alice smith

#FridayRoundup: Yazz Ahmed, Alice Smith, Wale i inni

Jak co tydzień dzielimy się garścią rekomendacji i odsłuchów najciekawszych premier płytowych. Tym razem polecamy do odsłuchu nowe krążki Yazz Ahmed, Alice Smith, Wale’a, Lil Kim, Curren$y’ego z Trademarkiem i Young Roddy’m, 88rising, MF Dooma z Bishopem Nehru, Fantasii i Des’ree. Na plejliście na dole wpisu dodatkowo także Son Little, Aṣa, remiksy od Emily King, Casanova, Kara Marni, Michael Sneed i świąteczny falstart Ne-Yo.


Polyhymnia

Yazz Ahmed

Night Time Stories / Ropeadope

Urodzona w Bahraini, ale od dziewiątego roku życia wychowana w Londynie, znakomita jazzowa trębaczka, która równie często używa tzw. skrzydłówki — Yazz Ahmed, na koncie ma współpracę z takimi gigantami jak Radiohead czy Lee „Scratch” Perry, a obecnie stawiana jest w jednym rzędzie obok takich postaci jak Kamasi Washington, Yusseff Kamaal czy Songs of Kemet. Podobnie jak wymieniona trójka, pcha ona jazz w nieznane jeszcze terytoria, wywracając wszystko, co wiemy na jego temat do góry nogami. Nowy krążek Polyhymnia, następca rewelacyjnego La Saboteuse, które trafiło do naszej 30. najlepszych płyt 2017 roku, to kolejny krok do przodu i sześć nowych kompozycji zainspirowanych historią greckiej muzy muzyki — tytułowej Polyhymnii. Wszystkie utwory dedykowane są kobietom, od których Ahmed czerpie siłę i życiową inspirację.


Mystery

Alice Smith

Repost Network

24-minutowa epka Mystery to prawowity następca wydanego w 2013 roku longplaya She, dzięki któremu w pełnej krasie poznaliśmy się na fenomenie Alice Smith. Piosenkarka w dalszym ciągu urzeka nietuzinkowym wokalem, ale tym razem rozpościera swój głos nad wyraźnie elektronicznym muzycznym krajobrazem — odchodzi tym samym od rhythm&bluesowego brzmienia w stronę artystycznego popu, którego nieprzenikliwość doskonale podsumowuje tytuł wydawnictwa. — Kurtek


Wow… That’s Crazy

Wale

Warner

Wow… That’s Crazy, szósty i najbardziej osobisty album Wale’ego, nie bez powodu swoją premierę miał w Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego. Raper skupia się na nim nie tylko na tematach dotyczących relacji damsko-męskich, ale także otwiera się, opowiadając o problemach, jakie spotkały go m.in. po wydaniu swojego ostatniego długogrającego materiału, Shine. Jak przyznał wcześniej na Twitterze, stracił on ponad milion dolarów oraz przyjaciół. Jeśli podobało Wam się singlowe „On Chill”, na którym pojawił się Jeremih, śmiało możecie sprawdzić całość! — Klementyna


9

Lil Kim

Queen Bee / eOne

Słuchając najnowszego krążka Lil Kim trudno uwierzyć, że artystka w rapgrze siedzi od kilkudziesięciu lat, a nawet zajmuje zasłużone miejsce w panteonie przełomowych dla gatunku osobowości. Nie dlatego bynajmniej, że Dziewiątka uderza świeżością i wigorem młodzika-debiutanta. Wręcz przeciwnie, płyta, mimo unikania wyraźnie amuzycznych zabiegów (no może poza tym przedziwnym momentami miksem, w szczególności na otwieraczu) brzmi niesamowicie niepewnie, niespójnie i randomowo. Flow królowej jest niezdarne, ospałe i męczące, a intrumentale pozostawiają bardzo wiele do życzenia. Niektóre rozwiązania narracyjne utworów przerażają swoją nieporadnością, a całościowo trudno też doszukiwać się tutaj jakichkolwiek hitów. Smutno słucha i słyszy się takie rzeczy, tym bardziej kiedy niektóre z przedstawicielek starej szkoły (yes, Lady Elliot, I’m looking at You) nadal przekraczają swoje granice, pozostając jednocześnie na czasie, ale oddając szacunek swoim korzeniom.— Wojtek


