Recenzja: John Legend Love in the Future

Data: 3 września 2013 Autor: Komentarzy:

1234947_10151887158413023_780381763_n

John Legend

Love in the Future (2013)

G.O.O.D. Music/ Columbia

Od czasu ukazania się ostatniego solowego albumu Johna minęło pięć długich lat. Wydany w tym okresie wspólny album z The Roots czy kilka utworów stworzonych na potrzeby kinowych produkcji sprawiły, że trudno dzisiaj mówić o powrocie Legenda na rynek muzyczny. On cały czas na nim był i wygląda na to, że wyciągnął wnioski z artystycznej klęski z 2008 roku. Na bok odeszły nietrafione zmiany, a powróciło brzmienie, jakiego wszyscy od niego oczekują. W doskonalszej i dojrzalszej odsłonie.

Choć sam tytuł może sugerować zwrot w kierunku przyszłości, muzycznie album to krok w tył. Nie ucieczka w retro, lecz powrót do własnych wcześniejszych dokonań. Oprócz głównych składników w postaci soulu i R&B, John ponownie czerpie z jazzu, funku czy hip-hopu, co przywodzi na myśl brzmienie Once Again. Przedłużające się sesje nagraniowe i kilkukrotne przekładanie premiery płyty mogły doprowadzać fanów do furii, ale dzięki większej ilości czasu Legend zaprezentował w pełni gotowe i spójne dzieło, tak różne od nierównego Evolvera. Bo sukces nowego krążka to ponowne powierzenie produkcji w ręce Kanye WestaDave’a Tozera, odpowiedzialnych za brzmienie dwóch pierwszych płyt wokalisty. Nie należy jednak oczekiwać powtórki z nasiąkniętego klasycznym soulem Get Lifted. Jest rok 2013 i John chciał stworzyć współczesny album. Jak to jest w jego przypadku, znalazło się miejsce zarówno dla nowych, jak i starych brzmień. W ten sposób mamy nowoczesne aranżacje w „Made to Love” czy niezwykle udanym coverze Bobby’ego Caldwella „Open Your Eyes”. Z drugiej strony jest ukłon stronę Steviego Wondera w „Save the Night” czy nawiązanie do retro w zamykającym płytę „Caught Up”. Sam również potrafi zaczarować w poruszającym „All of Me”. Legend w końcu zrozumiał, w jakiej stylistyce odnajduje się najlepiej.

Tytułowa przyszłość odnosi się w tym przypadku do tekstów na płycie. Warstwa liryczna Love in the Future to obraz mężczyzny, który wkrótce rozpocznie nowy rozdział w życiu. Narzeczeństwo uskrzydla wokalistę, który na całym krążku prezentuje swoją definicję miłości i związku między dwojgiem ludzi, opowiada o wspólnej przyszłości w „The Beginning” czy wyborze tej jednej jedynej w podniosłym „You & I”. Dojrzałe teksty idą tutaj w parze z doskonałą formą wokalną Johna. Na Love in the Future Legend jest czarodziejem głosu. To kwestia bezdyskusyjna, John zawsze doskonale śpiewał, ale trudno było oprzeć się wrażeniu, że w studyjnych nagraniach nie zawsze prezentował pełnię swoich możliwości. Tym razem niczym nie jest skrępowany, jego wokal brzmi pewnie i mocno. John używa różnych barw, jest powściągliwy w zmysłowym „Wanna Be Loved”, ale kiedy trzeba śpiewa z pasją, żarliwością w głosie (singlowe „Who Do We Think We Are”).

Love in the Future to dosyć duży zestaw utrzymanych głównie w średnim tempie utworów, ale nie ma wrażenia dłużącego się materiału. Pomijając intro i przerywniki, w tym zdecydowanie za krótki cover „Angel” Anity Baker ze Stacy Barthe, dostajemy zbiór bardzo refleksyjnych i nastrojowych piosenek. Ale choć nowy materiał angażuje, to właśnie długość piosenek jest jedną ze znaczących wad na Love in the Future. „Hold On Longer” czy subtelne „Dreams” sprawiają wrażenie nagle urwanych, kończą się zbyt szybko, co sprawia, że w porównaniu z bardzo mocnym początkiem druga część krążka miejscami wydaje się mało wyrazista, a lakoniczne nagrania nie zapadają w pamięć.

Mimo to trudno nie przyznać, że Love in the Future to najbardziej dopracowany i przemyślany krążek Johna. Może nawet najlepszy w karierze, bo został na nim w pełni zaprezentowany talent Legenda jako tekściarza i wokalisty. Jeśli tak faktycznie będzie wyglądać miłość w przyszłości, nie musimy się już o nic martwić.

Komentarze

komentarzy