tiare Faatea, studentka prawa z Waszyngtonu, która w 24 godziny miała przesłuchać zawartość Lemonade 180 razy, czemu w rozmowie z tabloidem stanowczo zaprzeczyła.

Sprawą zainteresował się też Norweski Uniwersytet Nauki i Technologii, który opublikował przed miesiącem obszerny raport wykazujący manipulację danymi przez Tidal. Dokument przygotowany przez NTNU wykazuje m.in., że niektórzy z użytkowników musieliby słuchać wielu utworów z The Life of Pablo jednocześnie, co jest fizycznie i technicznie niemożliwe. W przypadku Lemonade z kolei kopiowano wcześniejsze faktyczne dane o odsłuchach, zmieniając jedynie godziny — zgodnie z raportem w tym przypadku utwory miały być słuchane przez użytkowników wielokrotnie w tej samej kolejności i przełączane w takim samym cyklu z dokładnością do milisekundy. W sumie wykryto ponad 150 milionów fałszywych streamów TLoP i ponad 170 milionów Lemonade. Szacuje się, że na podstawie danych o liczbie odtworzeń z Tidala TLoP zarobiło w lutym i marcu 2016 roku około 2 milionów euro, a Lemonade — w kwietniu i maju tego samego roku około 2,5 miliona dolarów.

Tidal stanowczo zaprzeczył wszystkim oskarżeniom, twierdząc, że raport uczelni został sfałszowany na zamówienie gazety. Podważył także wiarygodność i pochodzenie danych, na podstawie których go przygotowano.


Artykuł bazuje na przedruku oryginalnego tekstu Dagens Næringsliv, który ukazał się wczoraj na Music Business Worlwide.


Beyoncé zdominowała festiwal Coachella

Zdjęcie Larry Busacca/Getty Images for Coachella

All Hail the Queen! Ciężko było mi podnieść szczekę z podłogi po tym co usłyszałam i zobaczyłam podczas koncertu Beyoncé na tegorocznym festiwalu Coachella w Indio, Kalifornia. Zabrzmi to jak czcze słowa, ale wokalistka po raz kolejny podniosła sobie poprzeczkę i udowodniła, że jest tytanem występów live. Śmiem też podejrzewać, że zrekompensowała z nawiązka brak obecności na zeszłorocznej Coachelli.

Pięciokrotna zmiana kreacji (w tym nawet manikiuru!), ponad stu tancerzy, orkiestra, zmodyfikowany aranż utworów, genialnie stworzone przejścia i wstawki i ta kondycja Bey. Podczas prawie dwugodzinnego setu nie zabrakło też „niespodziewanych” gości. W trakcie „Deja Vu” do artystki dołączył Jay-Z, byliśmy świadkami ponownego reunionu Destiny’s Child (aczkolwiek poczułam lekki zawód z powodu braku LaTavi oraz LeToyi, a były ku temu przesłanki). Dodatkowo „Get Me Bodied” uświetnił taneczny układ sióstr Knowles. Wszystko jak za starych dobrych czasów.

Recenzja: Chloe x Halle The Kids Are Alright

Chloe x Halle

The Kids Are Alright (2018)

Parkwood

Trochę na wyrost przyrównałem chyba Chloe x Halle na ich rewelacyjnym zeszłorocznym mikstejpie The Two of Us do THEESatisfaction. Na wydanym przed tygodniem oficjalnym długogrającym debiucie dziewczyny postanowiły zamienić szaleńczą jazdę bez trzymanki na momentami całkiem angażującą, ale koniec końców odczuwalnie niesamodzielną wariację na dyskografii swojej mecenaski.

