Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Alice Smith She

Data: 15 grudnia 2013 Autor: Komentarzy:

alice smith

Alice Smith

She (2013)

Rainwater Recordings

Przez kilka lat nieobecności Smith wiele zmieniło się w jej życiu prywatnym. W różny sposób te wzloty i upadki mogły wpłynąć na jej twórczość. Zmieniające się trendy, które odnotowaliśmy u bardziej i mniej znanych artystów, też mogły odbić się na muzyce Alice. Na szczęście dla słuchaczy, Pani Smith nie zniweczyła tego, co udało się jej osiągnąć świetnym debiutem For Lovers, Dreamers & Me.

Już idealnie trafionym intro „Cabret Prelude” Alice udowadnia, że nie należy mieć żadnych obaw o stronę wokalną wydawnictwa. Wokalistka przypomina, że jej olbrzymimi atutami są nie tylko wyjątkowa skala i technika, ale również niespotykany feeling. Ponownie maluje przed nami różnobarwne pejzaże -– melancholijne i delikatne jak w przypadku „The One”, czy zadziorne i interesujące w tytułowym, zamykającym album „She”. Energetyczny początek i koniec idealnie spinają to wydawnictwo, pełne różnych stylów i koncepcji. Już przy okazji debiutu Smith trudno było określić jednoznacznie, do której gatunkowej szufladki można ją wrzucić. Namaszczanie utworów bluesem czy jazzem, folkowe sznyty, utrzymywanie koncepcji soulu/R&B, a przy tym wszystkim umiejętne zaskakiwanie słuchacza rozwiązaniami – za to chyba najbardziej cenimy Alice. Pozostaje sobą, czerpiąc z całego muzycznego dobrodziejstwa. W „Loyalty” zabiera nas kilka dekad wstecz, nęcąc słuchacza w rytmie na trzy. Natomiast takie utwory jak „Ocean”, w których zwrotki prowadzone delikatną gitarą, przeplatane są chwytliwymi, balansującymi na granicy popu refrenami, zapadają w pamięć tak głęboko, że chodzi się przez tydzień podśpiewując „I had a dream you were the ocean”. Smith potrafi jednak stworzyć również prawdziwe petardy. W przypadku She jest to cover Cee Lo Green „Fool for You”. Rozpędzona Smith ukazuje swój cały wokalny potencjał, nadając kontrastu mięsistym basom sopranowymi wokalizami.

She należy do tych wydawnictw, które nie są tworzone z myślą o trafieniu w panujące gusta, wpisaniu się w istniejące trendy. Mimo, że nie jest gwiazdą formatu Beyoncé, to jej tegoroczny album koncepcyjnie może konkurować z najlepszymi. Nie jest odtwórczy, nie stanowi zmiksowanej papki tego co już słyszeliśmy. Stanowi przyjemną odskocznię od wszechobecnego blichtru czy mrocznej twarzy R&B.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure