Kilka słów o występie Just Blaze’a i RL Grime’a w 1500m2

Data: 13 listopada 2013 Autor: Komentarzy:

Miało być wydarzenie jesieni, klub pełen ludzi i kolejki aż pod Wisłę, a skończyło się na wieczorze w towarzystwie relatywnie małej, lecz prawdziwej i zagorzałej grupie fanów zarówno Justina jak i Grime’a. Gdy o godzinie 23 wkroczywszy do klubu zobaczyłem zero kolejek i pustki w środku, poczułem lekki niepokój, a w głowie zacząłem pisać nieco inne scenariusze, niż początkowo zakładałem. Trochę wstyd, bo niby z jakiego powodu event, którego headlinerami są tak grube ryby nie sprawił, że klub wypełnił się ludźmi po same brzegi?

Jak się na szczęście okazało, gdy około 00:30 na scenie pojawił się Just Blaze, frekwencja wyglądała już o niebo lepiej. Nie była to co prawda liczba osób podobna do tej, którą przyciągnęli dwa tygodnie wcześniej HudmoSnakeships, ale wstyd i obawy odeszły na drugi plan, a główna uwaga skierowana została już tylko na scenę i jednego z głównych bohaterów wieczoru.

Mimo, iż Just od dłuższego czasu w didżejskich setach wybiega poza swoje dotychczasowe ramy muzyczne, od początku słychać było, gdzie znajdują się jego korzenie. Zaczynając od „You Don’t Know” i kończąc na „Show Me What You Got”, producent zaserwował nam gamę rapowych kawałków, które dziś spokojnie możemy uznać za klasyki gatunku. Od dawki rdzennego hip-hopu szybko jednak przeszedł do tego, co w dzisiejszych czasach jest hot — sporej ilości trapu, która na samym końcu została jeszcze uatrakcyjniona elementami jakże popularnego w Europie EDM-u i electro. Ot co, uniwersalny DJ zaspokajający wszystkie gusta. Fanom ta dywersyfikacja brzmień z pewnością przypadła do gustu, o czym świadczyć może przeskakiwanie przez barierki i zabawa zaraz naprzeciwko artysty, który całe zdarzenie z uśmiechem na ustach rejestrował swoim telefonem, cykając bawiącym się ludziom zdjęcia. Co jeszcze jest warte wspomnienia? Z pewnością zaskakująca zwyczajność, która aż tryskała od legendarnego przecież producenta. Nagle człowiek, który sporą ilość swojego życia przesiedział w studio z muzykami pokroju Jay’a Z, z gwiazdy wieczoru przemienił się w najzwyklejszego przeciętniaka, który ubrany w zwykłe jeansy i t-shirt z H&M siedział gdzieś obok sceny aktywnie tweetując i z wyrozumiałością, lecz bez entuzjazmu pozując do kilku fotografii z fanami.

Podczas gdy Blaze po występie sprawiał wrażenie raczej stonowanego, całkowicie inaczej prezentował się pod tym względem RL Grime. Podpierający się łokciem o murek i z uśmiechem popijający whisky z colą w plastikowym kubku producent swoją ekspresją jasno dawał po sobie znać, że pobyt w Warszawie sprawia mu sporą frajdę i jest tym faktem nieco bardziej podekscytowany, niż jego starszy kolega. Pokuszę się także o stwierdzenie, że podczas gdy współtwórca takich hitów jak „Touch The Sky” czy „Live Your Life” zagrał bardzo dobry set, to dopiero Grime pokazał jak powinien wyglądać prawdziwy „turnt up”. Przyczyn tego jest kilka, lecz nie trzeba zagłębiać się zbyt mocno w temat, aby zdać sobie sprawę, że o przewadze atrakcyjności miksu drugiego z headlinerów zaważyła jego niezliczona ilość własnych utworów, które na przestrzeni tego i zeszłego roku stały się swego rodzaju hymnami trapowych imprez i których tym razem także nie zabrakło. Jego paleta wyprodukowanych do tej pory remiksów mówi sama za siebie — każdy z nas słyszał i bawił się przecież do  „Mercy”, „Love Sosa”, „Satisfaction”, „Pour It Up” czy „What A Shame” — wszystko to autorstwa dwudziestodwuletniego Amerykanina. Imponujący dorobek w połączeniu ze świetną selekcją utworów innych producentów i całkiem zręcznymi umiejętnościami za deckami sprawił, że mimo sporego zmęczenia spowodowanego godzinnym szaleństwem przy secie Just Blaze’a, wszyscy obecni zdołali wykrzesać z siebie resztki sił i dać z siebie wszystko przez kolejne półtorej godziny podczas miksu RL Grime’a. 

Około godziny trzeciej, gdy na scenie grali nieco mniej znani, lecz równie utalentowani stołeczni didżeje, klub zaczął powoli pustoszeć, a uczestnicy sprawiali wrażenie całkowicie zadowolonych z przebiegu wydarzeń. To, co na początku wywołało we mnie lekką obawę, skończyło się zgodnie z planem. Frekwencja mogła być większa, ale swoje znaczenie w tym wypadku miał z pewnością fakt, że była to mimo wszystko niedziela. Wydarzenie uznajemy jednak za jak najbardziej udane i czekamy na kolejne, które będą kontynuować serię świetnych imprez w Warszawie.

Komentarze

komentarzy