Plan of Attack

Curren$y, Trademark & Young Roddy

Babygrande

Louisiana w najlepszym wydaniu. Curren$y, Young Roddy i Trademark Da Skydiver łączą siły na najnowszym krążku zatytułowanym Plan Of Attack. Członkowie labelu Jet Life zebrali się na sesję wspólnych nakrywek i postanowili dać swoim fanom to, z czego słyną najbardziej – porcję przejaranych rapsów, wypełnionych przechwałkami o dużych pieniądzach i lekkim życiu. Za produkcję odpowiadają między innymi Monsta Beatz, Cookin Soul i Sledgren. Jeśli chcecie pofantazjować o słonecznych plażach i luksusie w jesienne popołudnia to trudno o lepszą propozycję. — Mateusz


Head in the Clouds II

88rising

88rising / 12Tone

Muzycy skupieni wokół kolektywu 88rising sprzymierzyli wszystkie siły (również ludzkie), by wypłynąć na szerokie wody generycznego pop rapu i R&B. Klęska urodzaju to w wypadku Head in The Clouds II wyjątkowo łagodne określenie. Zaproszeni goście (wśród nich goniący za rytmem GoldLink i Major Lazer) i poruszone wątki stylistyczne (tu reggaeton czy, o zgrozo, french house) to materiał, którego starczyłoby na kilka płyt. Jeżeli kiedyś porwaliście się na szalony pomysł odsłuchu krążka Eda Sheerana i gości, powinniście wiedzieć, o czym mowa. Head in The Clouds II kontynuuje ideę tworzenia wypełniaczy pod algorytmy i komercyjne stacje radiowe. Dla dysponujących dużą ilością wolnego czasu. — Maja


NehruvianDOOM (Redux)

MF DOOM & Bishop Nehru

Lex

Decyzja o ponownym wydaniu nieco zmienionej wersji mixtejpu Bishopa Nehru i MF DOOMa (skolaborowanych pod jakże finezyjną nazwą NehruvianDOOM) to krok co najmniej niepotrzebny. Projekt już w momencie publikacji rozminął się z oczekiwaniami fanów i krytyków, którzy zarzucali duetowi generyczność, brak chemii i, najprościej rzecz ujmując, nudę. I rzecz nie wygląda po latach dużo lepiej, MF DOOM nie stara się za bardzo, a i tak jest kilka klas ponad swoim młodszym współpracownikiem. Ze strony produkcyjnej również bywało u obu panów dużo lepiej. Instrumentale, które wychodzą spod legendarnych metalowych paców brzmią jak odrzuty z bardzo niestarannych beattape’ów. Tylko dla fanów. — Wojtek


Sketchbook

Fantasia

Rock Soul / BMG

W swoim najnowszym Szkicowniku Fantasia narysowała dwanaście utworów ze swojego życia, obrazujące jej uczucia, wzloty, upadki, przebieg kariery i miłosne uniesienia. Całość jest różnorodna, jak nietuzinkowy jest żywot artystki. Chcąc jednak pokazać całą paletę emocji wydaje się, że Amerykanka, podobnie jak przy The Definition of…, które porównywalnie wydaje się być bardziej spójne, pogubiła się i zamiast ukazać ciekawą historię oryginalnej postaci, na płycie Sketchbook przedstawia chaos i zamęt. To trochę tak, jakby zajrzeć do damskiej torebki, w której znajdzie się wszystko i nic. Sama zainteresowana potrafi odnaleźć się w otoczeniu swoich szkiców, ale słuchacz gubi się wśród gmatwaniny niezrozumiałych dla niego i niespójnych rysunków. Podobnie jak Ciarze, Fantasii nie służy swoboda przy tworzeniu muzyki. — Forrel


