40 najlepszych albumów 2017

Data: 20 grudnia 2017 Autor: Komentarzy:

Soulbowl10.

4:44

Jay-Z

Roc Nation

Na 4:44 nie ma prób serwowania hitów i odwzorowywania panujących obecnie trendów – jest za to pełnowymiarowy koncept artystyczny, wiara w ducha surowości w muzyce i ogólna taktyka low-key pozwalająca odbiorcy na koncentrację na ambitnej treści. Nawet jeżeli część tematów na płycie może wydawać się atrakcyjna tylko fanom Hovy skupionym na ikonicznej pozycji rapera w popkulturze, wszystkie wnioski płynące z wyszlifowanych do granic zwrotek są uniwersalne. Zdecydowanie najlepsze wydawnictwo Jaya-Z od American Gangster. [Więcej] — Mleczny

„Marcy Me”


Soulbowl9.

Repetitions
(Letters to
Krzysztof Komeda)

EABS

Astigmatic

Kiedy już wydawało się, że w gąszczu komedowej gorączki trudno w temacie przedstawić coś nowego, EABS nagrali swoje Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda). Trudno było zresztą ten album lepiej zatytułować — w konfrontacji ze sztuką dawnych mistrzów łatwo schować się za fałszywą skromnością, przybrać postawę unoszącego się na wietrze pyłku, a z własnych artystycznych ambicji zostawić jedynie okruszki; łatwo też przeszarżować, ponieść się wyimaginowanej predestynacji, użyć czyjejś twórczości, by w istocie złożyć hołd samemu sobie. Na Repetitions nie doświadczymy żadnej z tych rzeczy. EABS mają świadomość, że wkraczają na ziemię świętą, ale rozdeptywaną latami przez tłumy pielgrzymów. Sami jednak nie pielgrzymują. A przynajmniej nie w sposób tak bezpośredni, prostolinijny. Zdają się podążać raczej za własną wizją, która nie przez przypadek, ale też nie ze względu na przeznaczenie przecięła się w pewnym istotnym punkcie z twórczością Krzysztofa Komedy. Tematy kompozytora są tu raczej punktem wyjścia do stworzenia projektu, który z jednej strony oczywiście na swój sposób hołduje mistrzowi polskiego i (w dobie internetu nie bójmy się tego powiedzieć) światowego jazzu, z drugiej zaś pozostaje przez cały czas bytem odrębnym, autorskim i twórczym. Stąd tytułowe Letters to Krzysztof Komeda. Listy pisane w pierwszej kolejności dźwiękiem. W kontakcie z takimi płytami jak Repetitions okazuje się, że jazz jest tutaj, teraz, dla nas, że można, wkładając w to wystarczająco dużo serca, pracy i inwencji, zrobić przy jego pomocy coś tak karkołomnego jak wysyłanie pocztówek do przeszłości. I powiem więcej — jestem przekonany, że wszystkie te listy prędzej czy później dotrą do ich adresata. [Więcej] — Kurtek

„Perły i dukaty XIV / Repetition”


Soulbowl8.

Aromanticism

Moses Sumney

Jagjaguwar

Aromanticism przenika przez rozmaite konwencje i środki wyrazu na wielu płaszczyznach. Gatunkowa ulotność — zawieszenie pomiędzy songwriterskim kameralnym folkiem, kojącym neo-soulem a artystowskim ambient popem to jedynie najbardziej powierzchowna z nich. Na tym poziomie Sumney z dolegliwym czasami umiarem dysponuje swoimi rozlicznymi talentami — fenomenalnego wokalisty, zdolnego tekściarza, zręcznego instrumentalisty i przede wszystkim producenta-wizjonera — bliżej mu do bedroomowego ASMR niż do emocjonalnego i aranżacyjnego splendoru — nawet pomimo Miguela Atwooda-Fergusona i Thundercata na podorędziu. Przez to określeniem gatunkowym, które można by Sumneyowi doprawić, mógłby stać się homogeniczny ascetyzm. Byłoby ono zasadne jednak tylko wówczas, gdybyśmy nonszalancko zignorowali poetyckie niuanse, w których skąpany jest Aromanticism. Niuanse, dzięki którym krążek zyskuje drugi wymiar, bywa, że stojący z tym zewnętrznym w pozornej sprzeczności. Bo choć Sumney kreuje pejzaż kameralny i intymny, nie sposób, nawet pomimo kompaktowego rozmiaru materiału, zamknąć go ściśle z każdej strony — to otwarta twórcza przestrzeń, mająca za nic granice, zdająca się wykraczać dalece poza horyzont, ale niekreująca wrażenia chłodu i obcości. W każdym wydaniu Sumney jest nieprzyzwoicie zmysłowy — kusi prinsowskim falsetem i aranżacyjnymi subtelnościami, stojąc jednak w opozycji do prostolinijnego romantyzmu. W jakiejś części z przekąsem w twórczym uniesieniu, w pozostałej jednak zupełnie szczerze nie potrafi oddzielić natury romantyka od złożonej, niekiedy trudnej doli artysty, który by prawdziwie tworzyć, musi przecież prawdziwie cierpieć. [Więcej] — Kurtek

„Lonely World”


Soulbowl7.

