Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Chrisette Michele Better

Data: 17 czerwca 2013 Autor: Komentarzy:

chrisette-michele-better-lead

Chrisette Michele

Better (2013)

Motown / Universal


Chrisette who?” ciśnie się na usta po usłyszeniu tego, co zaserwowała nam na najnowszym krążku Michele. Uzupełniła nim zestawienie „przesłuchać i zapomnieć”. Wyjątkowo to rozczarowujące,  zwłaszcza, że artyści zdają się w 2013 kasować na powroty, muzyczne petardy, a i kilku pretendentów do miana „album roku” już by się znalazło. Chrisette niestety w szranki z nimi stawać nie będzie, a szkoda, bo potencjał posiada.

Miało być Better, a wyszło gorzej, monotonnie,  odwrotnie proporcjonalnie, nudno. Przy takim nasyceniu rynku jak obecnie, nie wystarczy już wypuścić solidnie wyprodukowany materiał od strony technicznej. Potrzebny jest element zaskoczenia, nowatorstwo, jakiś smaczek, który zdefiniuje miejsce artysty na muzycznej scenie. Można też podjąć się umiejętnej eksploatacji klasyki, nadania jej własnego sznytu i zagrania na sentymentalnej strunie słuchaczy. Tego wszystkiego tu brakuje. Nie ma nawet jednego porządnego muzycznego kopnięcia, które sprawi niczym Apokalipsa św. Jana, że przez kilka godzin zapętli się go w celu odnalezienia wszystkich wymiarów. Każdy dźwięk jest tak przewidywalny, że równie dobrze mogła go wyprodukować Salome, żądając przy tym głowy każdego współczesnego Jana Chrzciciela, który zbuntowałby się przeciwko panującym zasadom. Grając bezpiecznie Chrisette zgubiła swój jazzowy polot na rzecz poprawnych, szkolnych wokali. W roli dźwiękowej grzesznicy pokroju Marii Magdaleny mogłaby uratować to wydawnictwo. Nawet featuringi, które zazwyczaj mają na celu urozmaicenie materiału, okazały się jedynie wygodnym romansem, o którym nikt nie będzie plotkował tygodniami.

Ustaliwszy, że na grzeszenie nie ma co się nastawiać, porzucić można rolę Heroda i zabawiwszy się w miłosiernego Samarytanina poklepać Michele za profesjonalizm. Cały swój potencjał wyczerpała chyba na teksty, tworząc spójną całość z pozytywnym przekazem. Żyletek do krążka dołączać nie będzie, gdyż obrała kurs dodatni. Same kompozycje w całej przewidywalności również zdają się rządzić prawem naczyń połączonych.  Dosłownie zlewając się prowadzone są całkiem przyjemną linią basu.

Jedyne co pozostało, to nadzieja, że kolejny talent nie pójdzie na kompletne zmarnowanie w przyszłości. Odrobina ryzyka może i kilku zabiła, ale ci, którzy przeżyli, z pewnością nie stoją w jednym rzędzie z tegoroczną Chrisette.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure