Natalia „Natu” Przybysz
Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin (2013)
Warner Music Poland

Przed nami nietypowa walka. Na ringu stanęły bowiem dwie pochodzące z różnych muzycznie światów artystki. W prawym rogu – legenda rocka, przedwcześnie zmarła Janis Joplin. Po lewej stronie polska soulowa wokalistka, była członkini gupy Sistars, obecnie skupiona na solowej karierze Natalia Przybysz. Nietypowa również dlatego, że tylko jedna z zawodniczek walczy tutaj o wygraną. Joplin jest ikoną i ma już zapewnione miejsce w historii muzyki, a o swoją przyszłość i artystyczną wolność walczy tutaj Przybysz.
Zaczynasmy! Pierwsze dwie rundy w postaci „The Last Time” oraz „Try” i Przybysz od razu pokazuje swoją odwagę i świadomość w trudnym zadaniu, jakiego się podjęła. Pominięcie największych przebojów legendny wcale nie ułatwiło zadania, bo jej utwory po prostu są trudne. Publiczność jednak krzyczy „Natu czuje bluesa!” i trudno się z nimi nie zgodzić. W jej głosie jest ekspresja, pasja i co najważniejsze, nie naśladuje ona Janis. Zamiast rocka mamy tutaj soul i blues, jest stylowo, ale i emocjonalnie. Niesiona początkowym zwycięstwem Natalia podejmuje bardzo ryzykowny krok – na albumie typu tribute umieszcza swój autorski, zaśpiewany po polsku numer. Dosyć specyficzny „Niebieski” z ciekawą harmonijką broni się jednak sam. Decyzję wokalistki można kwestionować, ale z pewnością jej własny utwór trzyma poziom. Idąc za ciosem dostajemy chyba jedyny tak odważnie przearanżowany utwór – „Down on Me”. Profanacja? Nie, wszystko brzmi dobrze, do przodu dziewczyno!
Nagle w połowie albumu nokaut, tytułowy „Kozmic Blues” to najsłabszy element krążka. Przybysz nie poradziła sobie z tym trudnym utworem, w jej wokalu brakuje emocji, nie czuje go i potrafi wznieść się ponad muzykę. Jest to jednak chwilowa słabość, wraz z orkiestrową aranżacją „One Night Stand” Natu podnosi się i pięknie pokazuje, jak można z klasą połączyć soul z muzyką Joplin. W końcu mamy też znak życia od wspierających w walce Natu muzyków i całkiem zgrabną solówkę zagraną na harmonijce. To jeden z problemów Natalii, bo ciężar całego wydawnictwa spoczął na jej barkach, zespół nie wylewa na naszym ringu siódmych potów. Niekiedy brak z ich strony własnych interpretacji Joplin, zbyt blisko trzymają się oryginałów. Nie jest to poważny zarzut, a raczej kwestia, dzięki której Natu miałaby jeszcze większe pole do popisu. Najlepszym tego przykładem jest energetyczne, funkowe „Half Moon”, w którym Przybysz zostawia kolegów daleko w tyle.
Pełnię sił Natu ukazuje w prawdziwie soulowym „Maybe”. Ta runda bezsprzecznie należy do niej, jest pięknie i nastrojowo, unosimy się ponad ring. Mamy zatem zwyciężczynię? Jeszcze nie, bo końcówka płyty to dopiero prawdziwy sprawdzian – „Tell Mama”, „Ball and Chain” i wielki klasyk Joplin „Me & Bobby McGee”. Po kojącym singlowym utworze Natu i jej zespół wracają ze zdwojoną siłą. Cios za ciosem, kolejny raz dostajemy wokalny popis piosenkarki na tle rockowo-bluesowych arażacji. Tak właśnie należy robić covery – nie odtwarzać cudzych nagrań, ale kompletnie wejść w wykonywane utwory. Niektórzy uważają, że piosenek takich artystek jak Janis Joplin w ogóle nie powinno się dotykać. Natalia jest jednak cały czas wiarygodna w tym, co robi i jednocześnie zachowuje swój własny styl.
I koniec końców, ona tę walkę wygrywa. Nie tylko jeśli chodzi o złożenie hołdu Janis, ale przede wszystkim jako artystka, która nie boi się wyzwań. Ryzyko się opłaciło, a Joplin z pewnością nie przewraca się w grobie. Kto wie, może nawet uśmiecha się w stronę polskiej wokalistki. W końcu ma ku temu powody.



Komentarze