kanye west

Kanye West nie żartuje w swoim nowym numerze

koncert kane west

koncert kane west

Kanye West odnosi się do ostatnich kontrowersji w swoim nowym utworze

Kto z nas nie tęsknił za spazmatycznym, megalomańskim Kanye Westem? Raper właśnie opublikował nowy utwór pt. „Nah Nah Nah” trapowy, siermiężny i absurdalny muzyczny pocisk skierowany w stronę mediów, wytwórnię Universal Music i wszystkich, którzy kpią z jego politycznych ambicji. Numer, delikatnie mówiąc, nie należy do najlepszych nagrań artysty, jednak zawiera sporo zabawnych linijek, np. odniesienie do serii Star Wars czy próby impeachmentu Donalda Trumpa. Jak na razie nie wiadomo, czy kawałek zwiastuje nowy projekt Ye, czy jest tylko luźnym pomysłem wrzuconym bez większego namysłu do sieci.

Nieznanye West, czyli 5 produkcji od Ye, których być może nie słyszałeś

Nieznanye West, czyli 5 produkcji od Ye, których być może nie słyszałeś

Kiedyś to było! Nie jestem zwolennikiem tego typu powiedzonek, a ze słowem „boomer” łączy mnie jedno — za młodu uwielbiałem gumę do żucia o tej nazwie. Tak samo jak dawniej uwielbiałem twórczość Kanyego Westa, ponieważ „kiedyś to było” można fascynować się jego muzyką z przyjemnością. Nie chcę być posądzony o bycie kontrowersyjnym na siłę, ale uważam, że dzisiejszy Ye jest cieniem samego siebie sprzed lat. Yeezus — wbrew powszechnym ochom i achom — nie jest pionierskim projektem, a podręcznikowym przykładem nieudanego eksperymentu, w którym każdy — nie wiedzieć czemu — doszukuje się ukrytego geniuszu. Taka Daytona może się podobać, ale wyprodukowana jest co najwyżej solidnie. Na domiar złego w utworze „Infrared” dokonano profanacji jednego z moich ulubionych nagrań od 24 Carat Black — takich rzeczy się nie sampluje w ten sposób, panie West! Ostatnim świetnym krążkiem od producenta z Chicago wydaje się My Beautiful Dark Twisted Fantasy, choć i tak nie zgadzam się z twierdzeniami, jakie można było dostrzec zaraz po premierze, jakoby miał znaczący wpływ dla rozwoju muzyki — niektóre z wykorzystanych tam rozwiązań dało się usłyszeć jeszcze w latach sześćdziesiątych, choćby u Sly & The Family Stone. Przygotowałem subiektywne zestawienie 5 utworów, wyprodukowanych przez Kanyego Westa, których być może nie słyszałeś, a jeśli nawet, to możliwe, że nie wiedziałeś, kto stoi za ich warstwą muzyczną. Oczywiście nie dotyczy to tych, którzy „rzucili szkołę”, aby w domowym zaciszu pochłaniać muzyczne nowości. Najpierw jednak chciałbym coś uściślić.

Myślisz: Karol Krawczyk, mówisz: Tadeusz Norek, co nie? Podobnie można powiedzieć o Weście, gdy zaczniemy wymieniać artystów, którzy budowali lub odbudowywali swoje kariery dzięki niemu i w pewnym sensie stanowią równie udany duet z Westem, co warszawiacy. W związku z tym do dyskografii Commona, Hovy, Taliba Kweli czy Johna Legenda nawet nie zaglądałem. Starałem się postawić na wybory nieoczywiste i naprawdę mniej znane, nie może więc dziwić brak tu tak genialnych kompozycji jak „This Way” Dilated Peoples, „The Game” Commona czy „Wouldn’t Get Far” (patrz jaka gra słowna!) The Game’a. Cofnijmy się więc do czasu, gdy Kanye częściej elektryzował na tyłach okładek niż w tabloidowych nagłówkach. Pójdźmy do miejsc w dyskografii producenta, które słuchaczy interesowały bardziej niż Księstwo Liechtenstein turystów na mapie Europy. Gdzie Be Commona niemal po tygodniu zostało ochrzczone mianem „instant klasyka” w przeciwieństwie do dziś, gdzie album Nasir zapomniano maksymalnie w ciągu tygodnia. Aż posmutniałem przez ten stan rzeczy, bo chętnie umieściłbym w takim zestawieniu numer otwierający Be.


Soulbowl: Najlepsze albumy 20195.

„New World Symphony”

Miri Ben-Ari

The Hip-Hop Violinist, 2006

Nie znam ludzi, którym nie spodobałby się Jesus Walks. Analogicznie też nie znam nikogo, kto chociaż raz zastanowił się, czyje skrzypce możemy usłyszeć w tym utworze. A mamy tutaj do czynienia z idealną wymianą barterową. Miri Ben-Ari w zamian za swój udział w The Collage Dropout (wykraczający poza jeden utwór) poprosiła Kanyego, aby ten swoim nazwiskiem firmował jej piosenkę. Wkład producenta jest może i skromny, ale te jego charakterystyczne dla tamtego okresu bębny, w których nadspodziewanie dużo jest stopy, idzie rozpoznać z łatwością. Zwrotki Pharoahe Moncha to zwykły dzień w biurze, ponieważ on rzadko rozczarowuje. Jednak w trakcie ostatniej części utworu podczas powtarzanego refrenu, partia skrzypiec zamienia się w pędzący rollercoaster. Najchętniej rozsiadłbym się w środkowym rzędzie NOSPR w Katowicach i usłyszał to czarujące solo na żywo.


