Fortepian w połączeniu ze smykami to najszlachetniejsze z możliwych instrumentalnych połączeń. Mogłaby to być co prawda wiolonczela, ale elektrycznymi skrzypcami też nie pogardzę. Po usłyszeniu „All Of Me” po raz pierwszy stwierdziłam, że jego piękno tkwi w minimalizmie. Podtrzymuję swoje zdanie, gdyż dzisiejsza wersja wcale nie odbiega od tejże koncepcji. Nałożone na klawiszowy akompaniament, pięknie rozwijające się linie melodyczne, wydobywane przez Lindsey Stirling (której poczynania zamierzam za moment dokładnie przeanalizować, bo działania pokroju Miri Ben-Ari chętnie wciągam na listę obserwowanych), a do tego efekty nałożone na wokal Janka, dają efekt takiej przestrzenności, że chce się stanąć na dachu najwyższego wieżowca i czekając na wschód słońca (dokładnie jak w idealnym video) słuchać do znudzenia (nie wiem czy jest to możliwe, a przynajmniej nie w ciągu jednej nocy). Zapętliwszy odkrywa się smaczki w postaci dyskretnego pizzicato na początku drugiej zwrotki. Potem to już istna lawina emocji i dźwięków. Podsumowując, pozwolę sobie zacytować redakcyjną koleżankę „Janie. Przesadziłeś.”. W takich momentach wraca wiara we wszystko co w muzyce najszlachetniejsze. Klikajcie play, koniecznie!


Komentarze