Beyoncé. To jedno słowo chyba najtrafniej opisuje nie tyle charakter, co brzmienie i naczelną inspirację The Kids Are Alright — to i dobrze, i źle. Chloe i Halle są niezwykle wprawione w imitowaniu swojej idolki w jej rozmaitych odsłonach. Do tego jeśli już kopiować uczyć się, to od najlepszych, a trudno o lepszy role model w uniwersum R&B niż pani Knowles Carter, która od dwóch dekad konsekwentnie trzyma całą scenę za jaja. Siotry Bailey wzięły więc Beyoncé trapową emancypatorkę, Beyoncé zdradzoną wojowniczkę, Beyoncé uczuciową i bez makijażu — tyle Beyoncé, ile tylko dały radę udźwignąć — i obdzieliły tym duchowym patronatem 52 minuty muzyki w 18 krótszych lub dłuższych odsłonach znanym już sobie z zeszłorocznego mikstejpu sposobem. I nie jest to w gruncie rzeczy zarzut, bo dziewczyny robią to bardzo sprawnie i momentami niemalże czynią swoim własnym. Niemalże, bo eksperymentatorskie zacięcie, psychodeliczny soulowy sznyt wymieniły w dużej mierze na ciężkostrawne hymniczne refreny, stadionowe aranże i trapowe bity. Tak ekscytującą szkicową formę przepełniły bardziej odtwórczymi pomysłami na gotowe do wysłania do radia piosenki. Efektem tego The Kids Are Alright najlepiej wyszłoby na downgradzie do wersji beta, a przynajmniej na uszczupleniu tracklisty o drugą połowę.

Nie, żeby nic na tę zmianę brzmienia nie wskazywało. Jeszcze w styczniu upubliczniono bijący po uszach radiową produkcją „Grown (From Grown-ish)” i krzykliwe „The Kids Are Alright”, a na początku marca hymniczne „Warrior” — wszystkie trzy zwiastowały zwrot duetu w stronę przetworzonego R&B o potencjalne komercyjnym. W taki oto sposób Chloe x Halle stały się kompromisowe. I to jest chyba właśnie największym problemem The Kids Are Alright. Dziewczyny pięknie śpiewają, same piszą swoje zaskakująco dojrzałe teksty i odpowiadają za brzmienie większości numerów na krążku, ale zabrakło tu chyba producenta wykonawczego z doświadczeniem, który wskazałby niespójności i usunął lub poprawił wypełniacze. Nie, żeby płycie brakowało hajlajtów — począwszy od bujającego „Hi Lo” z GoldLinkiem, przez „Everywhere”, jedną z ciekawszych propozycji spod znaku kobiecego trap&B obok nagrań Electrik Red i K. Michelle, aż po hipnotyzujące interludium „FaLaLa” dziewczyny mają swoje złote pasmo. Na swój sposób hipnotyzuje zresztą także kolejne „Fake” z Kari Faux — ale to jednak chyba najbardziej beyoncepodobny numer na krążku. Dobre wrażenie robi też koktajlowe R&B na lekkim trapowym podbiciu w „Down” oraz znacznie bardziej argresywne „Babybird”, które w mostku i refrenie znowu krzyczy do słuchacza — Beyoncé! Prześpiewany refren równoważy jednak dynamiczny trapowy bit. Końcówka krążka plasuje się z kolei na drugiej szali — to ten rodzaj utworów z repertuaru Beyoncé czy Alicii Keys, gdzie nie tyle wielkie ballady, a przeciętne midtempo ubrane zostają w szaty ponadczasowych stadionowych hymnów. Wieńczące The Kids Are Alright „Fall” jawi się jako pozbawiona jakiejkolwiek melodii i konsekwencji ułomna wersja „Skyfall” Adele.

Już nie joyride, a jazda po wertepach — z momentami, gdy naprawdę ładnie buja, ale i takimi, które targają słuchaczem na wszystkie strony, trapiąc go zupełnie bez powodu. To w gruncie rzeczy godny uwagi album, niestety zrobiony trochę bez wyczucia i doprawiony sążną szczyptą zmarnowanego potencjału.

Beyoncé i Jay-Z wystąpią w Warszawie!