Soulbowl: Najlepsze albumy 20194.

„These Walls”

Nappy Roots

Wooden Leather, 2003

Nappy Roots to sympatyczny kolektyw z Kentucky. Co częste u południowych twórców, ich twórczość cechuje większa muzykalność względem reszty amerykańskiej hip-hopowej sceny. Cofnijmy się do 2003 roku, w którym premierę miał album Wooden Leather grupy, z którego pochodzi „These Walls”. Wyprodukował go wschodzący producent z Chicago, lubujący się w noszeniu marynarki z łatami na łokciach. Nappy Roots korzystało z zainteresowania południowym brzmieniem, które przeżywało renesans za sprawą popularności OutKast czy Ludacrisa. Dzisiaj Ye chce konkurować z Giorgio Armanim, a Nappy Roots w ciągu ostatnich pięciu lat wydało dwa albumy, o których praktycznie mało kto słyszał. Jak więc wypadła ich kooperacja? Sympatyków organicznego brzmienia z pewnością zadowoli. Otrzymaliśmy przyzwoite zwrotki, wwiercające się w ucho refreny, a sam West ewidentnie miał pomysł na ten utwór. Bas Kanyego tutaj przewodzi jakby chciał nawiązać do najlepszych czasów Bootsego Collinsa, aranżacja jest rozbudowana oszczędnie, ale na tyle, że nie zaśniemy przy tym nawet po proszkach nasennych. Są klawisze, śpiewy, gitary, czego chcieć więcej? Tęsknię za tak żądnym żywych dźwięków zmysłem Ye.


Soulbowl: Najlepsze albumy 20193.

„Dogs Out”

DMX

Grand Champ, 2003

Nie mogę wspomnieć o tym numerze inaczej niż w anegdotycznym tonie. Przede wszystkim wyszedł w 2003 roku, a w tamtym czasie byłem niezwykle hermetycznie nastawionym na różnorodności słuchaczem. W Polsce strach było użyć sampla z wokalem, ponieważ mogło to się skończyć otrzymaniem łatki hip-hopolo. Moda na tak wykorzystywane wokale w beatach miała dopiero nadejść. Zapewne z tego powodu, gdzieś podświadomie, pogardzałem delikatnie tego typu produkcjami. „Dogs Out<" był natomiast pierwszym utworem z wysamplowanym wokalem, którego zacząłem wręcz ubóstwiać. Niejako wbrew sobie i wbrew środowisku. Dopiero kilka lat później dowiedziałem się, że autorem warstwy muzycznej jest Kanye. Nie jestem maniakalnym fanem twórczości DMX-a, ale przyznam, że czasem brakuje mi tych specyficznych odszczekiwań. Szczególnie, gdy nie zawodziła produkcja. "Dogs Out" zajmuje tak wysokie miejsce w tym zestawieniu prawdopodobnie ze względów sentymentalnych, ponieważ ta zmiana frontu miała niewyobrażalny wpływ na rozwój mojej świadomości muzycznej.


Soulbowl: Najlepsze albumy 20192.

„Didn’t I”

Leela James

A Change Is Gonna Come, 2005

Skoro Kanye West na samym początku swojej muzycznej przygody doceniany był głównie za sympatyzowanie z długimi soulowymi samplami, nie może dziwić, że tak chętnie wspierał neo-soulowych artystów. Wśród nich możemy odnaleźć Leelę James. Ye przyłożył rękę do debiutu fonograficznego nie tylko Johna Legenda. Rok po premierze Get Lifted światło dzienne ujrzał A Change Is Gonna Come utalentowanej wokalistki z Los Angeles, której pomógł — skądinąd już bardziej doświadczony w branży — kolega. Jak można się domyślić po tytule, album swoim brzmieniem nawiązywał do najlepszych dla soulu i R&B lat 60. i 70. Znalazł się tam również przepotężny banger — „Didn’t I”. Może i to określenie jest zarezerwowane wyłącznie dla rapowych nagrań, ale jak inaczej określić numer, przy którym wszyscy w okolicy mają ochotę tańczyć? Ewentualnie bujać się w rytmie beatu z gracją, znaną w niejednym nowojorskim cornerze, ponieważ tej produkcji nie można odmówić hip-hopowego korzenia. W żadnym wypadku! Może i znajdziemy na płycie nagrania z większym komercyjnym potencjałem, wszak trudno konkurować z tytułowym coverem nieśmiertelnego dzieła Sama Cooke’a, ale to właśnie ten wyprodukowany przez Westa numer uważam za najlepszy z płyty. W dodatku jak wyprodukowany! Miód.


Soulbowl: Najlepsze albumy 20191.

„Everything I Love”

Diddy

Press Play, 2006

Na papierze Everything I Love był murowanym faworytem do zwycięstwa we wszystkich mniej lub bardziej prestiżowych rankingach i podsumowaniach 2006 roku. Tym razem to — po perturbacjach z ksywką — Diddy zaprasza do siebie Nasa, tworząc niejako sequel słynnego (choć w swej wzniosłości kiczowatego) „Hate Me Now<", a dodatkowo do towarzystwa dołącza Cee-Lo Green, który osiągnął wtedy mistrzostwo w refrenowym rzemiośle. Za produkcję odpowiadał Ye, więc wszystko to sugerowałoby, że ten numer to samograj. A odnoszę wrażenie, że paradoksalnie nikt o nim nie słyszał. Dobra, może i żadna wzmianka o Diddym nie powodowała szybszego bicia serca wśród słuchaczy, ale był on postacią niezaprzeczalnie barwną i znaną. Do tego utwór znalazł się na płycie Press Play, promowaną singlem „Last Night”, którego nucił pod nosem kierowca każdego polskiego autobusu. Kanye West tak znakomicie wywiązał się z zadania, że nawet Diddy wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności, dzięki czemu… nie odstaje od reszty towarzystwa. Ye w smakowity sposób zaaranżował warstwę muzyczną — w zbiorze swoich płyt odnalazł świetną perkusję, pełną stopy i przeszkadzajek, muzycy sesyjni dograli uzależniające partie dęciaków, a Hammond nadaje numerowi gospelowego wydźwięku. Uczta.