A Love Story

Des’ree

Stargazer

Wewnętrzne problemy Des’ree, m.in. ogromna nieśmiałość, chroniczny strach na scenie, strach przed lataniem oraz brak energii związany z niedoczynnością tarczycy spowodowały, że artystka usunęła się z życia publicznego na szesnaście lat. Dużym zaskoczeniem było więc wydanie we wrześniu tego roku singla „Don’t Be Afraid”, który jak się okazało, zwiastował nowy album Brytyjki A Love Story. Pomimo słabej promocji, niskiej aktywności w mediach społecznościowych, wielbiciele spokojnego i grubego wokalu Des’ree mogą cieszyć się z nowych dźwięków spod znaku współczesnego R&B i soulu. Krążek powstał dla czystej przyjemności, bez większych oczekiwań. A Love Story jest więc zbiorem dziewięciu szczerych i wrażliwych kompozycji, niezobowiązujących i przyjemnych dla ucha, ale dojrzałych i wzruszających. — Forrel


Wszystkie wydawnictwa wyżej i pełną selekcję tegorocznych okołosoulowych premier znajdziecie na playliście poniżej.

Recenzja: Nina Revisited. A Tribute to Nina Simone

Różni wykonawcy

Nina Revisited. A Tribute to Nina Simone (2015)

Columbia / RCA

Muzyka Niny Simone jest niewątpliwe jednym z fundamentów klasycznego rhythm & bluesa. Już studiując tracklistę wydanego przed miesiącem krążka Nina Revisited. A Tribute to Nina Simone, natykamy się tu na tytuły, które doskonale kojarzymy, a które albo miały swój początek w dyskografii Niny Simone, albo w pewnym momencie trafiły w jej ręce, przez co zasadniczo zmieniły swój wcześniejszy kontekst. To już samo w sobie jest poważnym zobowiązaniem dla każdego, kto postanowi złożyć hołd piosenkarce poprzez własną interpretację części jej repertuaru.

Płytę Nina Revisited. A Tribute to Nina Simone, będącą nota bene muzycznym dodatkiem do przygotowanego przez Netflix filmu What Happened, Miss Simone?, można na starcie podzielić na dwie części, a właściwie terytoria — dominium Roberta Glaspera, odpowiadającego za produkcję znaczącej części materiału, oraz strefę wpływów Lauryn Hill, która od pewnego czasu musi mieć nad swoim (czy w tym wypadku oswojonym) materiałem pełną kontrolę artystyczną. Hill podpisana jest pod aż 6 z 16 numerami, które znajdziemy na krążku, tworzącymi dwa oddzielne pasaże — jeden otwierający, a drugi zamykający album. Z jednej strony można było pokładać w tej niewątpliwej dominacji Hill pewnego zamysłu artystycznego — neo-soulowa wokalistka z roku na rok coraz bardziej zbliża się bowiem do szorstkiej barwy głosu Simone. Z drugiej o wielkich oczekiwaniach mowy być nie może — Hill nie potrafi sprawnie produkować swojej muzyki — jej miksy są chaotyczne, pozbawione głębi, wypełnione chybionymi pomysłami na aranżacje. Podobnie jest niestety na Nina Revisited — w najlepszym z sześciu wykonanych utworów „Feeling Good piosenkarka co najwyżej sprawnie imituje oryginał. „Black Is the Color of My True Love’s Hair” i instrumentalne „African Mailman” odrzucają aranżacyjnym bezguściem, 7-minutowa hiphopowa wariacja „I’ve Got Life” podąża tylko sobie znaną ścieżką interpretacyjną, a francuskojęzyczne „Ne me quitte pas”, które już w wersji Niny było całkowicie do pominięcia na tle emocjonalnego oryginału Jacquesa Brela, jest być może najgorszym repertuarowym wyborem nie tylko tej płyty, ale być może w całej dotychczasowej karierze Hill.