No i stało się! Tym razem już oficjalnie możemy Was poinformować: Beyoncé i Jay-Z wystąpią w Warszawie!

Agencja Live Nation Polska dosłownie chwilę temu poinformowała, potwierdzając nasze wcześniejsze podejrzenia z lutego, że państwo Carter wystąpią 30 czerwca na Stadionie Narodowym w ramach europejskiej części wspólnej trasy koncertowej On The Run II.

Para po burzliwej zdradzie Jaya nagrała podobno płytę, na której zwierzają się na temat romansu, co miało być dla nich najlepszą formą terapii. Bey postanowiła jednak rozprawić się z niewiernym mężem solo, uderzając bardzo silnie — nagrała Lemonade. Carterowi w tej sytuacji nie pozostało nic innego, jak na oddzielnym albumie, 4:44, wytłumaczyć się ze swoich uczynków do wszystkiego się przyznając. Jako jednak, że w show-biznesie nic nie ginie oraz nic nie sprzedaje się tak jak prywatność, para (udowadniając, że nadal jest potęgą) postanowiła na tym zarobić. Efekty tego świetnie przemyślanego, jak zwykle zresztą u Knowles, planu marketingowego, usłyszeć i zobaczyć będziemy mogli już za trzy miesiące na Stadionie Narodowym.

Bilety dostępne będą w przedsprzedaży na platformie Tidal już 19 marca od godziny 10:00 czasu lokalnego (uwaga, opcja dostępna tylko dla użytkowników platformy). Oferta ta będzie obowiązywać do 22 marca, a jeszcze tego samego dnia wystartuje sprzedaż na stronie Live Nation.

Co to będzie za show!

WYDARZENIE NA FACEBOOKU

DJ Khaled zapowiada nowy album

Rok bez albumu od DJ-a Khaleda byłby prawdopodobnie rokiem straconym. Nie będziemy mieli okazji, by się o tym przekonać, gdyż krzykacz z Miami właśnie zapowiedział nadejście nowego projektu. W sieci pojawił się singiel „Top Off”, na którym udzielają się Jay Z (w ostatnich latach dość regularnie pojawia się na płytach Khaleda), Beyonce oraz Future. Jak prezentuje się sam kawałek? To już pozostawiam do osobistej oceny. Producentem wykonawczym projektu po raz kolejny ma być pierworodny Khaleda. A jeśli uważacie, że młody zasługuje na jeszcze większy rozgłos, to z pewnością ucieszy was tytuł albumu – Father of Asahd. Jeszcze nie wiadomo, kiedy jedenasta płyta Khaleda ujrzy światło dzienne, ale bez wątpienia gospodarz zadba, by było o niej głośno.

Beyoncé i Jay-Z wystąpią w tym roku w Polsce?


Nie wiem czy pamiętacie, ale w październiku 2012 jako pierwsi wywróżyliśmy z fusów, że Beyoncé wpadnie do Polski na koncert. Kilka miesięcy później nasza wróżba się spełniła i największa gwiazda muzyki pop ogłosiła europejską część trasy koncertowej, w tym występ podczas Orange Warsaw Festival.

Teraz, choć informacja również nie jest potwierdzona, lecimy za głosem źródeł, bowiem od kilku dni krążą słuchy, że Yoncé ponownie odwiedzi nasz kraj — tym razem w towarzystwie Jaya-Z. Jak wiadomo najbogatsza para show-biznesu ma za sobą poważny kryzys małżeński związany ze zdradą Cartera (sic!), co zaowocowało dość szczerymi wydawnictwami obojga. A co byłoby lepszą promocją i podbiciem i tak ogromnego już majątku, niż właśnie wspólna trasa?

Jak będzie — czas pokaże, ale możecie w kalendarzach ołówkiem zakreślić 30 czerwca.