Benny The Butcher otoczony gwiazdami w nowym singlu

Reprezentanci Griselda Records z pewnością będą mogli uznać ten rok za udany. Ekipa Westside Gunna zapewnia sobie ciągłą uwagę słuchaczy kolejnymi wydawnictwami, które mimo dużej częstotliwości trzymają poziom. Jedyną rzeczą, jakiej brakuje jeszcze do szczęścia fanom składu z Buffalo, jest solowy projekt Benny’ego the Butchera. Raper pojawiał się regularnie na płytach kolegów, ale wciąż nie poinformował jeszcze o swoich wydawniczych planach.

Na szczęście to wkrótce powinno się zmienić, bo w piątek miała miejsce premiera najnowszego singla Benny’ego. W „Timeless” gościnne zwrotki dorzucili Lil Wayne oraz Big Sean. Za produkcję numeru odpowiada Hit-Boy. Swoją drogą z podkładem związana jest ciekawostka — powstał on jeszcze za czasów Watch The Throne a Hit-Boy stworzył go właśnie z myślą o tym projekcie. Zamiast tego Jay i Kanye wybrali „Niggas in Paris” a beat przez dekadę czekał na nowego właściciela.

My natomiast czekamy na informacje i datę premiery nowego albumu – do końca roku zostało jeszcze trochę czasu. Przyglądając się działaniom Griseldy możemy zakładać, że nie powiedzieli oni jeszcze ostatniego słowa.

Kanye West i Kid Cudi tworzą razem serial animowany

klatka z serialu kids see ghosts

klatka z serialu kids see ghosts
Kanye West cieszy się reputacją prawdziwego wizjonera, który obok muzyki zajmuje się również projektowaniem ubrań, tworzeniem niesamowitych widowisk scenicznych, a nawet gier komputerowych. Tym razem postanowił zaskoczyć fanów zapowiedzią serialu animowanego, w którym wraz z nim swojego głosu użyczy Kid Cudi, czyli druga połówka świetnie przyjętego duetu Kids See Ghosts. Artyści wcielą się w role Kanye Beara i Kida Foxa, a całość wyreżyseruje uznany japoński twórca, Takashi Murakami (który współpracował z Kanye’m m.in. przy okazji albumu Graduation). Liczba odcinków oraz data premiery nie są jeszcze znane. Zobaczcie zapowiedź „Kids See Ghosts” poniżej!

Kanye West z singlem zapowiadającym nową płytę!

Nadchodzi God’s Country

KANYE ALERT! Ye podzielił się ze światem swoim nowym singlem „Wash Us in the Blood” zapowiadającym jego nadchodzący album God’s Country. Na tracku udziela się również Travis Scott, ale nie mrugajcie, jeżeli nie chcecie go przegapić…

Po małych snipettach albumu mówiło się o fuzji industrialnego minimalizmu spod znaku Yeezusa oraz głęboko spirytualistycznego przekazu i tematyki Jesus is King, co wielu fanom już mogło zaostrzyć apetyt, zważywszy na fakt, że najciekawszymi, najbardziej kontrowersyjnymi wcieleniami Ye są właśnie te oparte na mocnych kontrastach mroku i światła, hedonizmu i świętości czy introwersji i gwiazdorstwa. Finalny produkt rzeczywiście zapowiedzi te spłaca z nawiązką. Dostajemy zatem surowe, nokturnalne beaciwo z zawodzącymi liniami syntezatorów i plemiennymi, rytualistycznymi perkusjonaliami, a na nim mechanicznego, robotycznego Kanye w swojej futurystycznej odsłonie, ale wszystko pozostaje w obrębie przemyśleń na temat duchowości, wiary i potrzeby zwrotu w kierunku wiary w tak trudnym dla Ameryki okresie. Przyznać trzeba, że błagalna modlitwa o obmycie w krwi wydaje się wspaniale eksplorować zarówno brutalny charakter najbardziej odklejonych fantazji Ye, jak i realizować religijne unoszenia twórcy. Niestety, wraz z zaletami obu płyt „Wash Us in a Blood” wydaje się kopiować także ich przywary. Yeezusowa powtarzalność i pozorujące głębie refleksji teksty odciskają swoje piętno na takich grach słownych jak „Kanye- Calm-Ye”, a z Jesus is King powielona zostaje surowa, demówkowa jakość produkcji, której konsekwentne trzymanie się dziwi o tyle, że przysporzyła przecież największych kontrowersji na poprzednim albumie. Szczególnie zaskakująco wypada to ze świadomością, że w produkcje i mix zamieszany był nie kto inny jak Dr Dre, ale najwidoczniej jest to nowa estetyka będąca składową wizja Kanyego na swoją nową osobowość. Całość jednak przez to zwyczajnie nie uderza tak mocno i bezkompromisowo jak mogłaby. Całości towarzyszy nakręcony w większości telefonem komórkowym teledysk w duchu Westowskiego postmodernizmu składający się na kolaż niepokojących, zniekształconych ujęć walk ulicznych, streamów z gier, występów telewizyjnych i teledysków Travisa Scotta.

