josé james

José James w pogoni za miłością

José James - I Need Your Love

José James - I Need Your Love

José James gości Ledisi i Christiana Scotta w nastrojowej balladzie

José James najwyraźniej postanowił dać sobie (i nam) odrobinę wytchnienia od pogoni za legendami. Do przeszłości przechodzi też współpraca z Blue Note, ale niezupełnie. Nowo powstała, niezależna wytwórnia Jamesa, Rainbow Blonde, zapowiada No Beginning, No End 2, czyli sequel do debiutanckiego albumu croonera w Blue Note z 2013 roku. Nowo-stare wydawnictwo promuje nastrojowa ballada „I Need Your Love”. José James zaprosił do współpracy Ledisi i Christiana Scotta, którzy przyszli na tę imprezę z własnymi kredkami. Dało to jazzująco-soulowy obraz, który woli koić niż rozpraszać. Czy José James dorówna własnemu wcieleniu sprzed kilku lat? Przekonamy się 6 marca 2020 roku. Tymczasem sprawdźcie singiel i tracklistę poniżej.



Tracklista:
1. I Need Your Love (feat. Ledisi and Christian Scott aTunde Adjuah)
2. You Know What It Do
3. Feels So Good (feat. Cecily)
4. Turn Me Up (feat. Aloe Blacc)
5. Just The Way You Are
6. Baby Don’t Cry (feat. J. Hoard)
7. Nobody Knows My Name (feat. Laura Mvula and Kris Bowers)
8. Take Me Home (feat. Lizz Wright)
9. I Found A Love (feat. Taali)
10. Saint James
11. Miss Me When I’m Gone (feat. Marcus Machado)
12. Oracle (高尾山) (feat. Hindi Zahra and Erik Truffaz)

Nowy teledysk: José James feat. Lalah Hathaway „Lovely Day”

Widziałam ludzi, których Bill Withers i jego jednoosobowy chórek w „Lovely Day” (powiedzmy to sobie szczerze — zawieszony nieco zbyt długo na jednej nutce) doprowadzał do stanu zgoła odmiennego od założonego w tym klasyku słonecznego R&B. Wersja Joségo Jamesa i Lali Hathaway, niby bezpieczna, ale z pewnością odpowiadająca potrzebom tych, którzy mają zarzuty do Withersa. Teledysk w reżyserii Maddie Deutch to zaś żywcem wzięta z lat 70. kombinacja włóczęgowskich obrazków i dyskoteki, podkreślającej bezpretensjonalny groove kryjący się za oryginałem. Szaleństwo utrzymane w ryzach? Sprawdźcie klip i piosenkę poniżej.

Utwór pochodzi z najnowszego albumu Joségo Jamesa, poświęconego w całości Billowi Withersowi.

#FridayRoundup: Fatima, José James, Chic, Cécile McLorin Salvant i inni


Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Dziś obrodziło — z nowymi krążkami wracają neo-soulowe diwy Fatima i Marsha Ambrosius, José James oddaje hołd Billowi Withersowi, a utalentowana jazzowa wokalistka Cécile McLorin Salvant — klasyce gatunku. Lil Wayne wreszcie wydaje piątego Cartera


(więcej…)

José James w hołdzie Billowi Withersowi

Bill Withers, niekwestionowana legenda soulu, obchodzi w tym roku swoje 80. urodziny. Z tej okazji José James, który nie stroni od muzycznych eksperymentów, zdecydował się na stworzenie albumu z coverami piosenek jubilata pod wdzięczną i znaną doskonale fanom klasyki nazwą Lean on Me. James jest doświadczony w ukłonach dla najlepszych z najlepszych – na jego dorobek składają się tribute’y dla Billie Holiday czy Johna Coltrane’a. Artysta miał okazję poznać Billa Withersa i otrzymać jego błogosławieństwo dla powstania płyty.  „Pokazałem mu swoją listę jego numerów i absolutnie mu się spodobała. Myślę, że jest szczęśliwy, że jego muzyka nadal ma swoje miejsce w życiorysach i sercach ludzi na całym świecie i że chcemy celebrować jego twórczość i talent”.