Wyznania Jaya-Z: przyjaźń, rodzina i… album z Beyoncé

Od kilku dni Jay-Z płynie na fali nominacji do nagród Grammy za fantastyczny album „4:44”. W obszernym wywiadzie dla T Magazine, który ukazał się wczoraj, raper poszedł za ciosem i, podobnie jak w warstwie lirycznej swojego ostatniego dzieła, szczerze spowiadał się nie tylko z najnowszych produkcji, ale także okoliczności, jakie towarzyszyły ich powstawaniu.

Hova przyznał się do zdrady, o której świat dowiedział się z „Lemonade” — doskonale znanego wydawnictwa jego żony Beyoncé. Ujawnił również, że wspomniane bolesne wydarzenie stało się przyczyną „twórczej terapii”, w ramach jakiej państwo Carter „zaczęli razem pracować nad muzyką”. „Utwory, które [Beyoncé] robiła w tym czasie, były o wiele bliższe ukończenia, więc ostatecznie jej płyta wyszła zamiast naszej wspólnej” – powiedział artysta i dodał, że „nadal mają sporo kawałków” z tego okresu.

Warto wspomnieć, że podczas rozmowy poruszono także wątki orientacji seksualnej matki Jaya czy, co bardzo istotne, przyjaźni z Kanye Westem. Bohater liryczny utworu „Big Brother” wyznał, że chociaż ich zażyłość „stała się skomplikowana” i „są rzeczy, których nie zaakceptuje”, między nim a Yeezym wciąż jest wiele „szczerej miłości”. Zapytany o uczucie wrogości, odpowiedział: „Takie rzeczy się zdarzają. (…) Może kiedy będziemy mieć po 89 lat, spojrzymy na te sześć miesięcy albo ilekolwiek i pośmiejemy się. (…)”

Czy możemy zatem pozwolić sobie na nadzieję, że jeszcze usłyszymy to, co w zanadrzu ukrywa królewska para świata hip-hopu (i nie tylko)? Kto wie – być może i autorzy „Watch the Throne” jeszcze spotkają się w studio… Po wywiadzie jedno jest pewne – powodów do muzycznych marzeń zdecydowanie nie brakuje!

Kolejna zaskakująca kolaboracja Eminema

Kolejna zaskakujaca kolaboracja Eminema

Była już Rihanna, P!nk, Sia, a nawet Gwen Stefani. Tym razem Eminem zaprosił do współpracy sławną Beyoncé, z którą stworzył całkiem ciekawy kawałek „Walk on Water”. To introspekcyjny utwór, w którym raper, z niewielką pomocą anielskiego wokalu Bey, otwarcie opowiada o swoim uzależnieniu od narkotyków i rozlicza się z przeszłością. Singiel jest zapowiedzią nadchodzącego albumu Eminema Revival, którego premiera ma się odbyć 17 listopada. Wcześniej (12 listopada) raper wystąpi podczas gali rozdania nagród MTV EMA 2017, na której ma zaprezentować utwory z płyty. Internet już oszalał na punkcie „Walk on Water”, a snute wciąż domysły co do zawartości krążka, podsycają tylko apetyt. Sprawdźcie jak poszło tym dwojgu.

Jay-Z i najnowsze klipy z 4:44


My tu gadu-gadu, a za panem Carterem ostatnimi czasy trudno nadążyć. Hova w ciągu miesiąca od wydania fantastycznego albumu 4:44 tydzień po tygodniu wypuszcza teledyski do kolejnych kawałków. Po animowanym „The Story of O.J.”, który ukazał się jako pierwszy, przyszedł czas na prawdopodobnie najszerzej i najgłośniej omawiany utwór tytułowy. Powiedzieć o ilustrującym go obrazku teledysk to o wiele za mało – Jay-Z przygotował film krótkometrażowy, który oprócz ujęć Beyoncé czy Blue Ivy oraz emocjonalnych scen tanecznych, świetnie współgrających z poruszającym tekstem, zawiera klipy prezentujące różne aspekty współczesnej kultury Afroamerykanów. Zobaczymy zarówno Earthę Kitt, Jean-Michela Basquiata czy Ala Greena, jak i zwykłych ludzi w mniej i bardziej codziennych sytuacjach. Trudno nie obejrzeć tego wideo co najmniej dwa razy, by zrozumieć jego sens.