Czy zatem nowy singiel Kanye jest idealny? Mogłoby być o niebo lepiej.
Czy jesteśmy dalej podekscytowani całą ideą? Hell Yeah… (or hell-ye, amiright?)*

*przepraszam…

Kanye West udostępnia niewydany klip do „Spaceship”

Kanye West

Kanye West

Kanye West wsiada w statek kosmiczny z 2004 roku

Kiedy bardziej niż nowy teledysk Kanyego Westa, jara cię niewydany jego klip z 2004 roku, wiedz, że się starzejesz. Tak, to o mnie. Na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że „Spaceship” to od zawsze jeden z moich ulubionych punktów znakomitego debiutanckiego longplaya Westa The Collage Dropout. Płyty, która wówczas wydawała się integralną częścią poprapowej sceny, wciąż mocno uduchowionej po Soulquariańskiej rewolcie, a przez półtorej dekady wyrosła na kamień milowy XXI-wiecznego hip hopu.

Klip co prawda można było obejrzeć w sieci nieoficjalnie już wcześniej, ale dopiero teraz po nawiązaniu 10-letniego partnerstwa z siecią GAP, w ramach którego West projektował będzie ubrania dla sieci, artysta udostępnił numer na Twitterze w wizualizacją. Rzecz o tyle adekwatna, że w klipie raper wciela się w rolę pracownika sieci GAP. „This is what we dreamed of back then” — skomentował West, odsyłając do swojej strony internetowej, gdzie można obejrzeć klip. Gościnnie wspierają go wokalnie GLC i Consequence. Sprawdźcie poniżej i urońcie łezkę.

Kid Cudi wraca z nowym nagraniem

Kid Cudi powraca po prawie dwuletniej przerwie

Aż trudno uwierzyć, że w tym roku upłyną 4 lata od wydania ostatniej solówki Cudiego Passion, Pain & Demon Slayin’. W międzyczasie było jeszcze Kids See Ghosts z Kanye Westem, ale poza tym raper z Ohio w tym czasie rzadko o sobie przypominał. Czy w tym roku to się zmieni? Kilka dni temu Mescudi sprezentował swoim fanom niespodziankę w postaci nowego numeru – „Leader of the Delinquents”. Czyżby kawałek miał być pierwszym zwiastunem zbliżającej się premiery krążka Entergalatic? Trudno powiedzieć, zwłaszcza że wersy z „Leader of the Delinquents” Cudi prezentował publiczności już w 2012 roku! Niezależnie od tego, czy mamy od czynienia z singlem, czy jedynie luźnym numerem, warto było czekać na taki powrót.

Kanye West podąża za Bogiem w nowym klipie

Kanye West chce wskazywać drogę i robi to po swojemu

Pamiętacie jak w klipie do numeru „Otis” Kanye West i Jay Z zrobili sobie drogą zabawkę z luksusowej limuzyny? To skojarzenie towarzyszyło mi podczas oglądania klipu do „Follow God”, w którym Yeezy wozi się… w zasadzie trudno stwierdzić czym. Obecność przedziwnego pojazdu można pewnie tłumaczyć słowami, które słyszymy na początku wideo. Kanye jednak darował sobie stawianie kroków w śniegu, a drogę do Boga postanowił wyznaczyć w bardziej efektywny sposób.

Raperowi towarzyszy jego ojciec, a plansza widoczna na końcu klipu sugeruje, że panowie po latach odnaleźli wspólny język. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, to koniecznie sprawdźcie naszą recenzję Jesus Is King.

Recenzja: Kanye West Jesus Is King

Kanye West - Jesus Is King

Kanye West - Jesus Is King

Kanye West

Jesus Is King

GOOD Music / Def Jam

Ostatnie lata twórczości Kanyego Westa dobitnie pokazują, że łatka fenomenu kulturowego potrafi być niezawodną wymówką dla dyskusyjnej jakości. Mimo to każdy album samozwańczego króla muzyki popularnej budzi masową ekscytację — nic dziwnego, ponieważ Ye jak nikt inny posługuje się kontrowersją jako narzędziem promocji. Trwa to już tak długo, że samo wypomnienie tego można już uznać za truizm, trudno jednak nie odwoływać się do niego przy okazji takich eksperymentów jak Jesus Is King. Nowy Kanye, nowa (a może stara) perspektywa, nowy szum — Alleluja!

O gospelowym albumie Kanye przebąkiwał już kilka lat temu (So Help Me God). Pomysł, chociaż zaskakujący, wcale nie wydawał się wtedy tak abstrakcyjny — w końcu mowa o autorze utworów pokroju „Jesus Walks”. W międzyczasie światło dzienne ujrzało także Coloring Book, które udowodniło, że hip-hopowi jest znacznie bliżej do kościoła, niż mogłoby się wydawać. Zapowiedź Jesus Is King została więc przyjęta przez fanów raczej z ciekawością, niż z chłodnym sceptycyzmem, ale pomimo kilku opóźnień, wywołała spore zamieszanie na scenie. Zamieszanie i zmieszanie, bo dziewiąty solowy album Kanyego Westa momentami ociera się o granice nie bram niebieskich, a absurdu.

