Recenzja: The Carters Everything Is Love

Data: 29 czerwca 2018 Autor: Komentarzy:

The Carters

Everything Is Love (2018)

Roc Nation / Parkwood Entertainment / Sony Music

Ostatnie wydawnictwa Beyoncé i Jaya-Z, przy wszystkich słusznych skądinąd zachwytach, jakie na ich temat pisano, przypominały kolejne sezony serialu obyczajowego. Z tą tylko różnicą, że udostępnione zostały w formie dźwiękowej i ekskluzywnie nie na Netfliksie, a na Tidalu. Najpierw Queen B została zdradzona przez męża, co przełożyło się na wszystko, co słyszymy na Lemonade. Później wyszło 4:44, na którym Jay-Z przyznał się do błędu i z całych sił ją przepraszał. Everything Is Love brzmi jak szczęśliwe zakończenie tej historii.

Ten album pokazuje, że mimo wszystkich przeciwności losu małżeńska miłość jednak zwyciężyła, co słychać już na samym początku w otwierającym płytę „Summer”. Wspólny krążek jednej z najbardziej rozpoznawalnych par amerykańskiego show-biznesu to jednak nie tylko potwierdzenie ich uczucia, ale też sukcesu w szerszym tego słowa znaczeniu. W „Apeshit” Jay-Z rapuje: „Powiedziałem „nie” występowi na Super Bowl/Wy potrzebujecie mnie, nie ja was”. Dodajmy także wymowny teledysk do utworu nakręcony w Luwrze i mamy jeszcze bardziej dosadnie pokazane, co państwo Carterowie chcieli przekazać na krążku. A jakby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, niech włączy „Heard About Us”, w którym para rozlicza się ze wszystkimi plotkami na swój temat — idą przez życie razem i nic nie może ich powstrzymać.

Nie jest to album dla Jaya czy Beyoncé przełomowy, ale nie można tej płycie odmówić rewelacyjnego wykonania, a do większości numerów z radością się wraca. Shawn Carter przy mikrofonie jak zwykle pokazuje klasę, a i sama Beyoncé równie dużo śpiewa, co rapuje. Ten zabieg wychodzi naprawdę dobrze, a niektórzy mówią wręcz, że może stanąć w jednym szeregu z Nicki Minaj i kto wie — może coś w tym jest. Muzycznie Everything Is Love to w dużej mierze klasyczne brzmienie oparte na soulowych samplach przy zachowaniu wszystkich najnowszych standardów. Świetny bit do wspomnianego wyżej „Summer” mógłby spokojnie trafić na któryś album Ghostface’a, a końcówka w postaci „Lovehappy”, z podkładem jakby żywcem wyjętym ze zbiorów Just Blaze’a, przypomina najlepsze dokonania Jaya-Z. Beyoncé zresztą też świetnie się na tym bicie odnalazła. Nie zabrakło także nieco bardziej trapowych akcentów — przyznać trzeba, że i one wyszły tu zaskakująco dobrze. „Apeshit”, a szczególnie „Nice” przykuwają uwagę słuchacza do głośnika już od pierwszych sekund i co ważne, nie ma się wrażenia, że Carterowie na siłę próbują iść z duchem czasu, czy przesadnie się odmłodzić. Wszystko wyszło zupełnie naturalnie.

W tej beczce miodu musiała jednak znaleźć się i kropla dziegciu. Środek albumu nie zachwyca. „Friends” czy „Heard About Us” są totalnie nijakie i nawet po kilku sesjach z materiałem trudno je sobie przypomnieć. Czego by jednak nie mówić, mimo że krążek nie stanowi przełomu w twórczości małżeńskiej pary, Everything Is Love jest naprawdę bardzo udanym materiałem. Poza kilkoma wyjątkami świetnie się go słucha i chyba o to przede wszystkim chodziło. No i przy okazji, wreszcie dostaliśmy szczęśliwe zakończenie małżeńskiej opery mydlanej.

Komentarze

komentarzy