Kilka dni po powyższej kompozycji, świat ujrzał wspólną wyprawę Jaya i Damiana Marleya na Jamajkę, z której materiał złożył się na teledysk (choć i tutaj możemy mówić o krótkometrażówce) do „Bam”. To hołd dla muzyki reggae i jej domu — dla wpływu, jaki wywiera na twórczość niezliczonej ilości artystów (Hova w rozmowie z Marleyem i Sister Nancy sam mówi, że reggae towarzyszy mu od najmłodszych lat), dla niepowtarzalnego klimatu wyspy, na której muzyka łączy ludzi, wreszcie — dla spuścizny, jaką pozostawił po sobie legendarny Bob Marley. Surowe kadry z ulic i innych zakątków Jamajki wraz z wkładem gości i świetną narracją tworzą doskonale opowiedzianą, namacalnie prawdziwą historię.


Ilustracji doczekał się również utwór otwierający 4:44 – „Kill Jay Z”, któremu rozgłosu nadał w głównej mierze poruszony w kilku wersach temat przyjaźni Jaya i Kanye’ego Westa. Po długim milczeniu Carter poddał starego kumpla ostrej krytyce, nie pozostając mu tym samym dłużnym po akcjach, które opisuje w kawałku. Wielu fanom pamiętającym czasy „Big Brother” Hova złamał serca — i właśnie złamane serca są motywem przewodnim „Kill Jay Z”. Serca najbliższych, serca słuchaczy, w końcu — serce samego Jaya, który podobnie jak w „4:44” z żalem obnaża się z nieczystych występków. W czarno-białym klipie młody chłopak ucieka ulicami przed niedostrzegalnym zagrożeniem, po czym samotnie leży pośrodku pustyni czy walczy z falami oceanu. Pustka i ból w pigułce — przesłanie niedługiego wideo jest jak najbardziej jasne.


Najświeższy obrazek od Jaya to „Adnis”. Choć jego fragment stanowił pierwszą zapowiedź 4:44, kawałek pojawił się jedynie na fizycznej wersji płyty. Zgodnie z tym, co mogliśmy zobaczyć w trzydziestosekundowym urywku sprzed kilku tygodni, pierwsze skrzypce w produkcji gra Mahershala Ali. Laureat Oscara wcielił się w boksera, któremu w niektórych ujęciach towarzyszy trener — w tej roli kinowy weteran Danny Glover. W odróżnieniu od reszty, klip cechuje absolutna prostota, co bynajmniej nie odbiera mu wartości — jest wręcz odwrotnie. Na ten moment „Adnisa” obejrzeć mogą jedynie użytkownicy serwisu Tidal, ale warto wypatrywać obrazka już za kilka dni na YouTube — póki co przypominamy pierwotnie wydaną część teledysku.


A jeśli jeszcze wam mało, na Tidalu można znaleźć „Footnotes” do „The Story of O.J.”, „4:44” i „Kill Jay Z”, w których Jay i zaproszeni goście (wśród nich m. in. Chris Rock, Van Jones, Anthony Anderson) wypowiadają się w kwestiach ściśle związanych z całą płytą — udzielają odpowiedzi na pytania o rasizm, własne ego czy rodzinę. Zdecydowanie warte obejrzenia!