Część Glaspera również jest nierówna. Producent znanym sposobem wygładza i ujednolica brzmienie utworów, otrzymując przyjemne, ale całkowicie pozbawione charakteru radiowe kluchy. I tu o charakter muszą zatroszczyć się sami wokaliści, z czym w większości mają problem (tu warto podkreślić, że gdyby tylko Hill pozwoliła wyprodukować swoje numery Glasperowi, z pewnością nie miałaby z tym trudności). Z sytuacji udaje się wybrnąć Jazmine Sullivan, która reggae’owy cover „Baltimore” Randy’ego Newmana bez trudu czyni swoim własnym. Całkiem nieźle prezentuje się też Gregory Porter, który co prawda nie podołał do końca monumentalnemu „Sinnerman”, ale w kontekście Nina Revisited i tak jawi się jako jedno z ciekawszych wykonań. Porter zresztą, który z repertuarem Simone miał już styczność w zeszłym roku w coverze „Don’t Let Me Be Misunderstood” współdzielonym z Jamiem Callumem, bije na głowę bezbarwną Mary J. Blige, której na płycie właśnie ta kompozycja przypadła w udziale. Nieco bardziej angażujące, choć przesadnie zalane lukrem, wydaje się „My Baby Just Cares for Me” w interpretacji Ushera i dezorientująco odmiennej od oryginalnej szacie muzycznej autorstwa Salaama Remiego.

Tak naprawdę jedynym utworem na krążku, który zasługuje na owacje na stojąco jest rewolucyjna odsłona „I Put a Spell on You” (kojarzonego zwykle ze Screamy’m Jay’em Hawkinsem, ale będącego także tytułowym numerem jednego z krążków Simone) według Alice Smith. Niemal 7-minutowe minimalistyczne ujęcie doskonale znanego tematu przez nowojorską wokalistkę w kulminacyjnym momencie przyprawia o dreszcze i pokazuje niewątpliwie sławniejszym artystom zaangażowanym w projekt, jak robi się covery będące prawdziwym hołdem dla interpretowanego artysty. Krążek bardzo adekwatnie zamyka oryginalna wersja „I Wish I Knew How It Would Feel to Be Free” Niny Simone, która stety-niestety jest drugim najjaśniejszym punktem tej w przeciwnym razie bardzo przeciętnej płyty.

Recenzja: Alice Smith She

alice smith

Alice Smith

She (2013)

Rainwater Recordings

Przez kilka lat nieobecności Smith wiele zmieniło się w jej życiu prywatnym. W różny sposób te wzloty i upadki mogły wpłynąć na jej twórczość. Zmieniające się trendy, które odnotowaliśmy u bardziej i mniej znanych artystów, też mogły odbić się na muzyce Alice. Na szczęście dla słuchaczy, Pani Smith nie zniweczyła tego, co udało się jej osiągnąć świetnym debiutem For Lovers, Dreamers & Me.

Już idealnie trafionym intro „Cabret Prelude” Alice udowadnia, że nie należy mieć żadnych obaw o stronę wokalną wydawnictwa. Wokalistka przypomina, że jej olbrzymimi atutami są nie tylko wyjątkowa skala i technika, ale również niespotykany feeling. Ponownie maluje przed nami różnobarwne pejzaże -– melancholijne i delikatne jak w przypadku „The One”, czy zadziorne i interesujące w tytułowym, zamykającym album „She”. Energetyczny początek i koniec idealnie spinają to wydawnictwo, pełne różnych stylów i koncepcji. Już przy okazji debiutu Smith trudno było określić jednoznacznie, do której gatunkowej szufladki można ją wrzucić. Namaszczanie utworów bluesem czy jazzem, folkowe sznyty, utrzymywanie koncepcji soulu/R&B, a przy tym wszystkim umiejętne zaskakiwanie słuchacza rozwiązaniami – za to chyba najbardziej cenimy Alice. Pozostaje sobą, czerpiąc z całego muzycznego dobrodziejstwa. W „Loyalty” zabiera nas kilka dekad wstecz, nęcąc słuchacza w rytmie na trzy. Natomiast takie utwory jak „Ocean”, w których zwrotki prowadzone delikatną gitarą, przeplatane są chwytliwymi, balansującymi na granicy popu refrenami, zapadają w pamięć tak głęboko, że chodzi się przez tydzień podśpiewując „I had a dream you were the ocean”. Smith potrafi jednak stworzyć również prawdziwe petardy. W przypadku She jest to cover Cee Lo Green „Fool for You”. Rozpędzona Smith ukazuje swój cały wokalny potencjał, nadając kontrastu mięsistym basom sopranowymi wokalizami.

She należy do tych wydawnictw, które nie są tworzone z myślą o trafieniu w panujące gusta, wpisaniu się w istniejące trendy. Mimo, że nie jest gwiazdą formatu Beyoncé, to jej tegoroczny album koncepcyjnie może konkurować z najlepszymi. Nie jest odtwórczy, nie stanowi zmiksowanej papki tego co już słyszeliśmy. Stanowi przyjemną odskocznię od wszechobecnego blichtru czy mrocznej twarzy R&B.

Wakacyjnie: 8 utworów, przy których skóra szybciej nabiera hebanowego odcienia

smazingOd początku lata kolana zdążyły się już nam kilka razy ugiąć. Jednym z powodów jest z pewnością skąpa ilość odzienia i coraz bardziej opalone ciała śmigające dookoła. Dla tych, którzy na smażing, plażing czy inny urloping dopiero się wybierają, wskazówek co do walizki włożyć nie mamy, ale za to podzielimy się tym, co może znaleźć się w odtwarzaczu. Tradycyjnie już uprzedzamy, że to tylko kilka propozycji, którymi chcemy Was troszkę sprowokować do podzielenia się tym, co letnio Wam w sercu i słuchawkach gra. Słońce praży, więc wylegając na trawniki, plaże czy balkony podkręcajmy dobre dźwięki (ku uciesze/zgrozie sąsiadów – niepotrzebne skreślić)!

1. India Arie „Brown Skin”

„Your skin has been kissed by the Sun”

Aura uniemożliwia wręcz bycie dzieckiem gejszy i albinosa, nadając naszym odkrytym ciałom szlachetnie hebanową barwę. No, może kawy z mlekiem, niech będzie. Gdy rozleniwienie osiąga punkt kulminacyjny zapuszczamy Panią Arie. Słuchanie jej przyjemnie kołyszących kawałków ani przez moment nie zakłóca błogiego stanu „nicnierobienia”. Cały debiutancki krążek Arie jest obowiązkową pozycją na liście urlopowicza, a samo „Brown Skin” zwiększa determinację, by osiągnąć czekoladowy kolor skóry.  A skoro już produktami mlecznymi lecimy, to w kolejce do odsłuchu ustawiamy również tegoroczny „Cocoa Butter”.

2. Salt’n’Pepa „Shoop”

„Smooth black skin with a smile, bright as the sun, I wanna have some fun”

Plażing to jak wiadomo nie tylko wylegiwanie się na piachu, ale i arena, na której budzą się nasze zwierzęce instynkty. Oczy wychodzą z orbit, a niejeden kark wymaga masażu od ciągłego kręcenia głową. Dobrze znany kawałek Salt’n’Pepa wyraża myśli przepełniające kobiece głowy. Zakładamy słuchawki i ruszamy na wybieg wzdłuż zbiornika wodnego, kręcąc biodrami i grzesząc, póki co tylko w myślach. Komplementarnie do naszego ostatniego wakacyjnego zestawienia, gdy już cel „uwiedzenie” zakończony zostanie powodzeniem, w kolejce czeka „Let’s talk about sex”.

