Recenzja: M.I.A. Matangi

Data: 6 listopada 2013 Autor: Komentarzy:

url

M.I.A.

Matangi (2013)

N.E.E.T./Interscope

Na Matangi przyszło nam czekać trzy lata. Obsuwa tłumaczona była krytycznym procesem twórczym M.I.A., ale bardziej jednak nieszczęsną polityką wydawcy. Nie pomagały prośby, ale pomogły groźby autorki, dzięki czemu wreszcie otrzymaliśmy album, który w głównych zamiarach artystki miał odsunąć w niepamięć rozczarowujące recenzentów i wciąż dzielące fanów Maya.

Plan był prosty i w swej prostocie genialny — stworzyć krążek, który będzie przywodził jak najwięcej skojarzeń z wydanym w 2007 roku rewelacyjnym Kala. Produkcję płyty powierzyć głównie w ręce niezawodnego Switcha, ale zaprosić również nowych producentów, którzy będą w stanie odnaleźć się w muzycznym świecie artystki (brawa za poskromnienie charakterystycznych stylów Hit-Boya albo Danjy pod własne dyktando). W tekstach przypominać o swojej niepokorności, oryginalności i poczuciu humoru. W tym samym czasie pamiętać, że teksty są tylko dodatkiem do jej najważniejszej mocy, jaką jest jej oryginalna — wręcz jedyna taka na świecie — odmiana wokalno-rapowej deklamacji.

Plan uległ jednak w międzyczasie kilku modyfikacjom. Choć główny trzon strony muzycznej Matangi pozostał ten sam (kombinacja hip hopu, electro, uk garage’u i indyjskiego folkloru), M.I.A. nie chciała udawać, że nie wie co się dzieje we współczesnej muzyce. Stąd niektóre podkłady mają w sobie elementy powracającego do łask chicagowskiego house’u, modnego trapu, alternatywnego r&b (bezsensownie podzielona na dwie bliźniacze części interpretacja utworu Weeknda) czy hip hopu kojarzącego się z Death Grips, albo Yeezusem. Nie ma tu aż takiego muzycznego bajzlu jak na poprzednim cd, ale wciąż można mówić o pewnym chaosie, prawdopodobnie trudnym do przeskoczenia dla kogoś pierwszy raz obcującego z muzyką Brytyjki. Niektóre utwory mogą sprawiać wrażenie rozbudowywanych na siłę o dodatkowe elementy różnych gatunków, niestety nie tworzą tworzą one — tak jak na Kala — zadziwiającego swoją spójnością amalgamatu.

Pomimo pewnych niedoskonałości album dostarcza nam kawał wysokiej jakości rozrywki przy której można pokiwać głową, poprawić sobie humor po ciężkim dniu lub po prostu uśmiechnąć się słysząc na przykład zabawne zaczepki w kierunku Drake’a. Najważniejsze (co już wcześniej zauważyłem) jest to, że po prawie dziesięciu latach od debiutu M.I.A. wciąż tworzy coś unikatowego. Na skalę światową.

Komentarze

komentarzy