70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

Recenzja: José James Love in a Time of Madness

Data: 21 marca 2017 Autor: Komentarzy:

jardin

José James

Love in a Time of Madness (2017)

Blue Note

Nowy album zgranego już trochę przez lata Josego Jamesa klasycznie wydało Blue Note. Sama płyta natomiast jest mniej klasyczna niż cokolwiek, co zrobił James w swojej karierze. Na Love in a Time of Madness sunie po trapowych bitach, przyjmuje stylówkę jamajskiego dilera/alfonsa z lat 90., a na okładce krążka możemy zobaczyć doskonale znane ostrzeżenie przed mocnym językiem. Na papierze wszystko zapowiada się odrobinę obrazoburczo, ale przynajmniej interesująco.

Samo to, że James postanowił nieco odświeżyć sprawdzoną neo-soulową formułę, choć zuchwałe nie ma w sobie jednak nic bluźnierczego. Ile można chodzić w garniturze, dajmy facetowi trochę wyluzować. Problem zaczyna się wraz z brakiem ogólnego pomysłu Jamesa na siebie w tej nowej odsłonie, a co za tym idzie — braku jakiejkolwiek konsekwencji stylistycznej. O ile oba single — otwierające płytę „Always There” i niejako ją zamykające „Closer” zostały wyprodukowane na trap-popowych bitach przy udziale klimatycznych UK-bassowych syntezatorów i zabawy spitchowanymi wokalami, momentów wpisujących się w podobną stylistykę jest na krążku niewiele — a nawet w tych, które są, w uszy rzuca się trzymanie dystansu od pożyczonej stylistyki i szukanie kompromisów między swagiem a klasyczną melodyką. „What Good Is Love” wyprodukowane trochę, jakby miało trafić na krążek Desiignera, zwieńczone zostało bezbarwnym power-refrenem na niemalże moombahtonową nutę. „Last Night” znajdziemy w pół drogi między stylistyką Johna Legenda a rasowym R&B na elokwentnym, ale przesadnie mechanicznym bicie, trochę przypominającym te, jakie Timbaland zwykł produkować dla Aaliyah. Okołotrapową sekcję krążka domyka zbudowane na sensownym perkusyjnym bicie „You Know I Know” popadające jednak w refrenie w EDM-popowy banał zwieńczony stadionowym „oooh-ooh” — i nie jest to niestety odosobniony przypadek — następne na liście utworów „Breakthrough” wieńczy bowiem wątpliwej urody „oh-nananana-nanana”.

James zdaje się nie być przekonany do stylistycznego kierunku krążka już w trzecim numerze na własnej trackliście — „Let It Fall” — przesadnie łagodnej balladzie na modłę pogrobowców Boba Marleya z towarzyszeniem Mali Music, która od połowy co prawda zaczyna się subtelnie dostrajać do klimatu Love in a Time of Madness, ale w pierwszej kolejności wybija słuchacza z rytmu, obnażając braki koncepcyjne. W „Live Your Fantasy” James krzyżuje z kolei Marka Ronsona z Maxwellem z okresu Now, a w następującym po nim możliwie nawet bardziej dyskotekowym „Ladies Man” zamienia się w — co do joty — Robina Thicke’a. Trzeba Jamesowi oddać, że w każdym z tych wcieleń odnajduje się nie najgorzej, a nawet potrafi słuchacza oczarować — choćby jazzowo meandrującą sekcją dętą w ostatnim z wymienionych utworów. Mimo tego płyty słucha się zazwyczaj beznamiętnie. Sam piosenkarz wydaje się stronić zresztą od wokalnych i lirycznych uniesień. Osuwa się w ten sam banał, dla którego mejnstrimowe R&B straciło zdrowy rozsądek lata temu. A przecież z poprzednich płyt Jamesa wiemy doskonale, że nie musi wcale od razu coverować Billie Holliday, aby zdobyć się na odrobinę poetyki. Zamiast tego wokalista brnie uparcie w nieznane, puentując album niezręcznie klasycznym duetem z Oletą Adams — nieprzystającym do któregokolwiek z elementów i tak niezbyt zręcznie składającego się w całość krążka.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475