Jesus Is King w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych krążków artysty, rozkręca się natychmiastowo — od energetycznego impulsu pod postacią „Every Hour”, które w groteskowy sposób wyznacza gospelowy ton i płynnie przeradza się we właściwe otwarcie, „Selah”.  Filmowy wręcz podkład jest tłem dla pełnego pasji manifestu rapera, który na myśl przywodzi Yeezusa — to podobna struktura i atmosfera, pełna porównań typu Before the flood, people judge / they did the same thing to Noah. Chociaż płyta rzekomo poświęcona jest Bogu, autor w centrum zainteresowania stawia siebie samego jako symbol nawrócenia, niezłomnej wiary i walki ze złem.  Jeszcze bardziej słychać to w „Closed on Sunday”, gdzie Ye śpiewa Raise our sons, train them in the faith / through temptations, make sure they’re wide awake do muzyki przywodzącej na myśl cyberpunkowe anime o wojnie z demonami. Uduchowienie na Jesus Is King nie zawsze jednak ubrane jest w epickość; dla kontrastu w utworach takich jak „God Is” czy „Jesus Is Lord” przybiera formę intymnej, minimalistycznej i melodyjnej recytacji. Trudno jednak uciec od wrażenia, że ma się to do gospel tak, jak „Old Town Road” do country.

Jesus Is King, pomimo wielu kompletnie niewiarygodnych elementów, utrzymuje jednak jakimś cudem spójność. Co więcej — bywa, że ma do zaoferowania coś naprawdę ciekawego. „Follow God”, duchowy spadkobierca „Father Stretch My Hands, Pt. 1”, oparte na samplu Whole Truth, to dynamiczny i ciekawie zarapowany utwór, który w swojej prostocie przypomina sławne „No More Parties in LA” czy „Fire” w duecie Kids See Ghosts. To jeden z nielicznych momentów, kiedy Kanye brzmi jak stary dobry Kanye. Perełką jest również „Use This Gospel”, gdzie pierwsze skrzypce gra genialne i pełne natchnienia Clipse, doprawione bogatą produkcją i przyjemnym refrenem gospodarza. Z drugiej strony płyta potrafi zaliczyć spadki takie jak kuriozalne „Water” z 16 wzmiankami Jezusa czy „On God”, w którym nachalny podkład Pierre’a Bourne’a w klimatach retro totalnie przyćmiewa samego Kanye.

Po bardzo udanym 2018 roku wydawało się, że Kanye West wraca na właściwe tory. Teraz przekreślił jednak te nadzieje parareligijnym, pastiszowym krążkiem. Trudno narzekać na pretensjonalność (to jak gniewać się na niebo za to, że jest niebieskie), ale należy uczciwie przyznać  – to nie jest gospel. Jesus Is King znacznie bliżej telewizyjnemu kaznodziejstwu i afroamerykańskim komediom z gospel w tle. W kategoriach muzycznych album jest natomiast szalenie nierówny, czasem niedopracowany i niespecjalnie ciekawy, szczególnie w warstwie lirycznej – na tyle, że można go pomylić z pretekstem do sprzedawania nowego merchu. Ale kto by się tym wszystkim przejmował. W końcu Kanye to Kanye.

#FridayRoundup: Kanye West, Gallant, Levitation Orchestra i inni

Kanye West tym razem nie zawiódł swoich słuchaczy, przynajmniej tym, że wreszcie dotrzymał obiecanej daty premiery. Ale ten piątek to nie tylko Jesus Is King. Swoje nowe krążki podrzuciło nam jeszcze kilku artystów, a wszystko to znajdziecie poniżej, oraz na naszej zbiorczej playliście.


Jesus Is King

Kanye West

GOOD

Kwestie wydawnicze z każdym kolejnym albumem Kanye’ego Westa robią się coraz bardziej absurdalne. Po tym jak legendarny Yandhi w kulturze stał się już właściwie symbolem, nareszcie otrzymaliśmy tak długozapowiadany, dziewiąty solowy album artysty, Jesus Is King. Ye od jakiegoś czasu uduchowiony jest jak nigdy wcześniej (należy jednak pamiętać, że religia od początku była w twórczości Kanye’ego obecna), a nowy materiał w przeciwieństwie do posługującego się chrześcijańskimi motywami The Life of Pablo, jest już w pełni albumem gospelowym. Usłyszymy na nim także chór Sunday Service, w którego wykonaniu „Every Hour” otwiera całość. A ta, czysta, przepełniona nawiązaniami do Biblii oraz pozbawiona niecenzuralnych treści, jest przede wszystkim sakralnym hołdem złożonym Chrystusowi. Bo Kanye nie jest już niewolnikiem. Jest synem Boga i — jak sam o sobie mówi — chrześcijańskim innowatorem. — Klementyna


Sweet Insomnia

Gallant

Mind of a Genius

Nadmiar talentu i chęć dążenia do perfekcjonizmu często bywa zgubne dla artystów. Jeśli do tego dochodzi jeszcze nieco wydumane ego, otrzymujemy wówczas wybuchową, ciężką do strawienia mieszankę. Taki napój wyskokowy musiał niestety przełknąć Gallant, który po swoim dobrze przyjętym debiucie Ology, krążył wśród różnych gatunków muzycznych, które po wyselekcjonowaniu i przesianiu przez niewybredny umysł Christophera, w konsekwencji złożyły się w całość Sweet Insomnii. Szerokie spektrum dźwięków, od new jack swingu, przez afrobeat, wczesne R&B lat dwutysięcznych, aż po dźwięki rodem z europejskich westernów, Amerykanin ułożył w trzynaście niepechowych, powiązanych ze sobą kompozycji, tworzących spójną całość. Oprócz falsetu Gallanta, na płycie usłyszymy również Sabrinę Claudio oraz 6Lacka. Krążek jest zbiorem wyważonych i prawdziwych, ale przeciwstawnych emocji, które artysta nazwał Sweet Insomnia. — Forrel


