a1422325143_10

Oddisee

The Beauty in All (2013)

Mello Music Group

O tym, że Oddisee jest zdolnym producentem, chyba nie trzeba mówić nikomu, chociaż chwila!  Przecież zdarzały mi się spory z nieco nietrzeźwymi interlokutorami, którzy uparcie twierdzili, że jeśli Oddisee to hip-hop, to „taki specjalny dla kobiet”. No i tak — w muzyce Oddisee nie ma ani grama ulicznego swagu czy ideowego braggadaccio, za to jest sporo pokory i wrażliwości — substancji, które nigdy nie były specjalnie cenione w środowisku. Najnowszy koncept album Amira Mohamada  The Beauty in All, jest konsekwentnym przedłużeniem tej postawy i jednocześnie pierwszym od czasów Rock Creek Park projektem instrumentalnym. I już bez zbędnej gadaniny: nie, najnowsze dzieło Oddisee nie dorównuje swojemu wybitnemu poprzednikowi, co nie znaczy oczywiście, że nie jest warte odsłuchu i zainteresowania.

Za The Beauty in All kryje się stoicka (choć nieco banalna) koncepcja, że każda chwila w życiu jest ważna, a i na swój sposób piękna. Sinusoidalność ludzkiego losu, łatwość z jaką wpadamy w euforię, by zaraz potem otrzeć się o ścinającą z nóg z rozpacz… ręka w górę, kto nigdy nie zaliczył takiego życiówkowego rollercoastera. Oddisee uważa, że tak właśnie wygląda życie w zupełnym negliżu, a swoje poglądy próbuje przekuć w konkretne melodie, którym daleko jednak do dołujących ballad. The Beauty in All wypełnia muzyka idealnie skrojona pod październikowy biomet i refleksyjne wieczory pod grubym kocem, a gatunkowo najbliżej jej chyba electro-soulu i to mięciutkiego jak wytłamszona, ulubiona poduszka. Syntezatory, trochę smyczków, kilka coś-jakby-Thundercat solówek, wyraźna perkusja, sporo prostych akordów na pianinie — słucha się tego z przyjemnością, a rozkoszne mrowienie pojawia się szczególnie przy „One Thing Right”, „Lonely Planet” (naprawdę bujające synkopy plus solówka na basie) czy singlowym „After Thoughts”.

Jednak The Beauty in All najlepiej funkcjonuje jako całość i chyba to w zamiarze miał sam Oddisee. Utwory zmieniają się płynnie, zapowiadając się nawzajem i utrzymując przy tym stały poziom chilloutu w uszach, bez zbędnych przerw i ciszy.  No i właśnie, tu tkwi pewna słabość tego LP: pozorna monotonność, która potrafi odrzucić po wstępnym przesłuchaniu. Przyznaję się bez bicia: sama uległam temu wrażeniu i dopiero konsekwentne zapętlając tą płytę, doceniłam jej dyskretny koncept. Serdecznie zapraszam was do podobnej wytrwałości. Nie jest to album, która zmienia życie, ale zdecydowanie potrafi uczynić je znośniejszym.