Lean on Me promuje singiel „Use Me” – znalazł się on na bogatej w wybitne utwory Withersa trackliście, na której nie zabraknie m. in. niezapomnianych „Ain’t No Sunshine”, „Lovely Day” czy „Just the Two of Us”.

Recenzja: José James Love in a Time of Madness

jardin

José James

Love in a Time of Madness (2017)

Blue Note

Nowy album zgranego już trochę przez lata Josego Jamesa klasycznie wydało Blue Note. Sama płyta natomiast jest mniej klasyczna niż cokolwiek, co zrobił James w swojej karierze. Na Love in a Time of Madness sunie po trapowych bitach, przyjmuje stylówkę jamajskiego dilera/alfonsa z lat 90., a na okładce krążka możemy zobaczyć doskonale znane ostrzeżenie przed mocnym językiem. Na papierze wszystko zapowiada się odrobinę obrazoburczo, ale przynajmniej interesująco.

Samo to, że James postanowił nieco odświeżyć sprawdzoną neo-soulową formułę, choć zuchwałe nie ma w sobie jednak nic bluźnierczego. Ile można chodzić w garniturze, dajmy facetowi trochę wyluzować. Problem zaczyna się wraz z brakiem ogólnego pomysłu Jamesa na siebie w tej nowej odsłonie, a co za tym idzie — braku jakiejkolwiek konsekwencji stylistycznej. O ile oba single — otwierające płytę „Always There” i niejako ją zamykające „Closer” zostały wyprodukowane na trap-popowych bitach przy udziale klimatycznych UK-bassowych syntezatorów i zabawy spitchowanymi wokalami, momentów wpisujących się w podobną stylistykę jest na krążku niewiele — a nawet w tych, które są, w uszy rzuca się trzymanie dystansu od pożyczonej stylistyki i szukanie kompromisów między swagiem a klasyczną melodyką. „What Good Is Love” wyprodukowane trochę, jakby miało trafić na krążek Desiignera, zwieńczone zostało bezbarwnym power-refrenem na niemalże moombahtonową nutę. „Last Night” znajdziemy w pół drogi między stylistyką Johna Legenda a rasowym R&B na elokwentnym, ale przesadnie mechanicznym bicie, trochę przypominającym te, jakie Timbaland zwykł produkować dla Aaliyah. Okołotrapową sekcję krążka domyka zbudowane na sensownym perkusyjnym bicie „You Know I Know” popadające jednak w refrenie w EDM-popowy banał zwieńczony stadionowym „oooh-ooh” — i nie jest to niestety odosobniony przypadek — następne na liście utworów „Breakthrough” wieńczy bowiem wątpliwej urody „oh-nananana-nanana”.

James zdaje się nie być przekonany do stylistycznego kierunku krążka już w trzecim numerze na własnej trackliście — „Let It Fall” — przesadnie łagodnej balladzie na modłę pogrobowców Boba Marleya z towarzyszeniem Mali Music, która od połowy co prawda zaczyna się subtelnie dostrajać do klimatu Love in a Time of Madness, ale w pierwszej kolejności wybija słuchacza z rytmu, obnażając braki koncepcyjne. W „Live Your Fantasy” James krzyżuje z kolei Marka Ronsona z Maxwellem z okresu Now, a w następującym po nim możliwie nawet bardziej dyskotekowym „Ladies Man” zamienia się w — co do joty — Robina Thicke’a. Trzeba Jamesowi oddać, że w każdym z tych wcieleń odnajduje się nie najgorzej, a nawet potrafi słuchacza oczarować — choćby jazzowo meandrującą sekcją dętą w ostatnim z wymienionych utworów. Mimo tego płyty słucha się zazwyczaj beznamiętnie. Sam piosenkarz wydaje się stronić zresztą od wokalnych i lirycznych uniesień. Osuwa się w ten sam banał, dla którego mejnstrimowe R&B straciło zdrowy rozsądek lata temu. A przecież z poprzednich płyt Jamesa wiemy doskonale, że nie musi wcale od razu coverować Billie Holliday, aby zdobyć się na odrobinę poetyki. Zamiast tego wokalista brnie uparcie w nieznane, puentując album niezręcznie klasycznym duetem z Oletą Adams — nieprzystającym do któregokolwiek z elementów i tak niezbyt zręcznie składającego się w całość krążka.

