Recenzja: Earl Sweatshirt Doris

Data: 22 sierpnia 2013 Autor: Komentarzy:

artworks-000055335979-s362fk-t500x500

Earl Sweatshirt

Doris (2013)

Columbia Records

Earl Sweatshirt to jedno z najdziwniejszych zjawisk, które pojawiło się w ostatnich trzech latach na amerykańskiej scenie hip-hopowej. Pojawiło się i zniknęło zarazem, można by rzec. Gdy czytałem o tym jak wyglądało jego życie po zdobyciu popularności przez Odd Future w 2010 roku, zacząłem się zastanawiać o kim ja piszę i czy ten dzieciak jest wart jakiejkolwiek uwagi (umówmy się, gość nie wygląda też zbyt poważnie). Mając 16 lat wraz z Tylerem i resztą kliki został zauważony i określony przez półświatek mianem jednego z najbardziej uzdolnionych raperów wywodzących się z przeżywającej wtedy zmartwychwstanie (Odd Future, Kendrick i cała ekipa TDE) sceny L.A.

Wyobrażacie sobie, że ktoś, kto za naganne zachowanie w szkole i przesadzanie z używkami został wysłany przez matkę na wyspy Samoa (gdzie, podejrzewam mieszkał w jakimś internacie, w którym opiekunowie czuwali nad jego powrotem do „normalności”) może być w ogóle brany pod uwagę podczas dyskusji o najmłodszym pokoleniu raperów, które lada chwila ma przejąć kontrolę i władzę w grze? Jak ktoś, kto nie jest w stanie zapanować nad swoim gówniarskim umysłem, może zaimponować nam, dojrzałym odbiorcom i miłośnikom muzyki? Jak się nad tym zastanowić, to naprawdę zabawne. Miewam podobne odczucia gdy czytam lub słyszę o niszczących wszystko co się dookoła ich znajdzie gimnazjalistach, których przecież nie da się brać na poważnie. W tym wszystkim okazuje się jednak, że Earl w jakiś cudowny sposób potrafił powrócić zza światów i przypomnieć o sobie tym, którzy przez trzy lata zastanawiali się nad tym czy ten dzieciak kiedykolwiek dorośnie i stanie się poważnym kandydatem na rapera. Swoim debiutanckim albumem udało mu się może nie tyle zaimponować, co zaintrygować całe środowisko słuchaczy.

To, co go wywyższa, to z pewnością jego umiejętności liryczne, które są siłą napędową tego krążka. Nie ma co tutaj liczyć na komercyjne refreny, łagodne chórki i wpadające w ucho intra. Płyta jest przepełniona klasycznymi i pełnymi jakości szesnastkami, które wynagradzają fanom trzyletni hiatus i przerwę od rymowania. Mroczny, brudny i surowy styl to poważna twarz Earla, który w ten sposób kończy ze swoim wizerunkiem wiecznie zmartwionego nastolatka i przemienia się w człowieka aspirującego do miana jednego z najlepszych raperów obecnie na scenie. Wszystkie jego rymy są pewne i przemyślane — („I’m a problem to niggas/Pop artillery, the carbonates with him/Starving to hit ’em, spar with a nigga/Just watch, I’mma kill ’em all in a minute”). Sweatshirt zdaje sobie sprawę z własnej wartości, co udowadnia choćby tekst z „Pre”w którym artysta otwarcie i bezczelnie ostrzega resztę łapiących za mikrofon śmiałków. Warstwa muzyczna tego numeru (jak większości) także utrzymuje się w mrocznej stylistyce, co w jeszcze większym stopniu nadaje powagi i wiarygodności słowom artysty.

Mimo solidnego wejścia w album, przecież to nie zwykłe braggadacio powinno świadczyć o dojrzałości i przemianie mentalnej rapera — rzeczywiście tak nie jest. Momenty, w których zdajemy sobie sprawę z rozwoju i porzucenia przez Earla absurdalnych i momentami niedorzecznych tematów (porywanie dzieci i gwałcenie kobiet), to utwory takie jak „Burgundy”, gdzie artysta porusza kwestie wyboru między dokończeniem albumu i zadbaniem o każdy jego detal, a towarzyszeniem choremu członkowi rodziny, który lada chwila ma odejść z tego świata (Doris to projekt zadedykowany zmarłej babci), a także ironicznie i prześmiewczo komentuje swoje własne zachowanie — „What’s up, nigga? Why you so depressed and sad all the time, like a little bitch? What’s the problem, man? Niggas want to hear you rap. Don’t nobody care about how you feel, we want raps, nigga”. Jak dowiadujemy się dalej z tekstu, Earl nie zawsze wybiera racjonalnie, co wiąże się z presją i obawą przed zawiedzeniem i fanów, i własnej rodziny — „And my priorities fucked up, I know it, I’m afraid I’m going to blow it/And when them expectations raising because daddy was a poet, right?”

O czym jeszcze możemy usłyszeć odbywając 44-minutową przejażdżkę z kalifornijskim rapem? Jako, że album jest dosyć osobisty, wśród przewijających się tematów pojawiają się także wątki dotyczące jego związku i niedogodności czyhających na drodze Earla i jego partnerki, tak jak ma to miejsce w najbardziej „romantycznym” utworze pt. „Sunday”, w którym pojawia się rapujący Frank Ocean — „But you not passionate about half the shit that you into, and I ain’t havin’ it/And we both know that I don’t mean to offend you, I’m just focused today/And I don’t know why it’s difficult to admit that I miss you/And I don’t know why we argue, and I just hope that you listen/And if I hurt you I’m sorry, the music makes me dismissive”. Ponadto możemy także dowiedzieć się nieco o historii ojca artysty, który jako uznawany poeta i polityk opuścił Earla gdy ten był małym dzieckiem („It’s probably been twelve years since my father left, left me fatherless/And I just used to say I hate him in dishonest jest/When honestly I miss this nigga, like when I was six”), co w znaczący sposób wpłynęło na jego rozwój i psychikę.

Oprócz Sweatshirta na krążku pojawia się także spora liczba zaprzyjaźnionych z raperem artystów. W przypadku niektórych gości są to zabiegi służące jeszcze większemu udziwnieniu albumu (bo co normalnego i zwyczajnego może wnieść Tyler, The Creator?), natomiast pozostała reszta całkiem udanie i efektywnie swoimi wersami uzupełnia większość utworów. Na jednym z nich  słyszymy także legendarnego RZA’e, który w swoim stylu dodaje projektowi dozę atrakcyjności i sprawia, że album sprzeda się nieco lepiej, niż gdyby go na nim nie było. Earl dosyć inteligentnie podparł się wyżej wymienionymi nazwiskami, lecz w żaden sposób nie odciąga to uwagi słuchaczy od głównego rymującego na płycie.

Doris to zdecydowanie trudny do przyjęcia album, jeśli jeszcze przed chwilą słuchało się chwytliwych refrenów z MCHG i przyjemnie bujających sampli pojawiających się na projektach J. Cole’a czy Wale’a. To krążek pełen podziemnych bitów, na których z łatwością odnalazłby się MF DOOM. Płyta na pewno nie podejdzie wszystkim delektującym się lekkimi i letnimi produkcjami, które obecnie wprowadzają nas w sielankowy, sierpniowy nastrój. Earl nie zaszokował, lecz zaciekawił. Przez najbliższy czas zapętlam „Pre”, „Burgundy”, „Hoarse” i „Knight” i czekam na dalsze poczynania anorektycznego i najdziwniejszego rapera, którego obecnie słucham.

Komentarze

komentarzy