Inexpressible Infinity

Levitation Orchestra

Astigmatic Records

Brytyjska scena jazzowa nie przestaje zaskakiwać, a kolejnym na to dowodem jest krążek 13-osobowej ekipy działającej pod nazwą Levitation Orchestra, której założycielem i liderem jest trębacz Cykady — Axel Kaner-Lidstrom. Dowodzi on grupą młodych londyńskich muzyków, których głównym atutem zaraz po niesamowitym talencie jest sposób tworzenia nagrań. Kompozycjami znajdującymi się na albumie Inexpressible Infinity zajmuje się bowiem cały kolektyw, co wywala niesamowitą energię, którą słychać niemal w każdej minucie tej przepełnionej spirytualnym jazzem płyty. Warto dodać, że wydaniem tego materiału zajęło się nasze rodzime Astigmatic Records i jest to kolejna już znakomita pozycja w ich katalogu. — efdote


Pony

Rex Orange County

Sony

Z pewnością możemy stwierdzić jedno. Pomysłowości mógłby Alexandrowi O’Connorowi pozazdrościć niejeden operator infolinii. Przedpremierowy odsłuch fragmentu singla „Pluto Projector”, promującego album Pony, był możliwy po wybraniu numeru telefonu umieszczonego na Twitterze muzyka. Dziś wiemy i bez tego, że Rex Orange County nie stracił zapału do pisania emocjonalnych, ale i bezpretensjonalnych opowiastek o życiu. Zapał i szczodrość były również obecne przy wyborze produkcyjnych ozdobników. Feeria barw na krążku jest oszałamiająca: to zwiewne pasaże instrumentów dętych, to sentymentalne smyki, to dziecięcy chór czy śpiew ptaków, czy wreszcie wszystkie możliwe modulacje głosu. Alexander O’Connor stworzył na Pony wszechstronny indie-pop-soulowy kolaż, z lekkimi songwriterskimi odchyleniami w stronę piano rocka; jednak chyba zbyt wszechstronny, by można było się na nim odnaleźć z łatwością. — Maja Danilenko


Moments Spent Loving You

Xavier Omar & Sango

XO Creative Club/RCA Records

Ten duet nie zawodzi. Xavier Omär ponownie złączył siły z amerykańskim producentem Sango, znanym między innymi ze współpracy ze Smino czy Brysonem Tillerem. Tym razem wynikiem ich współpracy jest świetny, album długogrający Moments Spent Loving You. Krążek promował między innymi utwór „Thief” — typowa miłosna piosenka na podkładzie R&B z reaggeatonowymi wstawkami. Następca Hours Spent Loving You, poza zbieżnością tytułu, jest również podobny brzmieniowo — Moments Spent Loving You to jedenaście utworów i kawał dobrego, klasycznego R&B z kojącym wokalem Omära. Na płycie usłyszymy gościnnie Wale’a, VanJess czy Foggieraw. — Polazofia


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Pusha-T w jednym numerze z Ms. Lauryn Hill na bicie Kanyego Westa

No no! Gdy w połowie tygodnia wydawało się, że świeżo wydany singiel Pushy-T „Sociopath” z bitem Kanyego Westa, kontynuacja doskonałej formy rapera, to być może najlepszy nowy numer, jaki dostaniemy przed końcem miesiąca, raperowi udało się przebić samego siebie. Dwa dni później światło dzienne ujrzało „Coming Home”, także wyprodukowane przez Westa, także z jakościowym rapem Pushy, ale z Ms. Lauryn Hill w refrenie. Z jednej strony sam refren jest może odrobinę prostolinijny melodycznie i tekstowo, z drugiej w połączeniu z brzmieniem i konwencją kawałka, jest w tym wszystkim coś ze starej dobrej Lauryn, za którą wszyscy tęsknimy. No i Hill na bicie Westa to jednak wydarzenie, na które fani piosenkarki czekali od 2004, kiedy fragmenty „Mystery of Iniquity” samplowane z „All Falls Down” musiała nagrać ponownie Syleena Johnson. No i można pomarzyć, co by było, gdyby Hill pozwoliła Westowi, by ten wyprodukował jej kolejną płytę…

Nowy utwór: Kanye West feat. Charlie Wilson „Brothers”

W ostatnim epizodzie programu Irva Gottiego Tales, który wczoraj wyemitowała telewizja BET można było usłyszeć nowy niepublikowany numer Kanyego Westa „Brothers”, w którym gościnnie refren śpiewa stały współpracownik rapera — piosenkarz Charlie Wilson. Utwór co prawda został w programie ucięty z powodu ograniczeń emisyjnych, ale Gotti po premierze odcinka podzielił się pełną wersją numeru na swoim Instagramie. Sam snuje przy tym spekulacje, czy refren, w którym West i Wilson śpiewają „We’ll be brothers forever” odnosić się ma do Jaya Z czy Virgila Abloh’a. Sprawdźcie całość poniżej.

Kanye West przekłada premierę Yandhi… po raz drugi

I chociaż perspektywa dwóch albumów od Kanye’ego Westa w przeciągu jednego roku kalendarzowego wydawała się naprawdę kusząca, to na ten moment jest niestety mało prawdopodobna. Yandhi, kontynuacja wydanego przed pięcioma laty Yeezusa miała pierwotnie ukazać się 29 września. Ye uznał wtedy, że jego dzieło nie jest jeszcze w pełni gotowe i postanowił dać sobie więcej czasu na wypuszczenie projektu. Nowa data premiery została wyznaczona na 23 listopada, jednak dziś już wiemy, że nie ma co czekać na krążek od Westa w Black Friday. W ubiegły weekend podczas premierowego koncertu Kids See Ghosts na festiwalu Camp Flog Gnaw, Yeezy uznał, że nowy album wymaga dalszej pracy. Kiedy w takim razie poznamy więcej szczegółów? Tego nie wiadomo. Pozostaje nam tylko czekać na kolejne tweety.

