Recenzja: Ciara Ciara

Data: 12 lipca 2013 Autor: Komentarzy:

ciara-album-cover

Ciara

Ciara (2013)

Epic

Poprzednie dwa albumy Ciary okazały się komercyjną klapą. Wokalistka obarczyła winą za te niepowodzenia wytwórnię LaFace, która rzekomo nie chciała promować materiałów w należyty sposób. Po serii niefortunnych zdarzeń, Cici odeszła z firmy, by ponownie podjąć współpracę z L.A. Reidem — nota bene osobą, która ponad dziesięć lat temu odkryła jej talent. Na próżno jednak na piątym krążku piosenkarki szukać hitów pokroju „Goodies” czy „1,2 Step”.

Wydawało się, że promocja Ciary również nie szła w dobrym kierunku — wielokrotne przekładanie premiery czy wypuszczone w eter single, które ostatecznie nie trafiły na płytę (przywołujące na myśl twórczość samej Janet Jackson „Got Me Good”, szeroko rozbudowane w warstwie instrumentalnej „Sorry” czy mocno uderzające „Sweat”) potrafiły wyprowadzić niejednego fana z równowagi. A jednak coś przykuło uwagę słuchaczy, bowiem inaczej niż w przypadku Fantasy Ride czy Basic Instinct, wszystkie oczy i uszy skierowane są obecnie na Ciarę — czy słusznie? Nie do końca ten fenomen jest przeze mnie zrozumiały.

Ciarę otwiera agresywny głos Nicki Minaj oraz hymn zrzeszający porzucone kobiety — „I’m Out”. Nierówny podkład jest irytujący, a naiwny tekst, o tym, by „eks-chłopak spadał na drzewo”, może poruszyć tylko dziewczyny, których górna granica wieku to czternaście lat. Na nieudany początek można jeszcze przymknąć oko, gdyby nie fakt, że im dalej, tym większe rozczarowanie, jeśli chodzi o jej płyty.

Ciara zrzekła się tytułu „księżniczki crunku” i rzeczywiście na albumie nie ma odniesień do sztandarowych melodii rodem z Atlanty. A szkoda, bo przecież niewątpliwie południowy styl był atutem gwiazdy. Jest za to masa beztroskich, ale przeciętnych popowych kawałków („Read My Lips”, „Livin’ It Up”), które nie różnią się niczym od singli z poprzednich lat. Wydawać by się mogło, że zmiana wytwórni odblokuję choć trochę Ciarę. Nic z tych rzeczy — piosenkarka wciąż nie umie wspiąć się na wyższy poziom. Brakuje tu dawnej przebojowości oraz jasnej wizji — zarówno jeśli chodzi o teksty, jak i o sferę muzyczną. Podczas gdy „Sophomore” niesie za sobą dość ciekawą metaforę, podkład do złudzenia przypomina mdłe „You Can Get It”. Natomiast w „DUI” wyraźnie słychać echa, zakrapianej alkoholem, ballady kończącej Fantasy Ride — „I Don’t Remember”. Nadzieją na przyszłość dla Ciary może być natomiast superprosty taneczny kawałek „Overdose”. O wiele bardziej chwytliwy niż poprzednicy, choć i tak trudno pisać tu o numerach tętniących życiem czy przyjemnie pulsujących, które nie znikną w ciągu kilku kolejnych miesięcy z playlist dyskotek czy sal treningowych.

Na szczęście pościelowe jamy, które potrafią rozbudzić wyobraźnie niejednego mężczyzny, są przygotowane precyzyjnie i tylko Ciara potrafi uwodzić płeć przeciwną w taki sposób. Najjaśniejszym punktem płyty jest oczywiście solidna produkcja Mike Will Made It — „Body Party”, choć na uwagę zasługuje także delikatne, melancholijne „Where You Go”.

Bez dwóch zdań, przy promocji tego krążka, management Ciary gimnastykuje się jak tylko może, by znów było o niej głośno. I tak rzeczywiście jest — choć daleka jestem od uzasadniania tego dobrym materiałem. Tytuł wskazywałby, że będzie to najbardziej osobisty i dopracowany krążek w karierze artystki. Jeśli w ciągu zaledwie pięciu lat dostajemy trzy krążki, których data premiery właściwie nie ma znaczenia, bo materiał na każdej niewiele się od siebie różni, przychodzą mi do głowy następujące pytania. Czy coś tu jest nie tak z Ciarą czy może jedynie moje podejście do muzyki jest nadmiernie pragmatyczne? Czy w tym wypadku myli się Cici, która mniej lub bardziej skutecznie próbuje nabrać swoich słuchaczy na kolejne odsłony tego samego, czy może błędnie myślę ja, naiwna entuzjastka jej talentu, która znów otrzymała nie to, czego oczekiwała?

Komentarze

komentarzy