Recenzja: Kanye West The Life of Pablo

Data: 22 lutego 2016 Autor: Komentarzy:

Kanye West

The Life of Pablo (2016)

GOOD Music / Def Jam

Kiedy na początku roku po raz pierwszy usłyszałem nominalną wersję „Facts”, załamałem się. Bezradny Kanye bezmyślnie wylewający swoje żale wobec Nike na totalnie wtórnym, niedbale wyprodukowanym podkładzie, stanowił fatalną zapowiedź zbliżającego się wielkimi krokami albumu. W momencie gdy osłupiały dotarłem do przedostatniej na krążku wersji alternatywnej, zacząłem szaleńczo śmiać się do siebie i zapętliłem ją w nieskończoność. Od razu przypomniałem sobie katastrofalne „FourFiveSeconds” i kilka innych muzycznych wpadek, a następnie puściłem wszystko w niepamięć i odzyskałem stuprocentowe zaufanie do twórczości Westa.

Do tej pory każdy album reprezentanta Chicago miał wyraźnie rewolucjonizujący charakter. Po sukcesie producenckim na dwóch przełomowych klasykach Jaya Z w postaci The BlueprintThe Black Album, na The College Dropout Yeezy ponownie zdefiniował istotę samplingu w hip-hopie, aby przy okazji Late Registration odważnie rozwinąć tę wizję w jej kompletnej, najbogatszej postaci. Następnie na Graduation sięgnął po współczesne brzmienia popu, R&B i rapu, oddając słuchaczom zwariowany, kolorowy kolaż muzyki popularnej XXI wieku. Nieszczęsne 808s & Heartbreak, mimo swoich oczywistych wad, jeszcze dogłębniej eksplorowało nowoczesne środki, co w obrębie samego projektu okazało się porażką, aczkolwiek w kontekście sceny zrodziło całe pokolenie artystów eksperymentujących z auto-tunem, przestrzennymi, minimalistycznymi aranżacjami i introwertyczną dramaturgią. 2010 rok przyniósł najjaśniejszy wówczas dowód geniuszu Kanye w postaci barokowego My Beautiful Dark Twisted Fantasy, które swoim przepychem dowiodło, że mainstreamowi artyści wcale nie muszą ograniczać się do odtwórczych, sezonowych hitów, jednocześnie dając im impuls twórczy, do dziś można uważać za punkt zwrotny w głównym nurcie i nie tylko. Watch the Throne w kolaboracji z Jay’em odtworzyło tę formułę w nieco bardziej hip-hopowej, przystępnej formie. Kolejnym krokiem był Yeezus — album, który na dobre zadomowił muzykę elektroniczną w hip-hopie i R&B, wzbogacając je o swój niepowtarzalny chłód i niezmierzoną, kosmiczną, surową przestrzeń.

The Life of Pablo jest pozornie najzwyklejszym krążkiem Westa, co czyni go najbardziej enigmatycznym i paradoksalnie najciekawszym. Nie ma tutaj żadnego przewrotu — dostajemy natomiast uderzające reinterpretacje najlepszych elementów jego dotychczasowej dyskografii i intrygującą odpowiedź na dzisiejsze realia rynku muzycznego. To tak jakby Kanye zaprosił nas na prywatny wernisaż, gdzie z bliska możemy przyglądać się jego najszczerszym pracom, zarówno szkicom jak i wykończonym dziełom.

Jego rozwój producencki jest równie zaskakujący, co logiczny. Po okresie eksponowania budulców kolejnych krążków, artysta ostatecznie dojrzał do równowagi, dusznego współgrania ścieżek i zrozumienia pełni swojego różnorodnego brzmienia. Otwierające projekt sakralne „Ultralight Beam” z fenomenalnym Chance’m the Rapperem, The-Dreamem, Kelly Price i Kirkiem Franklinem nie atakuje ucha nachalnością, a delikatnie hipnotyzuje swoją niebiańską delikatnością i w żadnym wypadku nie nakreśla tego, czego należałoby spodziewać się po kolejnych utworach. Ta zagadkowość pozwala w pełni cieszyć się zarówno tak czarującymi, soulfulowymi bombami jak „Father Stretch My Hands Pt. 1”, „Real Friends” czy „FML” z The Weeknd, gdzie Ye prawdopodobnie najmocniej w swojej karierze otwiera się przed słuchaczem, emocjonalnie roztrzaskując go niewiarygodnym, naturalnie płaczliwym finałem, jak i bardziej teraźniejszymi propozycjami pokroju „Waves”, „Facts (Charlie Heat Version)” bądź „Pt. 2”.

Najpiękniejsze kompozycje czekają jednak na samym finiszu. „30 Hours” spokojnie zestawić można z „Last Call” z The College Dropout. Gdyby Kanye nagrywał swój debiut w 2016 roku, prawdopodobnie właśnie tak doskonałą, niekończącą się, bogatą w drobne smaczki aranżacją zamknąłby ten projekt. Co więcej, wyciągnął wnioski i dojrzał do tego, aby nie pozostawić uczucia niedosytu i na bis zostawił trzy powalające utwory z „No More Parties in LA” na czele, gdzie niepowtarzalny ślad swojego producenckiego talentu odcisnął Madlib, a Kendrick Lamar dołożył najlepszy na płycie występ gościnny.

Tematycznie płyta jest jednak najbardziej chwiejną i chaotyczną w katalogu Yeezy’ego. Sława, sukces, a także niewątpliwy talent i jego uznanie zarówno wśród krytyków jak i masowego odbiorcy na przestrzeni już ponad dekady sparowane z pozycją medialnego epicentrum zainteresowania wyraźnie odbijają się na warstwie tekstowej projektu. Z jednej strony Kanye broni siebie i bliskich, traktując ich jak ostatni bastion niezburzonego szumem spokoju i prawdy, a także niejednokrotnie z niekrytym bólem opisuje prywatne cierpienia („Real Friends”), z drugiej zaś daje się ponieść swoim frustracjom i egoizmowi, wykrzykuje często niedorzeczne rzeczy na pograniczu agresywnej dumy ze swojej pozycji i złości wynikającej z wszechobecnej krytyki i obserwacji jego każdego kroku. Niezależnie od tego jak skrajne emocje prezentuje i jak ryzykownie balansuje na granicy piękna i ignorancji, wszystko jest po prostu niesamowicie szczere.

Czasem można obrażać się na zbyt oczywiste wybory sampli na materiałach Kanye. Na The Life of Pablo (poza praktycznie nienaruszonym wykorzystaniem refrenu utworu „Panda” Desiignera w „Pt. 2”) dwa najbardziej wymowne odzwierciedlenia tej tendencji nie stały się jednak głównymi tematami numerów, a ich przemyślanymi uzupełnieniami. Zamykający „Famous” fragment kultowego „Bam Bam” Sister Nancy pojawia się praktycznie znikąd i niewymuszenie podkreśla i tę naturę pierwiastka produkcji muzyka, a wykorzystanie klasycznego, house’owego „Deep Inside” autorstwa Hardrive z katalogu nowojorskiej oficyny wydawniczej Strictly Rhythm zamiast grymasu rozczarowania, pozostawia uczucie podziwu wobec wieńczącego longplay ukłonu w kierunku muzyki tanecznej. Można również gniewać się na arogancję i często nieprzemyślane teksty rapera, ale to on jako jeden z nielicznych artystów tym sposobem właśnie oddaje nam siebie w pełni. Zarówno tego dojrzałego, wrażliwego jak i nerwowego, gorączkowego i niechlujnego.

Komentarze

komentarzy