Kanye West przekłada premierę płyty

Wnioskując po ostatnich dokonaniach w karierze muzycznej Kanye Westa, mogłoby się wydawać, że raper zostawił problemy za sobą i rozpoczął nowy twórczy etap w swoim życiu. Niestety wygląda na to, że historia sprzed miesięcy zatacza koło. Artysta najpierw ogłosił, że wśród gości na płycie pojawi się XXXTentacion i 6ix9ine, żeby następnie zmienić pseudonim na Ye oraz kolejny raz okazać swoją sympatię dla Donalda Trumpa podczas swojego występu w Saturday Night Live.

Zwieńczeniem złej passy okazało się przesunięcie premiery nowego albumu pt. Yandhi o 2 miesiące. Nową datę, 23 listopada (czarny piątek) ogłosiła światu partnerka rapera, Kim Kardashian za pośrednictwem Twittera. W późniejszej rozmowie z dziennikarzem TMZ Ye zapowiedział, że zamierza udać się do Afryki, aby tam dokończyć pracę nad płytą. Podsumowując, wygląda na to, że wszystko wróciło do normy.

Kanye West zapowiada kolejne albumy!

Kiedy wydawało się, że reszta roku przebiegnie już w spokojnej, bezstresowej atmosferze, Kanye zasiadł do Twittera. I znów rozwiązał mu się język. Zaczęło się od postów zapowiadających drugą część Watch The Throne (od tamtego czasu publiczność na koncertach Jaya interpretuje każde słowo jako potwierdzenie tej rewelacji). Co więcej, przed kilkoma dniami razem z Chance’em dolali oliwy do ognia, sugerując, że ich wspólny projekt Good Ass Job także ujrzy światło dzienne. A na koniec największa rewelacja – druga części Yeezusa będzie mieć swoją premierę jeszcze w tym miesiącu! A przynajmniej tak wynika z ostatnich tweetów Ye. Obok prawdopodobnej okładki pojawił się tytuł Yandhi oraz data 29 września. Wygląda na to, że przed nami kolejny gorący miesiąc z G.O.O.D. Music.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Kanye West (@kanyewest)

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Chance The Rapper (@chancetherapper)

 

Kanye West, Lil Pump i filmy dla dorosłych

Gdy Kanye otwiera usta przed kamerą, to wiedz, że coś się stanie. Tak było ostatnio, kiedy to w jednym z programów typu „late night show” Ye opowiedział o swoim zamiłowaniu do pornografii. Ów deklaracja nie umknęła ludziom z branży, którzy postanowili zaproponować Westowi współpracę przy tworzeniu gali przyznawania nagród dla gwiazd porno. Ten się zgodził, a dodatkowo przygotował z tej okazji niespodziankę. Wraz z młodym i gniewnym Lil Pumpem nagrali kawałek zatytułowany „I Love It”, który miał premierę właśnie podczas imprezy. Wersy obu panów oczywiście adekwatne do sytuacji a całość brzmi trochę jak przygotowana w 5 minut. Na uwagę zasługuje jednak klip, który pewnie stanie się materiałem do memów niczym Drake’owe „Hotline Bling”. Ye wygląda, jakby dobrze się bawił, a Wy?

Kanye West i jego odrzut z „Ye”

Masz chore myśli? Guilty pleasures? Zakazane ciągoty? Nie martw się, Yeezy je zna i podziela! Jego „XTCY” zdaje się być jednym wielkim muzycznym żartem. Świadczy o tym ksywa producenta, stojącego za nagraniem, która brzmi nie inaczej niż: Clark Kent. Nowy singiel Westa to taki b-side „I’m in it” z jego ekstatycznymi jękami i powrót do szkicowej stylistyki znanej z jego poprzedniego longplaya. Natrętny beat doskonale współgra z tekstowymi wygłupami Yeezusa, brzmiącymi mniej więcej tak: „Woo, skrrrt! Whoopity-whoop, scoop-p-p-wooop-toop! Loot, lotty, loot-loot”! It’s Mad Max! „XTCY” możecie ściągnąć stąd lub odsłuchać — póki nie zostanie skasowane — poniżej.

Kali Uchis z coverem „Paranoid” Kanyego Westa

Koleżanka Tylera, the Creatora, którą szczęśliwcy mogli zobaczyć na tegorocznym Openerze, odwiedziła we wtorek studio BBC. Artystka udzieliła wywiadu prowadzącej audycję Annie Mac. Wywiad umilił krótki set Uchis. Nie zabrakło ostatniego przeboju Uchis „After the Storm”. Niespodzianką okazał się natomiast cover „Paranoid” Kanyego Westa. 808’s & Heartbreak jest dla Kali wyjątkowo ważne. Wokalne eksperymenty Kanyego stały się w pewien sposób dla niej inspiracją. Całości możecie posłuchać na stronie BBC, a wspomniany cover znajdziecie, przeskakując na 17:20.

Chance The Rapper zapowiada nowe projekty!