Lemonade Beyoncé wreszcie na winylu, do tego w naprawdę imponującym wydaniu

Uwaga winylowi kolekcjonerzy! Latem tego roku na Wasze półki trafić może nie lada kąsek. Mowa tu mianowicie o ostatnim jak na razie krążku Beyoncé zatytułowanym Lemonade. A że pani Knowles i jej ekipa lubią rozmach, to domyślacie się już pewnie, że nie będzie to typowe wydawnictwo. Całość ukaże się bowiem jako box zatytułowany How To Make Lemonade Box Set i oprócz dwóch 180 gramowych krążków w żółtym kolorze, zawierać też będzie ponad 600 (!!!) stronicową książkę zawierającą setki niepublikowanych wcześniej zdjęć powstałych podczas tworzenia albumu, wstęp, który napisał Dr. Michael Eric Dyson (autora książki Making Malcolm: The Myth and Meaning of Malcolm X) oraz poezję Warsan Shire, której dokonania użyte zostały przy pracach nad tekstami. Skoro już przy nich jesteśmy, to te również pojawią się w książce, a całości dopełnią osobiste zapiski artystki. Mniej przyjemną rzeczą jest cena, gdyż kolekcjonerska edycja kosztowała będzie prawie 300 dolarów. Na pocieszenie dodamy, że ukaże się również edycja bez książki, która będzie dziesięć razy tańsza. Na którą się decydujecie?

Beyoncé upublicznia dwa kolejne klipy z Lemonade

beyonce

Ani się nie obejrzymy, a cała wizualna odsłona Lemonade trafi na YouTube. Tym razem piosenkarka podzieliła się teledyskami do niesinglowych momentów płyt — kameralnej ballady „Sandcastles” i minimalistycznego „Love Drought”. Piosenkarka może i została okradziona z nagrody Grammy za album roku (przez, hehe, Adele), ale prostym gestem potrafi przypomnieć fanom, kto tak naprawdę powinien tę statuetkę otrzymać.

Beyoncé udostępnia klip do „All Night”

allnight

„All Night” wybrano oficjalnie na czwarty singiel promujący Lemonade Beyoncé. Podobnie jak w przypadku poprzednich — „Hold Up” i „Sorry” — piosenkarka udostępniła szerokiej publiczności teledysk do utworu zawarty na wideowersji Lemonade. To klip z rodzaju tych intymnych, w którym artystka dzieli się z fanami momentami ze swojego życia prywatnego. Oczywiście Beyoncé idzie w tym o krok dalej i wpisuje amatorskie nagrania w szerszy artystyczny kontekst. Wideo można obejrzeć poniżej.

Nowy utwór: Beyoncé feat. Dixie Chicks „Daddy Lessons”

cma

Po tym jak podczas zeszłorocznego rozdania Country Music Awards wspólny występ Justina Timberlake’a i Chrisa Stapletona wywołał w Ameryce prawdziwe szaleństwo, w tym roku trick postanowiła powtórzyć Beyoncé, która swój countrujący singiel „Daddy Lessons” postanowiła wykonać wspólnie z grupą weteranek muzyki country Dixie Chicks. Trio wykonywało numer B na krótko po premierze Lemonade podczas swojej trasy koncertowej, więc spotkanie wszystkich pań wydawało się czymś naturalnym. Wkrótce po samej gali Beyoncé podzieliła się na swoim soundcloudzie nową studyjną wersją singla z towarzyszeniem Dixie Chicks, które wplotły do utworu fragmenty melodii własnego „Long Time Gone”. Reinterpretacja nie ustępuje zresztą niczym klimatycznemu oryginałowi. Można nawet śmiało stwierdzić, że plasuje się wysoko na liście licznych, ale nie zawsze trafionych featuringów królowej R&B. Odsłuch poniżej.

