Recenzja: Sango North

Data: 14 września 2013 Autor: Komentarzy:

Sango-North

Sango

North (2013)

Soulection

Po serii epek i singli mamy wreszcie długogrające wydawnictwo Sango, amerykańskiego beatmakera z Michigan, działającego pod szyldem znanej i lubianej wytwórni Soulection. Choć na North świat na głowie nie stanął, jest to najbardziej bezkompromisowy materiał z tych, które artysta dotychczas wyprodukował, a które dane mi było słyszeć. Mamy tu do czynienia z wyraźną konsekwencją w rozwoju linii stylistycznej ustanowionej na, eksploatowanych przez artystę od zawsze, brzmieniach perkusji i basu, lecz w tej odsłonie tworzących absolutnie hipnotyczne, bardzo melodyjne utwory. Inteligentna, romantyczna, miejska elektronika, aż chce się esencjonalnie skwitować.

Choć klimat i brzmienie North oparte są na minimalnych środkach, na niedobór eksperymentów nie ma co narzekać. Nie ma tu miliona sampli, kosmicznych efektów, jest za to solidna deepowa formuła, od której miękną nie tylko uszy, ale i inne części ciała. Sango zaprasza nas na swoisty showcase muzycznej delikatności, wrażliwości i wyczucia. Hip hop sąsiaduje tu z nowofalowym R&B i soulem, wszystko owiane elektroniczną zbasowaną, ciepłą melancholią. W dużej części pozbawiony wokali, przestrzenny, momentami abstrakcyjny materiał wyszedł jako następstwo inspirowanej dźwiękami południa, energicznej, mocno bujającej epki Otra Vez. Minimalnie taneczny, basowy puls z North, wsparty w głównej mierze raczej spokojną perkusją, jest więc wisienką na torcie w całej palecie, beatmakerskich umiejętności Sango.

O tym, że Sango potrafi dobierać beaty już wiemy, co natomiast ze współpracownikami? Okazuje się, że wielce rodzinny z Sango człowiek. Kompletując „zespół” do pracy nad materiałem zwrócił się głównie w stronę talentów z rodzimej Soulection. Cóż, lejbelowy nepotyzm, biorąc na wzgląd osiągnięte efekty, można mu wybaczyć. Mamy tu więc, wkład Ta-Ku, Dpata, Atu, Isles, dzięki którym, produkcje stają się barwniejsze i po prostu ciekawsze. Każdy pozostawia ślad, właściwego sobie stylu. Najmocniejszymi punktami kolaboracyjnych działań są jednak bezspornie spokojne i romantyczne  „Middle of Things, Beautiful Wife” z wokalem SPZRKT oraz lekkie i nastrojowe „Affection” z wokalnymi popisami JMSN. Wśród faworytów stawiam również lekko breakowy „Trust Me”, czy do końca zaskakujący, głęboki „Tours”, niemalże bez wokalu. Złych kawałków tu nie ma, co powinni potwierdzić nawet niezahartowani. Mam znajomą, która śmiejąc się, twierdzi, że saksofon ją rozbiera. Niech żałuje, że nie słyszała basów Sango.

Komentarze

komentarzy