Relacja: Cypress Hill na Orange Warsaw Festival

Data: 29 maja 2013 Autor: Komentarzy:

cypresifot. Marcin Bąkiewicz/WP

Organizatorzy Orange Warsaw Festival znaleźli się w tym roku w wyjątkowo wygodnej sytuacji. Impreza (a w zasadzie jej pierwszy dzień) miała status „sold out” już kilka dni po ogłoszeniu pierwszego headlinera – mowa oczywiście o Beyoncé. Pomimo tego OWF postanowiło postawić na jeszcze kilku gorących wykonawców. Gorących kilkanaście lat temu, ale nikomu to chyba nie przeszkodziło w dobrej zabawie. Wielka relacja z show Królowej już niedługo na soulbowl.pl, a tymczasem opowiem Wam o tym, co na Orange’u pokazali Cypress Hill.

Na temat nie do końca idealnej akustyki Stadionu Narodowego przeczytacie jeszcze w relacji z Bey, muszę jednak zaznaczyć, że na Cypressach było pod tym względem jeszcze gorzej. Jedną z przyczyn były jeszcze puste o tej porze dnia trybuny, drugą prawdopodobnie wina dźwiękowców zespołu. Grane przez DJ’a podkłady zbijały się w nieprzyjemny hałas, a słowa B-Reala bywały ciężkie do zrozumienia – jeśli nie znało się tekstów. Oczywiście miało to pośredni związek ze specyficznym, nosowym głosem rapera. Jego nieodłącznego hypemana – Sen Doga – było słychać o niebo lepiej. Nie wiem czy dźwiękowcy ostatecznie znaleźli rozwiązanie wspomnianych problemów, czy ja się po prostu przyzwyczaiłem do stadionowych warunków, ale koniec końców wyszedłem z koncertu jak najbardziej zadowolony.

Po rozpoczęciu koncertu mało znanym, ale intensywnym trackiem z ich ostatniej płyty, zespół szybko zaatakował nas swoimi najważniejszymi przebojami – „Hand on the Pump”, „How I Could Just Kill a Man”, czy oczywiście ich sztandarowym „Insane in the Brain”. Wystrzelanie się z najlepszych pocisków było jednak tylko pozorne – w trakcie koncertu przypomniałem sobie ile jeszcze świetnych singli mieli przecież w zanadrzu. Dobrym pomysłem było swoiste „smoking section”, czyli zagrany w połowie koncertu maraton ich najważniejszych utworów poświęconych Marii Joannie. Te z kolei stanowiły idealne przejście do mrocznego „Illusions” i tak dalej, i tak dalej. Warto też docenić czego nie zagrali – a nie zagrali na szczęście niczego ze swoich chybionych dubstepowych crossoverów. Nie wykonali też znienawidzonego przez tych najbardziej wiernych słuchaczy „What’s Your Number”.

B-RealSen Dog świetnie odtwarzali przepalony klimat swoich albumów, skutecznie podkręcali publiczność (standardowymi) koncertowymi zabawami, ale nie można zapominać o bardzo ważnej roli dwóch pozostałych postaci na scenie. Pierwsza z nich to perkusista Eric Bobo – jak można było usłyszeć, najprawdziwszy wirtuoz kong i bongosów. Druga to DJ. Rolę oryginalnie związanego z zespołem Muggsa przejął – ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu – sam Julio G. Radiowa legenda, animator kalifornijskiej sceny hiphopowej zachwycił widzów swoimi turntablistycznymi popisami – pierwszy raz od dawna zrobiło mi się przykro, że obecni wykonawcy tak bardzo marginalizują rolę didżeja w hip hopie.

Chociaż od czasu, kiedy ostatni raz włożyłem do odtwarzacza jakikolwiek album Cypress Hill minęły ze trzy lata, okazało się że stara miłość nie rdzewieje, a sentyment potrafi wziąć górę nawet nad technicznymi niedogodnościami. W zasadzie to nie tylko sentyment, ale również niesłabnąca energia grających już ponad dwie dekady Sajpresów.

Komentarze

komentarzy