Esta. sampluje Beyonce i składa beatowy hołd Kobiemu Bryantowi

esta

Esta to jeden z przedstawicieli fali nubeatowych producentów, którzy święcili sukcesy i zdobywali największe zainteresowanie te 3-4 lata temu. Kojarzony z kalifornijską oficyną Soulection artysta, znany jest przede wszystkim z wydanym w 2012 roku beatapem Bananas! (świetne „Good News”, „UpUp&Away”, „Play” czy „Bounce”), jak również wielu bardzo solidnych kompozycji, które na Soundcloudzie zawsze gromadzą co najmniej kilkaset tysięcy odsłuchów. Najnowszym utworem pochodzącego z Miasta Aniołów Esty, jest produkcja, która wprost nawiązuje do jednego z piękniejszych utworów Beyonce „My, Myself & I”. Oryginalne zwrotki Pani Carter zostały rozłożone na bardzo przyjemnie rozbujanym beacie i nawet ci, którzy są zżyci z pierwotną wersją powinni przysiąś leniwie na kanapie lub fotelu… a w końcu sobota jest, więc to nawet wskazane!

Kolejną produkcją, którą Esta absolutnie mnie zachwycił, jest beatowy hołd dla legendy NBA Kobiego Bryanta. W opisie utworu na Soundcloudzie Kalifornijczyka widnieje informacja: „From your #1 fan” i rzeczywiście jest to kompozycja równie wysokich lotów co wyskok Kobiego.

Niezwykłe otwarcie BET Awards 2016 – Beyoncé i Kendrick Lamar

bet

Tegoroczne rozdanie nagród BET oprócz oczywistego tributu dla Prince’a i odbijającej się dalekim echem wypowiedzi Jessego Williamsa, zaskoczyło jeszcze jednym występem. Niezwykle mocne i zapadające w pamięć otwarcie wykonała Beyoncé utworem „Freedom”. Jak to na Bey przystało, show było z przytupem — woda, ogień, plemienne tańce, ale najbardziej niespodziewanym momentem wykonu było pojawienie się Kendricka Lamara, który zakończył utwór. Niech spadnie na mnie teraz hejt, ale — o ile Kendrick jest prawdziwy w swoim przekazie, o tyle Beyoncé raz była „biała”, teraz jest „czarna”, a jeszcze wcześniej zamykała usta tym, którym delikatnie podbierała piosenki. Niemniej jednak show było mocne, zapadające w pamięć, a wszystko, czego dotknie Amerykanka staje się zauważalne. Tak i w tym przypadku wołanie o wolność powinno zostać usłyszane.

Recenzja: Beyoncé Lemonade

Beyoncé

Lemonade (2016)

Parkwood / Columbia

Abstrahując od małżeńskich i biznesowych relacji Beyoncé i Jaya Z, nie ma wątpliwości, że Lemonade to najciekawszy jak dotąd krążek piosenkarki. Beyoncé wychodzi poza ramy, w które oprawili ją połowicznie słuchacze i media, a w drugiej części ona sama. Dominantą wciąż pozostaje jednak pierwszoligowy pop — bez Diane Warren na pokładzie, ale z gamechangerami — Jackiem White’em i Kendrickiem Lamarem, którzy stymulują jedne z najbardziej organicznie zaaranżowanych kompozycji w karierze piosenkarki (odpowiednio — zatopione w upiornych chórkach, raconteursowsko nastrojone „Don’t Hurt Yourself” i zwieńczone mocarnym gospelowym refrenem „Freedom”) — a także regularnym country („Daddy”), którego coverować nie powstydziły się same Dixie Chicks. Niezależnie od przyjętej konwencji Beyoncé wypada nie tylko wyraziście, ale i wiarygodnie — jest strojna, ale nie przebrana.