Saturation I II III

Brockhampton

Empire

Jak często się zdarza, że jeden zespół nagrywa w ciągu jednego roku trzy płyty i każda z nich okazuje się absolutnym sztosem zaskarbiając sobie serca słuchaczy, a jednocześnie zdobywając uznanie mediów muzycznych? Ta wydawałoby się niemożliwa misja udała się grupie Brockhampton, która zbudowała sobie bardzo mocny internetowy fanbase, dzięki czemu z bandy outsiderów i dziwaków stali się jedną z największych obecnie sił we współczesnym hip hopie. Pomimo stylistycznej różnorodności i braku spójnej, jednoznacznej wizji, każda z części Saturation dopełnia pozostałe, jednocześnie kładąc nacisk na różne elementy ich stylu. Dla Kevina Abstracta i spółki nie ma znaczenia czy źródłem inspiracji jest Zachodnie czy Wschodnie Wybrzeże, Brudne Południe, pop rap, trap, hip hop świadomy czy eksperymentalny – dla nich to tylko sztuczny gatunkowy podział, bezużytecznie ramy i ograniczenia, z którymi ta kreatywna ekipa walczy nie tylko poprzez sposób bycia, lecz przede wszystkim muzykę. [Więcej I II III] — Jędrek

„Boogie”


Soulbowl6.

Take Me Apart

Kelela

Warp

Na przestrzeni ostatnich pięciu lat twórczość Keleli to jeden z wiodących wyznaczników możliwości gatunku, choć tak naprawdę wkładanie jej do jakiejkolwiek szufladki jest ogromnym niedopowiedzeniem, bo zdecydowanie bliżej niż do kanonu jest jej do Night Slugs czy Planet Mu. Najnowsze Take Me Apart to przede wszystkim pokaz nieograniczonego niemal potencjału artystki, czasem marnowanego niedociągnięciami w bądź co bądź udanej warstwie muzycznej. Zawsze uważałem, że największą siła muzyki są te niewysławialne wartości, które trudno uchwycić nawet najzgrabniejszymi i najcelniejszymi określeniami. Niezależnie od tego czy w przypadku Keleli jest to jej charyzma, naturalna lekkość tworzenia melodii, czy ucho do przejmujących, zakorzenionych w brytyjskiej tradycji, minimalistycznych i metalicznych podkładów, jest ona po prostu bezsprzecznie przekonującą artystką. [Więcej] — Mleczny

„Blue Light”


Soulbowl5.

Big Fish Theory

Vince Staples

Def Jam

Po niebanalnie dystynktywnym debiucie w postaci Summertime ’06 raper z Long Beach mógłby osiąść na laurach i powielać swój nieoczywisty, ale jednak możliwy do rozbicia na czynniki pierwsze patent na kolejnych krążkach. Big Fish Theory to jednak nic innego niż wejście na kolejny poziom, czy może raczej — na głębsze wody. Czerpiąca garściami z elektroniki (house, techno, dubstep, bubblegum bass) oprawa to po prostu nowa jakość, a kontrastujacę z nim antyimprezowe i nihilistyczne wersy Vince’a podnoszą tę jakość do potegi drugiej. Jest to zdecydowanie najlepszy materiał reprezentanta Long Beach i potwierdzenie jego klasy jako artysty — już bez znaczenia, czy mówimy tylko o hip hopie czy nie. [Więcej] — Chojny

„SAMO”


Soulbowl4.

Process

Sampha

Young Turks

Mimo że Sampha długo nam kazał czekać na swój pierwszy oficjalny album, to już pierwszy jego odsłuch udowodnił, że cierpliwość popłaca. Po latach kolaboracji z największymi twórcami współcenej sceny muzycznej, 28-letni Brytyjczyk wreszcie stanął na własne nogi i zaprezentował w pełni swój potencjał. Process to płyta bardzo dojrzała i ciężka pod względem tekstowym, a jej ciężar emocjonalny jest jeszcze dodatkowo dopełniony niesamowicie eklektyczną, ale dopracowaną w każdym calu produkcją, gdzie neo-soul w naturalny sposób spotyka się z alternatywnym R&B i art popem. Na Process nie znajdziecie taniego efekciarstwa i zbędnego przepychu. Zamiast tego jest klarowna wizja i autentyczne, szczere emocje, dzięki czemu album można z całym przekonaniem nazwać jednym z najlepszych debiutów w alt R&B ostatnich lat. [Więcej] — Jędrek

„Blood on Me”


Soulbowl3.

Ctrl

SZA

Top Dawg

Długo wyczekiwany, pełnoprawny debiut SZA Ctrl to koncept album z autentycznym przesłaniem, zrealizowanym w swobodny, ale i bardzo przemyślany sposób. Solana Rowe pożegnała się z efemerycznym wcieleniem znanym z epki Z, żeby powrócić jako dojrzała i świadoma wokalistka. SZA chętnie korzysta ze zwiewnych klawiszowych motywów, które zgrabnie współgrają z mocnymi podkładami i smakowitymi samplami z klasyki muzyki popularnej. Całościowo Ctrl jest przyjaznym i bliskim wydawnictwem; to przytulne miejsce, do którego uciekamy, żeby umościć się w nim z naszym osobistym bagażem i zostać tam jak najdłużej. [Więcej] — MajaDan

„Garden (Say It Like Dat)”


Soulbowl2.

Damn

Kendrick Lamar

Top Dawg

Czwarty pełnoprawny krążek rapera to muzyczne antypody jazzująco-funkującego To Pimp a Butterfly. Dbałość o korzenie hip hopu, aranżacje oparte na żywych instrumentach zastąpione zostały letnio-chłodnymi synthami i obrobionymi do granic możliwości samplami wokalnymi, na jaw wyszedł romans z rasowym trapem, popem i takim ogólnym „stadium status”, o którym kiedyś rapował Kanye. Głęboką meta-narrację zastępuje lekką narracją, zaangażowanie w problemy społeczne przykrywa zaangażowaniem w bardziej intymne, osobiste sprawy. Nie ma w tym wszystkim jednak niczego złego (no, może poza „Love”). Nasz hiphopowy ulubieniec tej dekady sprostał jednemu z najważniejszych wyzwań jakie moga stanąć przed jakimkolwiek artystą — poszedł na czołowe zderzenie z naszymi oczekiwaniami i wyszedł z tej kraksy silniejszy niż kiedykolwiek. DAMN! [Więcej] — Chojny

„Fear”


Soulbowl1.

Flower Boy

Tyler, the Creator

Columbia

Scum Fuck Flower Boy to nie nowy Tyler, to nie Tyler uciekający od umiejętnie skrojonej dla siebie przed laty kreacji, wreszcie nie Tyler pragnący rehabilitacji czy desperacko szukający akceptacji. To po prostu Tyler, the Creator ze wszystkimi kreatywnymi przymiotami i konsekwencjami własnej persony, tu, na poczet kolejnej artystycznej kreacji, wychylający własną twarz zza maski Goblina. To jednocześnie jego najbardziej koherentny tematycznie i brzmieniowo album w karierze, oparty w dużej mierze na przytulnych neo-soulowych hookach, ale nierozwadniający zawartości Tylera w Tylerze — nieszukający kompromisów, ale świadomie poświęcający część istoty Goblina, by zrobić miejsce dla części Tylera. Nie ma tu jednak miejsca na stylistyczną i przedmiotową schizofrenię — potencjalne luki skutecznie wypełniają fantazja i absurd, ale przesłanie, i w tym sensie Flower Boy można uznać za bardzo swoisty manifest, pozostaje czytelne. W jego centrum znajdziemy istotę wszelkiego humanizmu — odwieczną udrękę człowieka wynikającą z nieustannego mierzenia się samotnością, którą zupełnie naturalnie zazwyczaj próbuje się zagłuszyć poprzez wpisanie własnej egzystencji w ramy społeczne, odnalezienie siebie pośród ludzi przez upodobnienie się do nich. Ale Tyler idzie o krok dalej — nie tyle, a może nie tylko, zdaje się mówić „koniec końców jestem taki jak wy”, ale ten nieoczekiwany przypływ szczerości równoważy własnym ego. To, że nie ukrywa się już za maską, w żaden sposób nie czyni go nagim, bezbronnym. Potwierdza to zresztą jednoznacznie, nie szykując się do pojedynku na gołe pięści. Nie rezygnuje z siebie. Wyraża siebie. Posługując się językiem Gombrowiczowskim, Tyler doprawił sobie wreszcie zupełnie ludzką gębę. Niezależnie od wszystkiego Flower Boy to płyta, po przesłuchaniu której ma się ochotę chwycić Tylera mocno za rękę i długo nie puszczać. [Więcej] — Kurtek

„Garden Shed”



strony: 1 2 3 4

Komentarze

komentarzy