#FridayRoundup: Thundercat, Karriem Riggins, José James, Stormzy i inni

Jak co piątek prezentujemy odsłuchy najciekawszych czarnych premier danego tygodnia. Tym razem zestaw jest niebagatelny. Listę rozpoczyna nowy krążek Thundercata, ale koniecznie sprawdzić trzeba także jazz ze stajni Stones Throw na płycie Karriema Rigginsa i nową odsłonę marnotrawnego syna jazzu Josego Jamesa. A to dopiero początek. Drugi album tydzień po tygodniu wypuścił właśnie Future, Stormzy wydał długogrający debiut, wracają też Oddisee, Dirty Projectors i Mrozu, który zdaje się kompletnie zredefiniować swoje brzmienie.


Drunk

Thundercat

Brainfeeder

Piąteczek dopiero co się rozpoczął, a niektórzy już pijani. Wśród nich Thundercat, aktualna gitara basowa numer jeden. Ponad pięćdziesiąt minut, dwadzieścia trzy utwory, w tym noszące takie tytuły jak „Captain Stupido”, „A Fan’s Mail (Tron Song Suite II)” albo „Jameel’s Space Ride”. Pharrell, Kendrick i Wiz Khalifa na featuringach. Bardziej zakręconej muzycznej propozycji na ten weekend już dla was nie znajdziemy.. — Chojny


Headnod Suite

Karriem Riggins

Stones Throw

Jakiś czas temu pisaliśmy o dwóch instrumentalach Karriema Rigginsa — „Bahia Dreamin”„4Es’J & Oddness”, które były zapowiedzią jego drugiej już długogrającej płyty Headnod Suite. Perkusista i producent z Detroit może sobie przybić piątkę z Madlibem i Oh No nie tylko dlatego, że wydaje z nimi w tej samej wytwórni, ale głównie z powodu oryginalnego brzmienia jego podkładów i nietuzinkowych sampli, z których korzysta. To jest dokładnie ta sama szkoła co w przypadku braci Jackson. Dwa podkłady, o których pisaliśmy tylko to potwierdzają. Pewnie w przypadku Headnod Suite brzmieniowo będziemy mieli do czynienia z lekko abstrakcyjnymi i trochę przydymionymi bitami, a na trackliście jest ich aż dwadzieścia dziewięć, więc jest czego słuchać. Sprawdźcie całość poniżej. — Dill


Love in a Time of Madness

José James

Blue Note

Nowy album zgranego już trochę przez lata Josego Jamesa klasycznie wydało Blue Note. Sama płyta natomiast jest mniej klasyczna niż cokolwiek, co zrobił James w swojej karierze, co zwiastowały już trap-popowo wyprodukowane single „Always There” i „Closer”. James rzuca fuckami, przyjmuje stylówkę jamajskiego dilera/alfonsa z lat 90., a na okładce krążka możemy zobaczyć doskonale znane ostrzeżenie przed mocnym językiem. Świetnie, że wpuścił trochę nowych inspiracji do swojego coraz bardziej zakurzonego jazzowego świata, ale miłośnicy jego klasycznej odsłony mogą przeżyć mały szok. — Kurtek


Gang Signs & Prayer

Stormzy

#Merky Records

Jak tak dalej pójdzie drugą połowę drugiej dekady XXI wieku będziemy wspominać jako złote czasy grime’u. Do stawki swoim pierwszym oficjalnym longplayem Gang Signs & Prayer właśnie dołączył Stormzy. Na płycie można usłyszeć m.in. refreny Kehlani czy MNEK-a, ale nie dajcie się zwieść — to grime z krwi i kości. — Kurtek


artworks-000206799043-qgwrr7-t500x500

Hndrxx

Future

A1 Freebandz Epic

Future chce koniecznie być jak Frank Ocean, Beyoncé i Sasha Fierce jednocześnie. Nie tylko wypuszcza nowe albumy tydzień po tygodniu, ale każdy z nich odpowiada jednej stronie jego osobowości. Hndrxx to bardziej imprezowo-radiowe oblicze Future’a i najwyraźniej znakomita wymówka, by po raz kolejny zabalować z Rihanną i The Weeknd. — Kurtek