3. Jamiroquai „Seven Days In Sunny June”

„Drinking wine and killing time, sitting in the summer sun”

Czerwiec się skończył, owszem, ale funkowe klimaty niezawodnie pełnią swoją rolę całe lato. Odrobinę romantyczniejsze podejście do siedzenia na plaży. Książka w ręku, kapelusz z nieprzyzwoicie szerokim rondem na głowie, zwiewna sukienka i Jay Kay w tle, to widok niczym z pierwszej sceny hollywoodzkiego romansu. Para oddalająca się w stronę zachodzącego słońca przy dźwiękach Jamiroquaiowego wykonania „Sunny” tenże film idealnie zakończy. Ach te letnie romanse. Funkowo wszystko ma swój happy end, nawet porażenie słoneczne nam nie straszne.

4. James Brown „Say It Loud – I’m Black and I’m Proud”

„Say It Loud – I’m Black and I’m Proud”

Skoro już przy funkowym klimacie jesteśmy, oto i kawałek, który z dumą odśpiewać można po powrocie ze smażenia się (albo solarium w razie braku pogody). Pamiętać jednak trzeba, że słowa te użyte przez nas mają na celu podkreślenie walorów, natomiast dla naszych czarnoskórych braci w tamtym okresie utwór ten był protest songiem, narzędziem w walce o prawa. Przy okazji leżakowania można sięgnąć po kilka albumów, artykułów czy książek, na przykład życiorys Niny Simone i temat zgłębić. Przypomnieć sobie twórczość Browna też warto, gdyż jest on skarbnicą wartościowych tekstów. Aby trochę rozluźnić atmosferę polecamy duet JamesaJoss Stone wykonujący „Man’s World” – piękny jam z przymrużeniem oka.

5. The 5th Dimension „Aquarius/Let the Sunshine In”

„Open up your heart and let it shine on in”

Taka sytuacja. Pojechaliście nad wodę złapać trochę słońca, a tam ulewa i kalosze. Desperacko zaczynacie poszukiwania czegoś, co uratuje pozostałości dobrego nastroju. Oto pojawia się połączenie napisanych do musicalu Hair utworów „Aquarius” i „Let the sunshine in”. Popularny na przełomie lat 60-tych i 70-tych medley, klasyfikowany jest jako „sunshine pop” – jak sama nazwa wskazuje na lato idealny. Umiłowany przez wielu bboy’ów „Let the Sunshine In” przegoni chmury w błyskawicznym tempie w breakdance’owym stylu. W razie jeśli jednak to voodoo nie podziała, zapętlamy cały album The Age Of Aquarius i w rytm basu z „Sunshine of your Love” grzejemy się wewnętrznym ciepłem współtowarzyszy urlopu.

6. Nina Sky „Beautiful People”

„This is for my easy, breezy, beautiful cover girls”

Piękna opalenizna = od razu piękniejszy człowiek. Siostry z Nina Sky coś o tym wiedzą i zapraszają na harce do rana, w towarzystwie pań i panów niczym z okładek. Po całym dniu leżenia na plaży już nawet photoshop niepotrzebny. Trochę szkoda, że bliźniaczki  spędzają więcej czasu zmieniając ciuchy i fryzury, niż w studio, ale do wygrzewania się wystarczą i dobrze znane, wysłużone produkcje.

7. Alice Smith „Woodstock”

„What a sunny day, I can’t wait to get out and play”

Generująca maksimum pozytywnych emocji Alice genialnie uzupełni słoneczną playlistę. Gdy promienie UV wsiąkają w skórę, Smith ciepłym wokalem pieści od wewnątrz. Zarówno pierwsze, jak i drugie wydawnictwo zachęca do zabrania ze sobą na plażę boomboxa i aktywnego spędzenia czasu. Brak pomysłu? Może by tak porzucać frisbee – jeszcze więcej radości.