Główną siłą Lemonade jest jednak nie tyle Beyoncé w roli kobiety o stu twarzach (to już popowe diwy na swoich płytach przerabiały nazbyt często i nazbyt często się na tym spektakularnie wykładały), co doskonałe zrozumienie i opanowanie odwiecznych rock & rollowowych praw — umiejętności przełożenia własnych doświadczeń na muzykę i współdzielenia ich z słuchaczami, metodycznego operowania elementem zaskoczenia czy wreszcie muzycznej i tematycznej adekwatności. Beyoncé oczywiście rozgląda się bacznie dookoła, ale w żadnym wypadku nie próbuje bezmyślnie powielać schematów. Lemonade to efekt świadomej, (wbrew pozorom) koherentnej i jak najbardziej konsekwentnej autokreacji. A to już przynajmniej połowa sukcesu. Druga to pierwszorzędne wykonanie, o które poza mającą ostatnie słowo panią Knowles Carter dba jak zwykle sztab medalowych songwriterów i producentów, wśród których znajdziemy m.in. Diplo (reinterpretujące najoryginalniejszy ze wszystkich croonerskich standardów „Hold Up” i nowocześnie reggaesoulowe „All Night”), Just Blaze’a („Freedom”) czy Mike WiLL Made-It (majstersztyk trapowej melorecytacji — „Formation”), którzy wspinają się na wyżyny swoich możliwości i kolektywnie wskrzeszają trueschoolowy z natury zabieg kreatywnego samplingu klasycznego soulu, przy czym efekt końcowy nazwać by można protomodernistycznym. Niezależnie jednak od przyjętej nomenklatury Lemonade pozostaje wielowymiarowym fenomenem, nieoczekiwanym magnum opus królowej współczesnego R&B.

Beyoncé z nowym albumem!

be1

Już od dłuższego czasu wiadomo było, że coś się święci. Wydany z zaskoczenia singiel i klip do „Formation”, tajemniczy trailer zapowiadający film na HBO czy nawet fejkowa tracklista krążąca gdzieś po sieci, kazały oczekiwać, że po dłuższym okresie ciszy dostaniemy coś nowego od Beyoncé. I stało się. Podczas premiery wspomnianego filmu, na serwis TiDal trafił nowy album artystki zatytułowany LEMONADE i przyznać trzeba, że ponownie udało jej się nas zaskoczyć. Na krążku znalazło się 12 utworów, na których gościnnie pojawiają się takie postacie jak Jack White, The Weeknd, James Blake, and Kendrick Lamar. Niezły zestaw prawda? Nie mniej ciekawie przedstawia się lista osób zaangażowanych w produkcję. Tacy ludzie jak m.in. Diplo, Ezra Koenig, MeLo-X, Soulja Boy, Hit-Boy, The-Dream, Mike Dean czy Just Blaze to raczej sprawdzone nazwiska, niemal zawsze gwarantujące wysoką jakość. A jak wyszło im tym razem? Przekonajcie się sami, sprawdzając całość TUTAJ, bo jak na razie, nie wiadomo nic na temat fizycznego wydania. Z pewnością to tylko kwestia czasu.

Tracklista:

01 „Pray You Catch Me”
02 „Hold Up”
03 „Don’t Hurt Yourself” feat. Jack White
04 „Sorry”
05 „6 Inch” feat. The Weeknd
06 „Daddy Lessons”
07 „Love Drought”
08 „Sandcastles”
09 „Forward” feat. James Blake
10 „Freedom” feat. Kendrick Lamar
11 „All Night”
12 „Formation”

KeKe Wyatt koweruje kolejny utwór w ramach #KekeCovers

keke

Wraz z ogłoszeniem szczegółów dotyczących nowego albumu Rated Love, KeKe Wyatt rozpoczęła promocję krążka. Najpierw pojawił się teledysk do singla „Sexy Song„, a w międzyczasie Amerykanka postanowiła publikować kowery swoich ulubionych artystów w ramach sesji #KekeCovers. Po „I Will Always Love You” Whitney Houston oraz „I’m Goin’ Down” Mary J. Blige, przyszła pora na Beyoncé i jej hit „Love on Top”. KeKe bardzo szanuje Bee i tym samym okazała najlepsze wyrazy uznania, wykonując jeden z singli swojej ulubienicy. Wyszło świetnie, bo obie panie mają mocne wokale. Przypominam, że najnowszy album Wyatt ukaże się 22 kwietnia. Kupicie płytę?