The Iceberg

Oddisee

Mello Music Group

Rok 2015 przyniósł nam świetną The Good Fight. Ubiegły rok należał m.in. do instrumentalnego The Odd Tape, ale przede wszystkim do wydanej z zupełnego zaskoczenia Alwasta EP. W 2017 Oddisee kontynuuje swoją znakomitą passę kolejnym albumem. Pierwsze trzy single zapowiadające krążek The Iceberg weszły znakomicie i nic nie wskazuje na to, że pozostałe 9 numerów zaniży poziom tego wydawnictwa. Pieniądze, seks, polityka, kwestie rasowe i religijne widziane oczami niezwykle inteligentnego 32-latka, będącego jednocześnie jednym z najzdolniejszych producentów ostatnich lat. — efdote

artworks-000206799043-qgwrr7-t500x500

Zew

Mrozu

Warner Music Poland

Jeśli tytułowy zew można będzie poczuć na czwartej płycie Mroza tak jak w dwóch pierwszych singlach, będziemy mogli uścisnąć wokaliście rękę i powiedzieć „Dobra robota!” — i to w zupełnie innym tonie niż w przypadku „Dobra robota!”, które poniekąd usłyszał od nas przy okazji premiery „Milionów monet” przed ośmioma laty. Wszystko wskazuje na to, że Mrozu na Zewie zręcznie się zredefiniuje — w „Sierści” funkrockowy sznyt spod znaku ostatniego Childish Gambino miesza się z reggae’ującą melodią, z kolei „Duch” wokalnie flirtuje z dziedzictwem Czesława Niemena na natchnionym klasycznym nowojorskim hiphopowym bicie. — Kurtek


Dirty Projectors

Dirty Projectors

Domino

Dirty Projectors mają z soulem wspólnego trochę więcej niż się wydaje, ale też trochę mniej niż by się chciało. Ich nowa płyta to osadzony gdzieś w niedalekim sąsiedztwie czarnej muzyki słownikowy przykład natchnionego post-popu z prawdziwie artystycznym zacięciem. David Longstreth, frontman grupy, wie jak wyjść poza schemat, jednocześnie nie wychodząc na oszołoma. Ich pierwszy krążek od 2012 roku to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy byliby gotowi przestawić nawet dalej granicę umowności w melodyce na ostatnich płytach Samphy i Solange, pozostawiając na swoim miejscu ich nietuzinkową wrażliwość i emocjonalność. –Kurtek


Nowy utwór: José James „Closer”

jj_loveinatimeofmadness_cover5x5

Bijemy się w piersi, bo trochę przespaliśmy poprzedni singiel Josego Jamesa „Always There” z początku stycznia, a tymczasem premiera najnowszego albumu piosenkarza Love in a Time of Madness zbliża się wielkimi krokami — krążek 24 lutego zostanie wydany klasycznie przez Blue Note. Sama płyta natomiast najpewniej będzie mniej klasyczna niż cokolwiek co zrobił James w swojej karierze. Nowy singiel „Closer” miesza klimatyczny neo-soul z trapowym samplem wokalnym w stylu chopped’n’screwed i zaskakująco popowo wyprodukowanym refrenem. James zaczyna zresztą niewybrednie, od „Stuck in a daze / Thinkin’ ’bout you / Fuckin’ wit you”, a na okładce krążka możemy zobaczyć doskonale znane ostrzeżenie przed mocnym językiem. Świetnie, że James wpuścił trochę nowych inspiracji do swojego coraz bardziej zakurzonego jazzowego świata. Na razie nie do końca jestem przekonany do jego nowej odsłony, zwłaszcza w połączeniu ze stylówką jamajskiego dilera/alfonsa, ale z pewnością zostałem zaintrygowany. Sprawdźcie „Closer” poniżej.

