Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Washed Out Paracosm

Data: 12 sierpnia 2013 Autor: Komentarzy:

Washed Out

Paracosm (2013)

Sub Pop

Trudno uwierzyć, że mijają właśnie cztery lata od definiującej ramy chillwave’u epki Life of Leisure. Cztery lata to w dobie internetu cała wieczność dla muzycznych trendów i fadów. W tym czasie rodzą się i umierają całe subkultury. Żaden hype nie trwa tak długo. A jednak — podczas, gdy koledzy po fachu uciekają w nu disco, Washed Out wydaje właśnie kolejny chillwave’owy album.

Zgodnie z nazwą i brzmieniem chillwave to muzyka, która ma przynosić orzeźwienie w gorące letnie dni. Tak przynajmniej rozumieli ten koncept Beach Boysi, zanim jeszcze go nazwano czterdzieści lat później, i tak rozumiem go ja obecnie. Szczęśliwie mamy tego roku idealne warunki meteorologiczne, by sprawdzić Paracosm w praktyce. Bez chwili wahania postanowiłem więc przetestować płytę w plenerze w losowo wybranych 40 stopniach Celsjusza w pełnym słońcu. Zaczyna się… Skąpana w słońcu złota plaża, lazurowe niebo, rajskie tropiki… Otwieram oczy, rozglądam się dookoła — w jednej chwili dociera do mnie nieznośny gwar zakorkowanej ulicy, powietrze pełne duszącego dymu i zdaję sobie sprawę, że moje trampki coraz bardziej integrują się z roztopionym betonem. Czas uciekać z miasta.

Paracosm to album do słuchania za dnia, gdzieś między świtem a zachodem słońca — najlepiej oczywiście w słońcu na plaży. Na wpół oniryczny, mglisty, budujący swoje brzmienie z wielu nakładających się na siebie warstw — trochę jak w shoegazie, ale bez odkurzaczy. Nie jest to rzecz jasna nowy koncept, ale jeden z tych, które dają naturalnie brzmiące owoce, zwłaszcza gdy tworzy się muzykę, która z założenia ma odprężać. Dźwięki zlewające się — jeden w drugi, leniwie ewoluujące melodie, psychodelicznie płynące syntezatory — to w telegraficznym skrócie arsenał Washed Out na Paracosm. To przyjemna, słoneczna muzyka, którą przed banałem chronią niebezpośrednie rozwiązania melodyczne i nieoczywista, brudna (może nawet odrobinę lo-fi’owa?) produkcja. Koncepcja co prawda wciąż pozostaje taka sama, ale jednak jest inaczej niż we wcześniejszych nagraniach Amerykanina — przestrzeń, tak niezbędna w chillwavie, wydaje się być tu kreowana w inny sposób — wciąż bardzo kompetentny, kto wie, być może nawet bardziej wyważony i przemyślany.

Paracosm bez cienia wątpliwości trzeba określić jako świeży, ale raczej nie ze względu na wyjątkowość, a orzeźwienie, jakie niesie i niezwykle harmonijny, prawdziwie chilloutowy świat, jaki kreuje przy pomocy dźwięku. Obowiązkowy soundtrack na ostatnie tygodnie tegorocznego lata.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure