40 najlepszych albumów 2017

Data: 20 grudnia 2017 Autor: Komentarzy:

Soulbowl30.

La Saboteuse

Yazz Ahmed

Naim

Wirtuozyjnie panująca nad trąbką i skrzydłówką Yazz Ahmad, której korzenie łączą pozornie tak odległe miejsca jak Bahrain i Wielka Brytania, odpowiedzialna jest za jeden z najbardziej imponujących i odkrywczych jazzowych albumów tego roku. Połączenie tradycji i nowoczesnego podejścia do gatunku, urozmaicone arabskimi skalami, złożyło się na album wyjątkowy nie tylko w kontekście mijającego roku, ale również całej dekady w jazzie. — Mleczny

„Jamil Jamal”


Soulbowl29.

Mzansi Beat Code

Spoek Mathambo

Nthato Mokgata

Jeżeli brakowało Wam w tym roku porządnego tanecznego albumu, całą tę pustkę wynagrodzi z pewnością krążek Mzansi Beat Code. Scena muzyki house w Południowej Afryce, a konkretnie jej odmiana zwana kwaito, rozwija się na dobre już od jakichś 10 lat. Jedna z najbardziej znanych postaci gatunku, producent i raper Spoek Mathambo, powrócił ze swoim piątym krążkiem i zabiera nas nim w niesamowitą podróż, podczas której mieszają się zarówno języki, jak i gatunki. House, hip-hop, elektropop oraz afrykańskie rytmy żyją tu w symbiozie wprowadzającej człowieka w dziwny trans, a spora część tego albumu, nie pozwoli usiedzieć Wam w miejscu. Przy okazji zaprezentowano tu niezły przekrój artystów z regionu, na który naprawdę warto zwrócić uwagę, jeżeli lubicie szukać czegoś świeżego w muzyce. — Efdote

„The Mountain”


Soulbowl28.

Fin

Syd

Columbia

Fin to muzycznie bardzo osobista solówka Syd, inna niż to, do czego nas przyzwyczaiła w ramach The Internet, ale za to czerpiąca garściami z brzmień lat dziewięćdziesiątych i początku dwutysięcznych. Jednak stylistycznych odniesień do macierzystej grupy nie zabrakło. Dużo tu nawiązań do twórczości Timbalanda czy Aaliyah, jak chociażby w świetnym „Know” czy „Nothin to Somethin”, ale już na przykład pojawiające się pod koniec płyty „Dollar Bills” mogłoby z powodzeniem znaleźć się na jednym z poprzednich albumów zespołu z Los Angeles. Nie uświadczymy tu politycznych manifestów. Syd skupia się raczej na różnych wymiarach relacji damsko-damskich, co w połączeniu z jej głosem daje całkiem ciekawy efekt. Brak też wokalnych fajerwerków, jest za to prostota i spokój. Dzięki temu jej przekaz także nabiera osobistego charakteru, momentami wydaje się niemalże intymny. [Więcej] — Dill

„Body”


Soulbowl27.

Godfather

Wiley

CTA

Wiley w niewymuszony i swobodny sposób zamknął tak przepastny i przełomowy rozdział dla muzyki elektronicznej z Wielkiej Brytanii. Godfather jest wypchaną petardami po brzegi bestią godną marki Eskiboy, którą można zabrać do samochodu, klubu, na domówkę i odtwarzacz i dać się ponieść tej podstawowej, elektryzującej radości płynącej z komponowania, grania i słuchania muzyki. [Więcej] — Mleczny

„Name Brand”


Soulbowl26.

The Two of Us

Chloe x Halle

Parkwood

Gdzieś pomiędzy duchem półpiosenkowego Blonde Franka Oceana, truchłem abstrakcyjnego R&B ze szkoły THEESatisfaction a ciepłym brzmieniem klasycznego neosoulu znajdziecie Chloe x Halle. Dziewczęta przekornie, ale świadomie wybrały dla swojego pierwszego mikstejpu niemalże punkową formę, zamykając szesnaście mikroutworów w zaledwie 25 minutach muzyki. Mimo tego wbrew pozorom słowem, które najlepiej opisuje The Two of Us nie jest szkicowość, ale przygoda. Bo choć Chloe x Halle bez wątpienia podzielają pasję THEESatisfaction do postminimalistycznie zaplętlonych refrenów, z powodzeniem udało im się tę koncepcję rozciągnąć na cały krążek, co przy gęsto posianych, wykrojonych pewną ręką zmianach i tempa, i melodii, dało miejsce jeśli nie najbardziej satysfakcjonującej, to z pewnością najbardziej kreatywnie stymulującej płycie R&B tego roku. Chloe i Halle bawią się inspiracjami klasycznym już brzmieniem R&B, odważnie mieszając je i przekształcając w dynamicznie ewoluujący, niestroniący od zaskakujących wolt joyride, podczas którego znajdziecie wszystko to, na co mieliście nadzieję przy okazji kolejnego krążka Tinashe, a co prawdopodobnie nigdy się nie zmaterializuje. [Więcej] — Kurtek

„Poppy Flower”


Soulbowl25.

Gumbo

PJ Morton

Morton

Po znakomitej zeszłorocznej epce Sticking to My Guns, nawiązującej do stylistyki nieśmiertelnego Voodoo D’Angelo, która po kilku miesiącach w tajemniczych okolicznościach zniknęła z cyfrowej dystrybucji, PJ Morton nie miał wyjścia — musiał tamten znakomity szkic rozwinąć w pełnoprawny longplay. Mimo wszystko jednak odbieranie Gumbo jako przybudówki do kierunku obranego przez Mortona w zeszłym roku byłoby pewnym niedomówieniem. Owszem — longplay, owszem, wyrasta z tego samego klasycznego neo-soulowego korzenia co epka — oba wydawnictwa dzielą zresztą dwa wspólne utwory — ale jego punkt ciężkości stanowi raczej kreatywna fuzja rhythm & bluesa, funku, gospel, jazzu i rocka spod znaku Steviego Wondera z drugiej połowy lat 70., aniżeli jego bardziej bitowa odsłona wypracowana w ostatniej dekadzie XX wieku przez Soulquarians. Morton jest refleksyjny, ale słoneczny, zaangażowany, ale nienachalny. Ze swoją konserwatywną wizją soulu (nawet jeśli jednocześnie niezwykle żywą i plastyczną) najpewniej nie przekona ani krytyków, ani szerokiej publiczności. Znacznie ważniejsze jest jednak to, że muzyk przełamał się wreszcie artystycznie i po latach nagrał kompetentny soulowy krążek, którego słucha się z przyjemnością od deski do deski. [Więcej] — Kurtek

„First Began”


Soulbowl24.

Jardín

Gabriel Garzón-Montano

Stones Throw

Trzy lata po wydaniu niesamowicie plastycznej epki Bishouné: Alma del Huila Gabriel Garzón-Montano wreszcie postawił kropkę nad i swojej muzycznej kariery. Tyler, the Creator nie był jedynym, który w minionych 12 miesiącach zaprosił słuchaczy o swojego ogrodu. Ogród Montano wypełniają wysmakowane kameralne aranże, od oszczędnego smyczkowego motywu otwierającego album w intymnym „Trial” poczynając, a kończąc prowadzoną przez głos Montano i fortepian solo wyciszoną kodą w „Lullaby”. I choć pomiędzy nimi płyta rozkwita feerią najróżniejszych uczuć, wprowadzona we wstępie i zakończeniu stylistyczna dominanta ani na chwilę nie opuszcza słuchacza, prowadząc go przez kolejne zaułki ogrodu Montano, który choć wykorzystuje nieco odmienne środki, uderza w te same nuty ludzkiej wrażliwości co James Blake, Frank Ocean czy Electric Wire Hustle na dwóch pierwszych płytach. Wszystko to poddane lekko i nienachalnie. Jardín to pierwszorzędny neosoulowy krążek, w którym bez reszty można się zagubić — błądzić godzinami złudnie nakreślonymi ścieżkami, nie próbując nawet znaleźć wyjścia. [Więcej] — Kurtek

„Bombo Fabrika”


Soulbowl23.

4eva Is a Mighty Long Time

Big K.R.I.T.

BMG

Niewielu jest raperów, którzy z albumu na album stają się coraz lepsi. Dzięki 4eva Is a Mighty Long Time Big K.R.I.T. dołączył do tego cenionego grona. Jego trzeci longplay w karierze to niesamowite i kompletne wydawnictwo, pełne muzycznych nawiązań do dokonań takich legend jak Outkast, Goodie Mob czy UGK. Dwa krążki skonstruowane są wokół konceptu ukazania osobowości samego autora – głodnego sukcesu i pewnego siebie z jednej strony, pokornego i refleksyjnego z drugiej. Rozmach słychać tu na każdym kroku — wśród gości pojawili się T.I., Bun B, Cee Lo czy Lloyd, podczas gdy listę producentów wzbogacili giganci tacy jak Mannie Fresh i Organized Noize. Sam Krizzle przyznał, że w trakcie procesu nagrywania niemal zbankrutował. 4eva Is a Mighty Long Time zebrało fantastyczne recenzje i spotkało się entuzjastycznym odbiorem nie tylko wśród fanów południowych brzmień, a to już wystarczająca rekomendacja, żeby zapoznać się z tym pierwszorzędnym materiałem. — Adrian

„Keep the Devil Off”


Soulbowl22.

God First

Mr Jukes

Island

God First to wydawnictwo, które uznaliśmy za jedną z większych tegorocznych muzycznych niespodzianek. Bo czy można by się spodziewać takiej wolty po gitarzyście indie rockowego Bombay Bicycle Club? Jack Steadman, ukryty pod pseudonimem Mr Jukes, wydestylował wszystko to, co najlepsze z soulu, funku, hip-hopu czy jazzu. W budowaniu rozbujanej i bogatej oprawy muzycznej Steadmana wsparli znakomici, pieczołowicie dobrani goście — wśród nich Charles Bradley, BJ the Chicago Kid i Lianne La Havas. Tego rodzaju boskość można czcić bez ograniczeń. — MajaDan

„Angels / Your Love”


Soulbowl21.

Morning After

DVSN

OVO Sound

Wraz z drugą płytą reprezentanci wytwórni OVO (stojąc tuż obok Weeknda, Drake’a, PartyNextDoora, Majid Jordan i Roya Woodsa) udowadniają, że są obecnie najlepszą pozycją do słuchania już nie tylko na wyłączność dla kochanków, lecz także nadają się do ogólnego zastosowania celem stworzenia odpowiedniego klimatu. Morning After nie jest albumem krążącym wokół jednego ściśle określonego tematu czy brzmienia, lecz tworzy całe środowisko, przykuwając przy tym uwagę słuchacza dużo bogatszym światem przedstawionym, aniżeli miało to miejsce na debiutanckim krążku. Ukazali swoją szeroko zakrojoną kreatywną wizję, rozciągając przy tym granice dotychczas znanego R&B. Na szczęście dvsn nie mają ochoty zamykać się w określonej formule i przez cały album udowadniają to poprzez tworzony dzięki wykorzystaniu smyczków iście filmowy klimat. A jeśli dodamy do niej wspaniały wokal Daniela à la Maxwell, zawartość Morning After uzupełnia wszelkie ewentualne braki poprzednika. [Więcej] — Kuba Żądło

„Body Smile”


strony: 1 2 3 4

Komentarze

komentarzy