Eklektik Session: Boxed

Recenzja: Mayer Hawthorne Where Does This Door Go?

Data: 20 lipca 2013 Autor: Komentarzy:

Mayer Hawthorne

Where Does This Door Go? (2013)

Republic

Witaj, Mayerze, stary przyjacielu! Co u ciebie, gdzie się podziewałeś, jak brzmi twoja nowa płyta?

Zawsze z dystansem podchodzę do zapowiedzi wykonawców, że ich kolejne albumy będą innowacyjne, przełomowe, dojrzalsze i (oczywiście) lepsze. Ba! Najlepsze. Praktyka pokazuje, że rzadko kiedy te autoprzepowiednie przekładają się na stan faktyczny. W przypadku kolejnego krążka Mayera Hawthorne’a najpierw usłyszeliśmy o inspiracji muzyką Rolling Stonesów i rockowym brzmieniu (gitary są, nie da się ukryć, ale trudno, żeby ich nie było), a później, gdy już nie było do końca wiadomo czy to z Rolling Stonesami aby nadal aktualne, o odmiennym podejściu do komponowania i nagrywania poszczególnych utworów — miało być przede wszystkim inaczej. Ja całe szczęście tę opowiastkę zdążyłem wsadzić między bajki zanim jeszcze usłyszałem z krążka jakikolwiek numer, a mianowicie w momencie, gdy przeczytałem fragment wywiadu z piosenkarzem, w którym wyjaśniał ostateczną koncepcję nowej płyty następującymi słowy — “Zdecydowałem, że chciałbym zrobić całą płytę piosenek, które chętnie zagrałbym na swoim jachcie podczas rejsu.” Zupełnie tak, jakby jego dotychczasowy muzyczny dorobek nijak nie wpisywał się w koncepcję szeroko pojętego letniego chilloutu. Cokolwiek Hawthorne miał na myśli, pewne jest, że już tam był na swoich poprzednich krążkach. Co więcej jego wcześniejsze płyty idealnie opisują nową. Dwa tytuły „Your Easy Lovin’ Ain’t Pleasin’ Nothin'” i „Henny & Gingerale” to paradoksalnie trzon koncepcji stojącej za Where Does This Door Go?.

Z muzyką Hawthorne’a zaczyna bowiem powoli wiązać się pewien niezręczny dylemat bogatego. Trudno w to uwierzyć, ale w istocie piosenkarz nie wydaje słabych rzeczy. Poprzednie dwa krążki są piekielnie równe i solidne, przez co słuchając trzeciego, który zdaje się nie ustępować im ani o krok, nie sposób nie poczuć lekkiego rozczarowania. To nie jest materiał definiujący brzmienie tego roku, dekady, pokolenia (choć funk, który wylewa się z większości numerów, jest ostatnio znowu w cenie), ani płyta zmieniająca życie słuchaczy, której pewnie po Hawthornie nikt i tak by się nie spodziewał. Ale pomyślcie tylko jakże ekstatyczne uczucia musiałaby wywołać taka płyta, gdyby jakimś cudem nieoczekiwanie wyszła spod ręki Mayera! Tymczasem nie jest to też album, który można jednoznacznie skrytykować, określić czarno na białym jako gorszy — gorszy od poprzednich, gorszy od innych tegorocznych krążków. Bo czy równie dobry znaczy gorszy, tylko dlatego, że jest równie dobry dopiero teraz? Otóż niekoniecznie, a przynajmniej nie w tym przypadku. Ale i tak — cóż to za zwycięstwo? Ja pozostaję niewzruszony, słucham Where Does This Door Go? od tygodnia, a Mayer nadal nie potrafi jasno odpowiedzieć na zadane przez siebie w tytule pytanie. A może to pytanie skierowane do mnie?

Tak czy inaczej — Mayer wciąż inspiruje się brzmieniami przeszłości, od rozkwitu klasycznego rhythm & bluesa w latach 60-tych, przez dyskotekowe inspiracje lat 70-tych, aż po syntezatorowy funk spod znaku Prince’a dekadę później i, co najważniejsze, nadal robi na tej bazie piekielnie dobre numery. Od początku byłem podejrzliwy w stosunku do klasyfikowania muzyki Hawthorne’a jako jednego z ogniw revivalu retro soulu (choć z tym paskudnym określeniem też należałoby wreszcie zerwać) i z każdym jego kolejnym krążkiem utwierdzam się w przekonaniu, że to zupełnie inna para kaloszy (ale to być może dyskusja na inny tekst). O graniu po staremu na nowo czy nowego po staremu, wpisywaniu swoich inspiracji mniej lub bardziej dosłownie w bardziej aktualny kontekst napisano już i tak zbyt wiele — nie ma się czemu dziwić, większość współczesnej muzyki wszelkiego rodzaju się na tym opiera. A Hawthorne? Cóż, konsekwentnie dokłada kolejne cegiełki do swojej własnej koncepcji muzyki, która jak dotąd nigdy jeszcze nie zawiodła. To jednak nie muzyczny konserwatyzm, czy odgrzewanie kotletów, ale definiowanie dźwięku przez nienaganne wyczucie i styl, które są jak najbardziej ponadczasowe i nie należy postrzegać ich dziś jako reliktów minionych epok, ale jedną z integralnych części współczesnej post-modernistycznej mozaiki.

Przyznam się, że szczerze boję się kolejnych wydawnictw Hawthorne’a. Boję się, że nadal będą równie wysmakowane, przemyślane i melodyjne i w efekcie, gdy Hawthorne osiągnie gdzieś po cichu w kącie którejś z kolejnych płyt swoje magnum opus, absolutnie nikt nie zwróci na to należytej uwagi i dowiemy się o tym kiedyś, po wielu latach, przypadkiem w przypływie nostalgii. Niech najlepszym potwierdzeniem tego będzie moja obecna niemożność wskazania najlepszego punktu w programie Where Does This Door Go?. A album, podobnie jak dwa poprzednie, spisuje się na medal — zarówno jako całość, którą z czystą przyjemnością można serwować gościom podczas rejsu nowym jachtem, jak i jako zbiór poszczególnych niezobowiązujących, przebojowych numerów, z których każdy z osobna mógłby wzbogacić playlistę dobrej rozgłośni radiowej. Hawthorne znów przedstawia całą paletę czarnych brzmień — od funku, disco, klasycznego soulu i rhythm & bluesa, po współczesne R&B, neo-soul i hip-hop w charakterystycznym dla siebie nierozerwalnym splocie stylistycznym.

Tylko jak to w końcu jest z tymi drzwiami? Dokąd prowadzą, Mayerze, stary przyjacielu? Obawiam się niestety, że na pytanie w kontekście zawartości płyty, odpowiedź znają albo wszyscy, albo nikt.

Komentarze

komentarzy

Eklektik Session: Boxed