Recenzja: José James Yesterday I Had the Blues: The Music of Billie Holiday

JoseJames_YesterdayIHadTheBlues_cover

José James

Yesterday I Had the Blues: The Music of Billie Holiday (2015)

Blue Note

Z okazji 100. urodzin Billie Holiday świat muzyczny na wieloraki sposób próbował oddać hołd tej legendarnej jazzowej śpiewaczce. José James miał swój własny pomysł i nagrał album z dziewięcioma coverami klasyków Lady Day. Dla niego to z pewnością coś więcej niż tylko upamiętnienie tej rocznicy. W książeczce dołączonej do albumu José deklaruje, że to Holiday skłoniła go w stronę jazzu. Można by zatem spodziewać się dzieła wyjątkowego i wyróżniającego się. Wydaje się również, że Jose miał zamysł na ten album. To, co jednak ładnie prezentowało się w planach, nie dało takiego samego rezultatu w rzeczywistości.

Pomimo wzięcia na własne barki utworów Holiday, José konsekwentnie realizuje się muzycznie i pokazuje swoją artystyczną twarz. Taka muzyka go ukształtowała, więc bez problemu radzi sobie od otwierającego krążek „Good Morning Heartache”, poprzez wyróżniające się ciekawymi klawiszami „God Bless The Child”, a kończąc na emocjonalnym, zaśpiewanym a cappela „Strange Fruit”. Wokalnie jest bardzo powściągliwy, w zamian za jakiekolwiek popisy i sztuczki James postawił na delikatność i klasę.

Ostatnią rzeczą, którą można powiedzieć o José to stwierdzenie, że nie nie ma własnego stylu. Z pewnością to wyjątkowe wydawnictwo nie miało być tak odważnym dziełem jak While You Were Sleeping, ale James zbyt blisko trzyma się oryginalnych aranżacji. Oszczędność kompozycji to bardziej powrót na No Beginning, No End z tą uwagą, że wszystko jest bardzo poprawne, bezpieczne. Pomijając dosyć oczywisty wybór piosenek, José jest zbyt ostrożny w swoich działaniach. Co więcej, po wysłuchaniu całości okazuje się, że powściągliwy wokal jest większą wadą niż zaletą Yesterday I Had the Blues. Pewne utwory, jak chociażby „Strange Fruit”, aż proszą się o pokazanie charakteru. Ten niezwykle utalentowany wokalista, posiadacz fantastycznego barytonu wydaje się nawet nie próbować dodać kawałka siebie, wnieść coś własnego lub niezwykłego w interpretacje tych znanych jazzowych standardów. Zachowawczość jest największym grzechem tego albumu.

Yesterday I Had the Blues: The Music of Billie Holiday to album tylko poprawny. Odnosi się wrażenie, że José nie do końca wykorzystał potencjał i możliwości, które mógł zaprezentować na tym wydawnictwie. Trudno nawet powiedzieć, czy jego interpretacje Billie zapadną słuchaczowi w pamięci. To ładna laurka, jaką artysta może wystawić swojemu idolowi, ale patrząc na wcześniejsze dokonania Jamesa, to przede wszystkim rozczarowująca płyta.

Nowy album: José James Yesterday I Had The Blues: The Music Of Billie Holiday

josebillie

Tegoroczny okres przedświąteczny jest wyjątkowy. Choć choinka jeszcze nie ubrana, pierniczki jeszcze nie upieczone, ja już czuję się, jakbym była obdarowana tysiącem pięknych muzycznych prezentów. Najpierw Black Messiah, który uporczywie okupuje moje głośniki i słuchawki, a teraz nowina o najnowszym albumie José Jamesa! Wiosną 2015 pod skrzydłami wytwórni Blue Note Records ukaże się płyta Yesterday I Had The Blues: The Music Of Billie Holiday. Moje serce skacze z radości, dlatego, że zarówno głosu Jamesa, jak i utworów Billie Holiday mogłabym słuchać godzinami. Chyba zacznę odliczać dni do wiosny! Zostawiam Was z krótkim filmem promującym krążek.

Recenzja: José James While You Were Sleeping

José James

While You Were Sleeping (2014)

Blue Note Records

Podczas, gdy jedni smacznie śpią, czekając aż super producenci przygotują im bestsellerowe krążki, inni pracują nad płytami, które zaspokoją nie tylko ich artystyczne ambicje, ale i dostarczą nie lada wrażeń odbiorcom. Kto w tym sennym starciu ma większe szanse na zwycięstwo? Odpowiedź powinna być oczywista, zwłaszcza wtedy, gdy mowa o najnowszej płycie José Jamesa.