8. Marika „Piękne Panie”

„Uwaga to kobiet rozebranych plaga!”

Wyskakujemy z ubrań drogie Panie (Panowie również proszę się nie wstydzić)  i rodzimym akcentem zamykamy smażingową playlistę. Marika na koncie posiada kilka kawałków, które mogą spokojnie konkurować o tytuł hitu lata, a  wśród nich znajduje się „Rytm, taniec, muzyka – piękne panie”. Kto widział lub chociaż słyszał o projekcie „12 ławek”?  To musicalowo-teatralne podejście do tematu kultury hip-hopowej znalazło uznanie wśród wielu i z niego właśnie pochodzi powyższy numer. Ciuchy już na podłodze/piachu/trawie? Jeszcze nie? Dorzucamy więc „Esta Festa” i mentalnie przenosimy do Portugalii – nie ma opcji, żeby nie podziałało.

Kończąc czekamy na Wasze muzyczne promienie!

Nowy album: Alice Smith She

alice smithNie tylko 20/20 pojawia się dziś na półkach. Oprócz Justina, po długiej przerwie, wraca Alice Smith. Siódmy rok mija od momentu, gdy wydała swój debiutancki album For Lovers, Dreamers & Me. Oblewam się wstydu purpurą, bo przez ten czas zaniedbałam kompletnie śledzenie poczynań tej wyjątkowej artystki, której skala głosu to tylko jedna z wielu zalet. Żongluje gatunkami, tworząc aranżacje namaszczone jazzem, bluesem czy funkiem. Jest soulowo-popowo-oldschoolowa, miód na uszy i serce. She to długo przygotowywane przedsięwzięcie, które ukazać ma dojrzalsze oblicze Alice.  Już same single udowadniają, że misja została zakończona powodzeniem. Na krążku znalazł się między innymi świetny cover Cee Lo Green „Fool For You” – czyż jej wokal nie generuje przyjemnych dreszczy? Jest też energetyczny „Cabaret”. Tym, którzy Smith nie znają polecam zacząć od debiutu, a Ci, którzy również o niej zapomnieli, niech szybciutko nadrabiają z nami zaległości. Drogi Panie Timberlake, masz w moich głośnikach poważną konkurencję w tym tygodniu.

Dorzucam tracklistę:

1. Cabaret Prelude
2. Cabaret
3. Ocean
4. Another Love
5. The One
6. Shot
7. Loyalty
8. With You
9. Fool For You
10. Be Easy
11. She

 

Alice Smith lubi Cee Lo Green’a

alicesmith

Alice Smith – jedna z najbardziej obiecujących soulowych wokalistek z Nowego Jorku co jakiś czas przypomina nam o sobie. We wrześniu przysłała pocztówkę z wakacji wspólnie z Aloe, teraz wykonuje utwór Cee Lo Green’a ‚Fool Of You’, który pochodzi z albumu ‚Lady Killer’ . Pachnie soulem, bluesem, jazzem. Posłuchajcie sobie w ramach poobiedniego deseru, smakuje dobrze.

Nowy teledysk: Aloe Blacc & Alice Smith ‚Baby’

Pocztówkę z wakacji przesyła nam do miski Aloe BlaccAlice Smith. Para wykonała wspólnie piosenkę ‚Baby’, która w oryginale należy do brazylijskiego piosenkarza Caetana Velosy. Numer pochodzi z kompilacji ‚Red Hot + Rio 2’. Cudownie im to wszystko razem wyszło. Klip idealnie komponuje się z kawałkiem, do tego stopnia, że mam ochotę rzucić wszystko i wylecieć do Los Angeles. Ciepło, słońce, plaża, piękny Blacc. Ja będę dalej marzyć, a wy posłuchajcie/oglądajcie – oj jak bardzo warto. W tajemnicy powiem Tobie czytelniku, że Aloe nas w misce jeszcze zaskoczy.