Recenzja: Jay-Z 4:44

Data: 12 lipca 2017 Autor: Komentarzy:

Jay-Z

4:44 (2017)

Roc Nation

So don’t believe everything your earlobe captures / It’s mostly backwards / Unless it happens to be as accurate as me / And everything said in song you happen to see / Then, actually, believe half of what you see / None of what you hear, even if it’s spat by me” – cytowany fragment utworu „Ignorant Shit” z albumu American Gangster (2007) jest bardzo uniwersalnym podsumowaniem zdystansowanego podejścia Jaya do sztuki hip-hopowej na przestrzeni jego kariery. Naturalna autentyczność i niepowtarzalna precyzja pióra od zawsze sprawiały, że trudno było Hovie nie wierzyć; niezależnie od tego, czy dominował grę rapowego i ekonomicznego braggadocio (w czym praktycznie wszyscy artyści hip-hopowi bezskutecznie próbowali mu dorównać w przeciągu ostatnich dwóch dekad), czy kiedy podejmował bardziej wymagające tematy. Dlatego też w zasadzie nie da się nie uwierzyć w każde słowo zarejestrowane na najbardziej osobistym i zaangażowanym krążku w dotychczasowym dorobku Shawna Cartera, jakim jest najnowsze 4:44. Dojrzewanie w rolach syna, ojca i męża, rozliczenie z małżeńską niewiernością, jakże aktualna analiza ciągle niepokojącej pozycji społeczności afroamerykańskiej w Stanach Zjednoczonych, krytyka chciwej polityki dużych wytwórni, ewolucja i rozpad przyjaźni, nostalgiczne wycieczki w przeszłość w relacji z teraźniejszością, a także… nieocenione autorskie lekcje finansowe – to wiodące problemy na płycie zwieńczonej przepięknymi produkcjami legendarnego No I.D..

Album otwiera intro w postaci „Kill Jay Z”, które od razu wprowadza w przejmująco intymny nastrój materiału. Jigga bezpośrednio zdaje relację z (upublicznionej przez Lemonade Beyoncé) sytuacji rodzinnej („You almost went Eric Benet / Let the baddest girl in the world get away„), opowiadając także o odpowiedzialności ciążącej na ikonie popkultury oraz komentując poddaną próbie przyjaźń z Kanye Westem („(…) this ‚fuck everybody’ attitude ain’t natural (…) / You gave him 20 million without blinkin’ / He gave you 20 minutes on stage; fuck was he thinkin’?„). Sama kompozycja rozpoczyna się od perkusyjnej pętli o minimalnie nienaturalnym miksie, eksponującym wokal Jaya, z przytłumionymi smyczkami i poszatkowanymi partiami wokalnymi z „Don’t Let It Show” The Alan Parsons Project, które w dalszej części utworu wysuwają się na pierwszy plan, potęgując soulowy efekt, który konsekwentnie przoduje przez całe 4:44.

W powalającym numerze „The Story of O.J.”, opartym na samplu z „Four Women” Niny Simone (wykorzystanym również m.in. w utworze „Heavi Metal” duetu Fisz/Emade), Jay-Z poetycko wyraża się o położeniu Afroamerykanów, które tak naprawdę tylko pozornie zmieniło się po 1965 roku. Ironicznie odnosząc się do niesławnej kwestii O.J.’a Simpsona („‚I’m not black, I’m O.J.’… okay„), raper podkreśla istotę pielęgnowania kultury swojej społeczności, a także zaznacza wagę inwestycji finansowych i przekazywania bogactwa kolejnym pokoleniom w kontraście wobec bezsensownej rozrzutności czy afiszowania się zdobytym majątkiem („Financial freedom my only hope / Fuck livin’ rich and dyin’ broke (…)  Y’all out here still takin’ advances, huh? / Me and my niggas takin’ real chances”) . Następne w kolejności „Smile” to tryskająca szczęściem afirmacja życia i ciężko wywalczonego sukcesu, której epicentrum jest ujawnienie orientacji seksualnej matki artysty („Mama had four kids but she’s a lesbian (…) Cried tears of joy when you fell in love / Don’t matter to me if it’s a him or her„). Gloria Carter sama udziela się na emocjonalnym kawałku poprzez deklamację zgrabnie spinającego kompozycję wiersza, oddającego grozę wieloletniego pozostawania w ukryciu. Aspekt niesprawiedliwości wobec kobiet w dzisiejszych czasach jest zresztą jedną z najistotniejszych kwestii materiału, prezentowaną głównie z perspektywy najbliższych – żony, dzieci i matki.  „Caught Their Eyes” z refrenem autorstwa Franka Oceana to natomiast dubujący wulkan groove’u zbudowany na kolejnym utworze Niny Simone – tym razem to nieśmiertelne „Baltimore”. Tutaj obrywa się przemysłowi muzycznemu i obrzydliwie łapczywym włodarzom wytwórni, widzącym w artystach jedynie źródło swojego dochodu. Hova opisuje epizody, podczas których gwałcono pamięć po Notoriousie B.I.G. („You greedy bastards sold tickets to walk through his house / I’m surprised you ain’t auction off the casket„) i nie szczędzi nazwisk, na przykład w kontekście problemów Prince’a z przełożonymi („Now, Londel McMillan, he must be color blind / They only see green from them purple eyes„).