While You Were Sleeping powstało w Nowym Jorku we współpracy z Brianem Benderem i wypróbowanym gronem muzyków, do którego dołączył gitarzysta Brad Allen Williams. Chociaż to już piąty album w dorobku Jamesa, to gdzieś wisiała nad nim ciemna chmura „syndromu drugiej płyty”, bo to w końcu następca świetnie przyjętego, wręcz przełomowego debiutu w legendarnej wytwórni Blue Note. Trudno nazwać to wydawnictwo kontynuacją No Beginning No End, jednak nie można też mówić o rozpoczęciu zupełnie nowego rozdziału w karierze artysty z Minneapolis. José konsekwentnie realizuje swoje muzyczne marzenia i bezbłędnie łączy jazz z innymi gatunkami. Kolejnemu krążkowi od początku przyświecał jeden cel — zawarcia na nim wszystkich ukochanych dźwięków. James przypomniał swoje największe muzyczne inspiracje, przywołał idoli i płyty, które towarzyszyły mu od dzieciństwa i ukształtowały go jako samodzielnego twórcę.

Pełną swobodę słychać już od otwierającego, elektrycznego „Angel”, przez romantyczną balladę „Dragon” zaśpiewaną z Beccą Stevens, aż po ostatni numer na wydawnictwie — cover „Simply Beautiful” Ala Greena, w którego nagraniu pomógł Jamesowi Takuya Kuroda. Pomimo mocniejszych, niespotykanych wcześniej u artysty rockowych nawiązań, album pozostaje spójny, a piosenki nie sprawiają nieprzyjemnego wrażenia przeforsowanych, co w przypadku „Without U” czy „EveryLittleThing” mogło być już pewnym ryzykiem.

Ujmując to najprościej, jak tylko się da — płyta jest… ekscytująca. Każda kompozycja przyciąga uwagę, ożywając dzięki charakterystycznemu „José-factorowi”, dobrze już znanemu z poprzednich albumów. Napisałam to jeszcze podczas pierwszego odsłuchu While You Were Sleeping, podkreślę i teraz — to najodważniejsze wydawnictwo w dotychczasowej dyskografii Jamesa. To album, który z pewnością nie wyparuje szybko z pamięci. Tak naprawdę nawet nie trzeba się nad nim wiele rozwodzić, wystarczy posłuchać. Zakład, że spotkamy się tu ponownie przy okazji podsumowania najlepszych krążków tego roku?

José James z nową płytą i teledyskiem

Image2

Jazz, neo soul, hip hop, elektronika, grunge, alternatywa — wszystko wymieszane w proporcjach bliskich ideału. Panie i panowie, chociaż ten krążek trafi do sprzedaży dopiero 10 czerwca, to muzyczną ciekawość można zaspokoić… ba! nasycić już dziś. Oto przed Wami najnowszy album José Jamesa. While You Were Sleeping zaskakuje i chyba nie przesadzę, jeśli od razu napiszę, że to najodważniejsza propozycja w dotychczasowej dyskografii artysty z Minneapolis. Płytę do odsłuchu znajdziecie TUTAJ, a poniżej świeżutki, iście rockowy teledysk do nagrania „EveryLittleThing”.

Nowy utwór: José James „U R the 1”

Image2

Już od dwóch miesięcy wiadomo, że na nowy album José Jamesa While You Were Sleeping przyjdzie nam poczekać do 10 czerwca. Tymczasem wokalista wypuścił właśnie kolejny zwiastun muzyczny krążka. Utwór zatytułowany „U R the 1” jest oparty na wyraziście pulsującym hip-hopowym bicie i klimatem wpisuje się w stylistykę produkcji wielkiego J Dilli. Zapowiada się dobra płyta.

