70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

Recenzja: Kendrick Lamar DAMN.

Data: 20 kwietnia 2017 Autor: Komentarzy:

Kendrick Lamar

DAMN.(2017)

Aftermath/Interscope/TDE

„Mówię o strachu, strachu o utratę kreatywności” — przyznaje Kendrick Lamar w ostatniej zwrotce „FEAR.”, najdłuższego i być może najbardziej ambitnego utworu na płycie. Zwrotka stanowi podsumowanie trzech wcześniejszych, porozrzucanych po życiorysie rapera sytuacji odnoszących się do zmieniającej się wraz z wiekiem koncepcji strachu. Jednocześnie dokładnie ta sama zwrotka rozpościera pajęczynę połączeń między motywami poruszonymi w prawie wszystkich pozostałych piosenkach zawartych na DAMN.. Czy można się jeszcze w ogóle dziwić, że 29-latek z Compton traktuje kreatywność jak największą z cnót?

Czwarty pełnoprawny krążek rapera to muzyczne antypody jazzująco-funkującego To Pimp a Butterfly. Dbałość o korzenie hip hopu, aranżacje oparte na żywych instrumentach zastąpione zostały letnio-chłodnymi synthami i obrobionymi do granic możliwości samplami wokalnymi, na jaw wyszedł romans z rasowym trapem i pop rapem ogólnie. DAMN. porzuca znane z najważniejszych albumów rapera przywiązanie do wyraźnej narracji czy meta-narracji. Nie mówię, że brakuje tutaj konceptu — wręcz zauważyłem jego istnienie akapit wcześniej — ale jest on tym razem subtelny i wolny do interpretacji zależnej od wymagań słuchacza (w końcu niektórzy bardziej dociekliwi wywróżyli z niego zapowiedź kolejnej płyty, która miała się ukazać w Wielką Niedzielę). Treść nie dyktuje formy, przez co materiał sprawia wrażenie pierwszego „normalnego” albumu K-Dota. Wiecie, takiego z miejscem na coś dla wiernego fana, na coś dla ulicy, na współczesny banger dla dobrych chłopaków, ładną radiową piosenkę dla ich dziewczyn, i tak dalej.

Chociaż powyższe brzmi jak koszmar fana poprzednich płyt Kendricka, sprawdza się jak należy. MC doskonale radzi sobie na subbasowo-trapowym monstrum od Mike’a Willa („DNA.”), zawstydzając konkurencję lecącą pod podobne podkłady na porządku dziennym. „LOYALTY”. z Rihanną prawdopodobnie zamęczy nas swoją radiową rotacją w trakcie najbliższego lata, a ja obiecałem sobie nie mieć nic przeciwko temu, bo to jeden z najlepiej napisanych ostatnio śpiewano-rapowanych duetów. Nawet gościnny występ podupadłych gigantów z U2, którego zapowiedź bardziej wystraszyła niż zachwyciła opinię publiczną, okazał się zaskakująco zjadliwy i taktowny.

Chociaż klimatycznie album jest dowodem na przyjęcie przez Lamara zdefiniowanego dekadę temu przez Kanyego Westa „stadium status”, w przypadku tekstów nie doszło do radykalnych zmian i wciąż jest wspaniale. Krótko mówiąc, DAMN. wyważa do tej pory znane u rapera introspektywne i społecznościowe wątki, a dodatkowo sięga po odważne religijne analogie. Podobieństw do losów afroamerykańskiego społeczeństwa doszukuje się w Piątej Księdze Mojżeszowej, a swoje cierpienia porównuje do losów Hioba. Ocenę trafności tych spostrzeżeń pozostawię teologom i filozofom, pozostaje zatem pochwalić momenty, w których jego bezwzględny liryczny skill jest niewątpliwy — tak jak we wspomnianym na początku „FEAR.”. Albo w „DUCKWORTH.”, gdzie możemy usłyszeć niewiarygodną anegdotę z życiorysu ojca rapera — historia sama w sobie robi wrażenie, ale narratorski talent Kendricka czyni ją jeszcze bardziej nośną i spektakularną. „XXX.” to kolejny przykład tego, jak Kenny umie zabrać się za pewien problem (w tym przypadku powszechny dostęp do broni w Stanach) i przedstawić obie strony medalu, pozostawiając nas oszołomionych mocą argumentów płynących z jednej jak i z drugiej strony. W ramach rozluźnienia atmosfery, od czasu do czasu skupia się najzwyczajniej w świecie na celebracji swojej pozycji w rap grze — aczkolwiek z lekką goryczą wywołaną niezrozumieniem materiału przez pewne oporne środowiska. Geraldo Rivera, nie pozdrawiamy.

Przekazywane przez rapera treści nieraz skutecznie podkreślane są w warstwie brzmieniowej. Nieustające manipulacje z pitchem w „PRIDE.” korespondują z motywem ludzkiej niedoskonałości, a odwrócone bębny w „LUST.” odnoszą się do problemu zapętlania się codziennego życia rodem z Dnia Świstaka. Takie niuanse świetnie funkcjonowały już na good kid, m.A.A.d city, zgadza się. Najwyższa jednak pora szczerze docenić ciężką pracę Dereka ‚MixedbyAli’ Aliego. Wieloletni współpracownik Kendricka (jak i całej wytwórni Top Dawg), wywiązując się z kolejnych rzucanych przez rapera wyzwań, dojrzewa do miana jednego z najważniejszych inżynierów dźwięku w historii hip hopu. Właśnie jemu dedykuję ten akapit.

Jest jednak pewien moment na płycie, który budzi uzasadniony niesmak — może i największy w całej twórczości Lamara. Mówię o „LOVE.” Pomimo przyjemnego w ostatecznym rozrachunku tonu, track brzmi trochę jakby jakiś świeżak znikąd próbował wybić się utworem napisanym w stylu Drake’a. Uwydatnienie wersów melodyjnym flow nie wyszło zbyt oryginalnie, a sam tekst piosenki jest (jak na Kendricka!) szokująco jednowymiarowy — aż trudno mi w to uwierzyć, że tak bogate w znaczenia hasło zostało potraktowane tutaj w tak banalny sposób. Poza tym jednym, umiarkowanie uciążliwym zgrzytem DAMN. jest po prostu kolejnym równie ważnym materiałem na koncie reprezentanta Compton. Internauci kłócący się już w tej chwili o to, który z albumów jest numerem jeden tylko potwierdzają, że wszystkie z nich jakościowo leżą na tej samej półce, a różnice w odbiorze rozbijają się o gusta słuchaczy. Po premierze DAMN. znany hiphopowy radiowiec Peter Rosenberg przyznał, że według niego Kendrick Lamar już w tym momencie zasługuje na tytuł najlepszego rapera wszech czasów. Nie wiem, czy jestem już gotów mu przytaknąć, ale CHOLERA., wszystko jest na dobrej drodze ku temu.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475