Recenzja: Kanye West Yeezus

Data: 19 czerwca 2013 Autor: Komentarzy:

Kanye West

Yeezus (2013)

Def Jam

Nowy album Kanye Westa to krążek pełen sprzeczności. Nigdy wcześniej tyle czasu nie zajęło mi zebranie wszystkich informacji przekazywanych przez utwory i ich interpretacja w zgodności z zamysłem autora. Mistrz skutecznego łączenia rapu z popem tym razem stworzył ciężki, mroczny, pełen paradoksów i niezgodności album. Jednym tchem połączył odważne teksty traktujące o nowożytnym niewolnictwie ukrytym pod postacią konsumpcjonizmu wraz z wersami o najbardziej prymitywnych relacjach damsko-męskich.

Tematyką dominującą są także przemyślenia dotyczące funkcjonowania w świecie show biznesu, polityki i mediów. Kanye ujmuje swoją egzystencje w blichtrowym środowisku jako efekt uboczny swojej kariery — diabła, od którego pragnie jak najdalej uciec, wiedząc jednocześnie, że na zawsze pozostanie w jego objęciach. Utwór „I Am a God” w perfekcyjny sposób obrazuje to zjawisko — będąc pewnym swoich osiągnięć Ye w jednej chwili określa się mianem boga swojej rzeczywistości, aby zaraz wylać swoją rozpacz desperackimi krzykami, które wyrażają jego niepewność i niezdecydowanie w związku z posiadanym statusem. Konsekwencje płynące z pozycji stanowiącego muzyczne trendy i dyktującego modę afr0-amerykanina są bezwzględną ceną, którą West musi zapłacić.

Krwawe i pulsujące linie basu oraz zniekształcone brzmienie większości utworów są odzwierciedleniem miejsca, w którym obecnie znajduje się umysł i serce producenta. Niedające mu spokoju dawne romanse i relacje zawierane z kobietami są obiektem jego rozmyśleń w kilku utworach, i są to przemyślenia bardzo odmienne. „Im in It” to bitwa rozsądku z pragnieniem, w której Kanye opisuje swoje słabości dotyczące fizycznych kontaktów z płcią przeciwną oraz to, jak bardzo jest w nich na dłuższą metę zatracony. Mroczny i seksowny instrumental idealnie podkreśla głębię sytuacji, a zniekształcony wokal Justina Vernona świetnie eksponuje istotę utworu. Jest to obok pięknego gitarowego outra w „Hold My Liquor”, punk-rockowej energii utworu „Black Skinhead” oraz potwierdzającego klasę Charlie Wilsona w „Bound 2” jeden z kilku mocnych momentów na płycie.

Inspiracje, którymi kierował się West przy tworzeniu swojego szóstego solowego albumu, ściśle wiążą się z pojęciem post-minimalizmu, który miał zdefiniować nowy kierunek, w którym podąża artysta. Celem było uzyskanie perfekcji poprzez ujmowanie kolejnych elementów, a nie ich dodawanie — i tutaj nie wszystko poszło po myśli. Do przesady i granic słuchalności zniekształcona efektami muzyczna część „On Sight” sprawia, że chwytliwe wersy rapera zostają przyćmione przez skrzeczący i niewyraźny bit, co sprawia, że utwór w dużym stopniu traci na atrakcyjności. Kolejnymi przykładami nieumiejętnej manipulacji dźwiękiem są „Send It Up” oraz brzmiący mocno nienaturalnie numer „Blood on the Leaves”. Pierwszy z kawałków oparty jest na prowadzącym utwór nieco irytującym syntezatorze, który brzmi co najmniej jak wyjąca nie do zniesienia syrena — drugi natomiast jest fatalnym połączeniem trapowego hitu podziemnej sceny muzyki elektronicznej oraz zupełnie niepasującego do niego fragmentu utworu Niny Simone „Strange Fruit”. Dodając do całości podłączony pod auto-tune wokal, West zachował się jakby zupełnie nie wiedział, w jakiej formie ma ukazać się finalny produkt.

Kierunek, w którym podążył Kanye jest zdecydowanie czymś nowym i innowacyjnym w zakresie muzyki popularnej. Nie jest to natomiast coś, czego nie dokonano już wcześniej. W przeciwieństwie do jego pierwszego eksperymentu — płyty 808s & Heartbreak, Yeezus jest albumem, którego brzmienie jest pionerskie, ale tylko w określonym środowisku — fani eksperymentalnego rapu dobrze wiedzą co mam na myśliMr. West zasługuje jednak na pochwały za poszerzanie i otwieranie umysłów swych dotychczasowych odbiorców oraz całego środowiska rapu. Należą mu się słowa uznania za drogę jaką obiera i za wyjątkowych ludzi, którymi otaczał się podczas powstawania tej płyty (Rick Rubin, TNGHT, Gesaffelstein, Daft Punk czy Brodinski). Być może za kilka lat okaże się, że coraz większa liczba raperów odejdzie od tak popularnych teraz produkcji Mike Wille’a czy Hit-Boya, a standardem stanie się współpraca z niszowymi, lecz bardziej kreatywnymi i oryginalnymi artystami? Jeśli to nastąpi, wiadomo kogo uznamy za prekursora tego zjawiska.

Niewielu muzyków na przestrzeni ostatnich 13 lat w taki sposób, jak Kanye rozwinęło swoje artystyczne portfolio — przechodząc od produkowania soulowych bitów dla Jaya do rapowania na acid house’owych liniach basu i współpracy z liderem indie-folkowego zespołu z Wisconsin. Niewielu także miało odwagę stworzyć coś, co odzwierciedlałoby ich obecne zainteresowania i fascynacje, zatem dokonania rapera z Chicago zdecydowanie stawiają go na pozycji swego rodzaju innowatora. Podsumowując jednak dobre i słabe strony tego projektu — niekonsekwencja i brak utrzymania ogólnego muzycznego poziomu poprzednich solówek to fakty, których po prostu nie można sprzątnąć pod dywan. Kanye West wykazał się oryginalnością, która tym razem jednak nie doprowadziła go do doskonałości.

Komentarze

komentarzy