Nowy utwór: José James „EveryLittleThing”

Jose

Kilka tygodni temu przekazaliśmy Wam informacje o nowych planach wydawniczych José Jamesa. Sam artysta podkreślał, że na krążku zatytułowanym While You Were Sleeping połączy swoje największe muzyczne inspiracje. Warto dodać, że to bardzo rozległy temat — od Franka Oceana, przez elektronikę, aż po Nirvanę. Jednak takiego brzmienia, jak w najświeższym nagraniu „EveryLittleThing”, chyba nikt się nie spodziewał. Jeśli liczycie na to, że po kliknięciu play przeniesiecie się w jazzową krainę łagodności, to pomyślcie jeszcze raz. Panie James… proszę o więcej! Premiera albumu 10 czerwca, tymczasem posłuchajcie, co José ma do zaoferowania.

José James zapowiada nowy album

josejames-wfi6
Transfer José Jamesa do legendarnej wytwórni Blue Note Records okazał się być idealnym przykładem tak zwanego strzału w dziesiątkę. Nic zatem dziwnego, że nie przyszło nam czekać zbyt długo na kontynuację No Beginning, No End. Będzie ona nosić tytuł While You Were Sleeping, a do sprzedaży trafi już 10 czerwca. „Album ten będzie połączeniem wszystkiego co kocham w muzyce. Od takich współczesnych muzyków jak Frank Ocean czy James Blake do przełomowych dla mnie artystów pokroju Nirvany, RadioheadMadliba” — zachęca nas James. Brzmi ciekawie, a jak jeszcze dodamy do tego zamykający materiał cover Ala Greena — można powiedzieć, ze po prostu pięknie.  Jakby jeszcze komuś było mało zachęcania, poniżej możecie sprawdzić tracklistę.

1. „Angel”
2. „U r the 1”
3. „While You Were Sleeping”
4. „Anywhere U Go”
5. „Bodhisattva”
6. „4 Noble Truths”
7. „Dragon” feat. Becca Stevens
8. „Salaam”
9. „Without U”
10. „EveryLittleThing”
11. „xx”
12. „Simply Beautiful” feat. Takuya Kuroda

Relacja: damsko-męskim dwugłosem o polskich koncertach José Jamesa

jose glowneglowne

fot. M. Wilczyński

Na nasz kraj spada wiele klęsk, ale tej jednej zupełnie się nie spodziewaliśmy. W ostatnim tygodniu Polskę dotknęła cudowna klęska jazzowego urodzaju, a jej sprawcą był nie kto inny, tylko José James — czarujący wokalista z wąsikiem Clarka Gable (więcej…)

Wygraj bilet na koncert José Jamesa we Wrocławiu (rozwiązany)

2i9h7ja
Chcesz iść na koncert José Jamesa we Wrocławiu, ale nie masz jeszcze biletu? Dzięki Misce wejściówka może być Twoja! (więcej…)

Krok w tył: José James #10

jose

rozmowie z Miską, José James na pytanie dotyczące przepisu na idealne połączenie różnych gatunków muzycznych odpowiedział, że to „Metoda prób i błędów plus dużo odwagi, żeby przebrnąć przez sprzeciwy. Pomaga również szczere zamiłowanie do rożnych stylów, które się łączy”. Od czasu swojego debiutu, James już wielokrotnie udowodnił, że naprawdę kocha to, co robi. Uczucie zostało odwzajemnione przez fanów, muzyków i ludzi z branży, co zaowocowało wydaniem płyty pod szyldem Blue Note Records. Również dziś powracamy do albumu No Beginning No End i ballady „Come to My Door”, którą mamy nadzieję usłyszeć podczas koncertów José w Polsce. Od pierwszego z nich dzieli nas zaledwie tydzień. Macie już bilety?

„Metoda prób i błędów plus dużo odwagi” — José James dla soulbowl.pl

2i9h7ja
Na początku tego roku José James wydał swój czwarty album No Beginning No End. To jego debiut pod skrzydłami wytwórni Blue Note. Obecnie artysta intensywnie promuje swój ostatni krążek. (więcej…)

Krok w tył: José James #9

2q83903

Już tylko trzy tygodnie pozostały do wizyty José Jamesa w Polsce. Skreślając kolejne dni w kalendarzu i powoli rozgrzewając się przed koncertami we Wrocławiu i w Warszawie, powracamy do jego ostatniego krążka. (więcej…)

Krok w tył: José James #8

2q83903

Na początku tego roku José James wydał swój czwarty album. (więcej…)