Czerwcowa seria premier od G.O.O.D. Music dobiegła już końca, ale bardzo możliwe, że kolejne projekty w podobnej formie pojawią się jeszcze w przyszłości. Kilka dni temu w sieci pojawiła się informacja, jakoby Kanye pierwotnie planował wypuścić 52 albumy w ciągu 52 tygodni. O współpracy z Westem poinformował ostatnio CyHi The Prynce. Teraz Chance The Rapper ogłosił, że ma w planach stworzenie siedmiu utworów na bitach Ye. W wywiadzie z Peterem Rosenbergiem opowiada trochę o pracy nad nowymi rzeczami. Z jego wypowiedzi wynika, że w przygotowaniu jest także wspólny album z Childishem Gambino. Jak podsumował, obydwa projekty są gotowe w trzydziestu procentach. Jak szybko usłyszymy następcę Colouring Book?

Recenzja: Kids See Ghosts Kids See Ghosts

kids see ghosts recenzje

Kids See Ghosts

Kids See Ghosts (2018)

G.O.O.D. Music / Def Jam

Wspólna płyta Kanye Westa i Kida Cudiego od dawna stanowiła marzenie fanów obu artystów. Ich drogi przez te wszystkie lata rozchodziły się i zbliżały. Dwójkę kreatywnych przyjaciół łączą skłonność do pakowania się w kłopoty i skandale oraz trudne do zrozumienia posunięcia muzyczne. Wierni słuchacze od zawsze mieli wyobrażenie tego, jak powinny wyglądać kariery idoli, ale były one dalekie od rzeczywistości. Premiera Kids See Ghosts obudziła jednak stare nadzieje — Kanye West i Kid Cudi postanowili udowodnić światu, że mają jeszcze coś do dodania, a ich twórczy potencjał jest bardziej nieprzenikniony, niż wszyscy myśleli.

„I miss the old Kanye, straight from the go Kanye” — przekomarzał się z publicznością West w 2016 roku, podając jednocześnie w wątpliwość to, czy dawny Kanye jeszcze w ogóle istnieje. Kids See Ghosts sprawia jednak, że wszystkie żarty można wyrzucić do kosza, bo Kanye West, jakiego znamy sprzed Yeezusa, żyje i ma się dobrze. Raz jeszcze wziął we własne ręce produkcję i namaścił ją midasowym dotykiem. Efektem jest zaledwie 7, patrząc na samą cyfrę, i aż 7, słuchając całego albumu, oryginalnych i spektakularnych utworów — do tego stopnia, że cała branża zatrzęsła się w posadach. Jeśli ktokolwiek poszukiwał nuty sentymentu, zapomnianego pierwiastka, który sprawiał, że Kanye West był Kanye Westem, a Kid Cudi był Kidem Cudim, może rozsiąść się wygodnie i przygotować na podróż do czasów, kiedy “Day ‘n’ Nite” hulało w każdym radiu.

Kids See Ghosts brzmi przede wszystkim bardzo nieskrępowanie. Oznaką tego jest już otwierające album „Feel the Love”, które wyrywa się ze wszelkich ram utworu rapowego, zamiast tego serwując odbiorcy kanonadę adlibów i ascetyczny, ale jakże ekspresyjny refren — a wszystko to na modłę przypominającą wściekłe „Black Skinhead”. Atmosferę rebelii podsyca „Fire”, w którym autorzy wymieniają się wersami o otaczających kontrowersjach, aby zaznaczyć, że nigdy niczego nikomu nie obiecywali. Paradoksalnie, zrzucenie z siebie presji otoczenia daje efekt, jakiego to otoczenie najbardziej oczekiwało. Tematyka napięcia i problemów, wzlotów i upadków przewija się przez całą płytę — wszystko jednak jest bardzo autentyczne, namacalne i przemawia do słuchacza znacznie lepiej niż zawartość Ye. Można odnieść wrażenie, że całe przedsięwzięcie jest swego rodzaju terapią, szczególnie przy utworach takich jak „Reborn”, które dzięki produkcji Dot da Geniusa nie tylko pełnymi garściami czerpie z Man on the Moon, ale również pięknie oddaje intencje i cel artystów — kompletną wolność.

Trzeba zaznaczyć, że West i Cudi mogli rozegrać wszystko w znacznie bezpieczniejszy sposób. W takim przypadku na albumie zabrakłoby jednak takich kompozycji jak szalone, romansujące z alternatywnym rockiem i bezkompromisowe „Freeee (Ghost Town Pt. 2)”, z doskonałym, lecz subtelnym, występem Ty Dolla $igna. Nie usłyszelibyśmy prawdopodobnie także tytułowego „Kids See Ghosts”, które oprócz niepokojącego klimatu zawiera jedną z najlepiej zarapowanych zwrotek Yeezy’ego od niepamiętnych czasów. Dodajmy mistrzowską wariację na temat sampla Louisa Primy w „4th Dimension” oraz hybrydę grunge’u i ballady w stylu 808s and Heartbreak w „Cudi Montage”, a otrzymamy jedną z najlepszych płyt 2018 roku — Kids See Ghosts.

Jeśli istnieje jakikolwiek przepis na udaną płytę, Kanye West i Kid Cudi najpewniej spalili go w ogniu własnych ambicji i nieograniczonej pomysłowości. Ich propozycja, mimo że bardzo kameralna, jest niemalże wywrotowa. Wydaje się wręcz, że wszystkie ich potknięcia z minionych 10 lat były warunkiem koniecznym do tego, żeby Kids See Ghosts mogło powstać. Projekt jest nie tylko udany na wszystkich płaszczyznach, lecz również nader esencjonalny. Esencjonalny pod względem narkotycznej, mrocznej atmosfery, intensywności wrażeń i emocji, oraz stylu obu artystów. Czy nie za tym wszyscy tęskniliśmy tak długo?