Punkt kulminacyjny 4:44 przypada na sam środek tracklisty – utwór tytułowy oraz „Family Feud” z gościnnym udziałem samej Beyoncé. W „4:44” Jay porzuca dumę, z sercem na dłoni przepraszając żonę i dzieci, które mogły ucierpieć na jego niewierności  („(…) So I apologize / I seen the innocence leave your eyes / I still mourn this death„). Nie ma tu mowy o banałach – każde słowo uderza z hukiem miny lądowej, gruntując gorzką szczerość wyznań i błagalny ton kompozycji. Produkcja No I.D. to prawdopodobnie najpiękniejszy beat na całym krążku – przewodzą mu długie sample (o dziwo!) z ubiegłorocznego „Late Nights & Heartbreaks” zespołu Hannah Williams & The Affirmations i brudne, dynamiczne bębny w estetyce produkcji Westa czy Just Blaze’a z czasów The Blueprint czy The Black Album (czyli ważnych punktów odniesienia dla perkusyjnych groove’ów No I.D.). „Family Feud”, z chórkami Beyoncé akompaniującymi cudownemu samplowi z „Ha Ya (Eternal Life)” The Clark Sisters, w oczyszczający sposób celebruje temat miłości i rodziny („A man who don’t take care of his family can’t be rich / I’ll watch Godfather, I miss the whole shit„), a także odnosi się do konfliktu pokoleniowego między młodymi raperami a artystami starszej generacji („You’d rather be old rich me or new you? / And old niggas, y’all stop actin’ brand new„) i znowu krytykuje problem braku wspólnoty i dbałości o właściwe autorytety oraz jedność Afroamerykanów.

Jedyny zgrzyt albumu pojawia się przy okazji utworów „Bam” i „Moonlight” – pierwszy z nich niweczy bujającą perkusję i wzorowe flow Hovy nieszczęsnym refrenem Damiana Marleya (parafrazującego słynne „Tenament Yard” Jacoba Millera) i bardzo oczywistym samplem z „Bam Bam” Sister Nancy, który de facto został wykorzystany w „Famous” Kanyego Westa z The Life of Pablo, co nasila niesmak. W przypadku „Moonlight” tendencja niestety się utrzymuje – tutaj No I.D. sięgnął po klasyczne „Fu-Gee-La” Fugees. Wyciął najbardziej rażące sekwencje z refrenu, płodząc najsłabszy instrumental na 4:44, do którego Jay „dostosował” swój najsłabszy performance, ratowany jedynie pojedynczymi wersami o sytuacji braci i sióstr w branży artystycznej („Y’all niggas still signin’ deals? Still? / After all they done stole, for real? / After what done our Lauryn Hill?„) i refrenem odwołującym się do oskarowych kontrowersji na linii MoonlightLa La Land.

Płyta odzyskuje pełen blask na nostalgicznym finiszu z kawałkiem „Marcy Me”. Ze znaną tylko sobie plastyczną narracją Jay przenosi nas na ulice Nowego Jorku z przełomu lat 80-tych i 90-tych („Back when ratchet was a ratchet and a vixen was a vixen / And Jam Master Jay was alive, I was mixin’ / Cookin’ coke in the kitchen back when Rodman was a Piston”) i z dużą dozą nienachalnej melancholii wspomina drogę, jaką przeszedł zarówno jako muzyk, jak i zwykły człowiek („I’m from Marcy Houses where the boys die by the thousand / (…) Yeah, that’s where it all started„). Wszystko dopieszczono czarującym podkładem samplującym „Todo o Mundo E Ninguem” Quarteto 1111, śpiewanym finałem The-Dreama i nawiązaniem do kultowego „Unbelievable” Biggiego Smallsa z Ready to Die. Finał 4:44 stanowi triumfalne „Legacy”, wykorzystujące równie podniosłe „Someday We’ll All Be Free” Donny’ego Hathawaya i kompilujące większość wątków obecnych na materiale.

4:44 to album, który był bardzo potrzebny w dyskografii Jaya. Nie ma prób serwowania hitów i odwzorowywania panujących obecnie trendów – jest za to pełnowymiarowy koncept artystyczny, wiara w ducha surowości w muzyce i ogólna taktyka low-key pozwalająca odbiorcy na koncentrację na ambitnej treści. Nawet jeżeli część tematów na płycie może wydawać się atrakcyjna tylko fanom Hovy skupionym na ikonicznej pozycji rapera w popkulturze, wszystkie wnioski płynące z wyszlifowanych do granic zwrotek są uniwersalne. Rachunek jest prosty – dwa utwory zmarnowane głównie przez przestrzelony dobór sampli, osiem absolutnie fantastycznych tracków i – w efekcie – najlepsze wydawnictwo Jaya-Z od American Gangster.

Komentarze

komentarzy