
Czy pamiętasz jeszcze swój pierwszy występ na scenie?
Oczywiście! Byłem wtedy w liceum, zaproszony przez świetną grupę jazzową Echoes of Ellington. Śpiewałem bluesa i to mnie wciągnęło. To było elektryzujące przeżycie.
Twoje rodzinne Minneapolis kojarzy się najbardziej z Prince’em, syntezatorami, ostrymi gitarami i automatami perkusyjnymi — czy jesteś fanem Prince’a? Myślałeś może o pójściu właśnie w takim muzycznym kierunku?
Moim pierwszym albumem było Purple Rain Prince’a. To było naprawdę świetne, że ktoś z Minneapolis został tak wielką gwiazdą. Zacząłem pracować z gitarą elektryczną w swoim zespole, ale bardziej pod wpływem Radiohead, Kurta Cobaina czy Breeders.
Od czasu swojego debiutu miałeś okazję nagrywać i występować z wieloma niesamowitymi artystami. Czy jest jeszcze ktoś z kim marzy Ci się współpraca?
Pewnie. Earl Sweatshirt, Lianne La Havas, Corinne Bailey Rae i Becca Stevens.
Czytaliśmy, że jednym z najważniejszych momentów w Twojej karierze było spotkanie z Leonem Ware’em. W jakich okolicznościach się poznaliście? Jakie lekcje z tego wyciągnąłeś?
Spotkaliśmy się w Los Angeles i stworzyliśmy razem trochę muzyki. Najlepsze było wspólne spędzanie czasu, rozmowy o Motown, Marvinie Gay’u, pisanie piosenek. On jest niesamowitym facetem i to było wspaniałe doświadczenie. Pomógł mi lepiej odnaleźć się w jazzie i R&B.
Skąd wziął się pomysł na tytuł Twojej ostatniej płyty No Beginning No End?
Z buddyjskiej myśli oraz z kierunku, w którym zmierzał mój umysł, gdy nad nią pracowałem. Zależało mi na nagraniu albumu, na którym miałbym wolność tworzenia czego tylko bym zechciał i nie musiał się przy tym martwić ograniczeniami. Udało się.
Jak bardzo różniła się praca nad tym krążkiem od nagrywania poprzednich albumów?
Była droższa. Spędziłem trzy lata na tworzeniu tego albumu, miałem dużo czasu na przemyślenie każdej piosenki i na wyprodukowanie go w bardziej popowy sposób. To przeciwieństwo pracy nad albumem jazzowym, kiedy wchodzisz do studia i kończysz płytę w tydzień. Ten tryb był bardziej satysfakcjonujący.
Duży wkład w brzmienie No Beginning No End mieli zaproszeni instrumentaliści. Jak pokrótce scharakteryzowałbyś pracę z Robertem Glasperem i Chrisem Dave’em?
Ci goście to niesamowici muzycy. Niesamowici. To trio, razem z Pino (Palladino — przyp. red.), jest zdecydowanie jednym z najlepszych na świecie. Moja pierwsza sesja odbyła właśnie z nimi i zdecydowanie wysoko zawiesili poprzeczkę.
Nie tylko wybitna grupa muzyków wpłynęła na kształt tego albumu, ale i wyjątkowe panie — Emily King, Hindi Zahra — mógłbyś opowiedzieć o tej współpracy?
Emily King jest jedną z najlepszych autorek piosenek jakie znam. Zdecydowanie chciałem, aby ten album zawierał więcej kobiecej perspektywy, więc zaprosiłem je do współpracy. Emily gra na gitarze i wspaniale śpiewa, wniosła do tego wydawnictwa nowy poziom wyrafinowania. Hindi podziwiałem od dawna — jest jedną ze wspaniałych artystek naszych czasów. Współpracowaliśmy we Francji, pisząc i nagrywając piosenkę, tylko nas dwoje. To było dla mnie naprawdę świetne, nigdy wcześniej nie nagrywałem utworu bez całego zespołu. Uwielbiam też jej vibe.
Wspomniałeś kiedyś, że „Come to My Door” to czysto popowy kawałek, ale to też zupełnie inny rodzaj popu niż ten, który można usłyszeć w radiu. Jaka jest definicja popu wg José Jamesa?
Forma jest popowa — zwrotka, wstęp do refrenu, refren. Plus duża zmiana tonacji na końcu. Jeśli chodzi o styl — to właśnie jest czysty pop.
W swojej muzyce nie ukrywasz zamiłowania do hip-hopu. Jacy artyści rapowi mieli na Ciebie największy wpływ? Śledzisz obecną scenę hiphopową?
Tribe Called Quest, Ice Cube, Digable Planets. Beastie Boys. Wszystko ze złotej ery hip-hopu. Mos Def. Obecnie wciąga mnie vibe Earl Sweatshirta.
Czy istnieje przepis na idealne połączenie różnych gatunków muzycznych, bo wszystko wskazuje na to, że go znasz?
Metoda prób i błędów plus dużo odwagi, żeby przebrnąć przez sprzeciwy. Pomaga również szczere zamiłowanie do rożnych stylów, które się łączy. To lepsze niż powiedzenie „włóż w to trochę soulu” (duszy — przyp. red.).
Jakie to uczucie wydać płytę pod szyldem Blue Note Records — duma, zaszczyt, obawa przed niesprostaniem wymaganiom fanów legendarnej marki?
To była dla mnie najlepsza wytwórnia. Nie myślę już o Blue Note jako o czysto „jazzowej wytwórni”, odkąd pojawiła się tam Norah Jones. Nie ma więc presji, jest tylko duma. Wspaniale jest dzielić wytwórnię z takimi sławami jak Herbie Hancock oraz ze współczesnymi wielkimi wykonawcami jak Robert Glasper. Pięknie.
Czy mógłbyś na zakończenie powiedzieć nam, jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość w muzyce?
Mam nadzieję wydawać jeden album rocznie, koncertować po całym świecie i przekraczać granice!
Dziękujemy za rozmowę.


Komentarze