Recenzja: Vince Staples Summertime ’06

Data: 14 lipca 2015 Autor: Komentarzy:

vince

Vince Staples

Summertime ’06 (2015)

ARTium/Def jam

Niewiele znajdziesz na świecie takich miejsc do wypoczynku jak północne Long Beach w Kalifornii! Położone w obrębie jednej z najniebezpieczniejszych aglomeracji sąsiedztwo zachęca nas widokami na życie bez perspektyw, wysokie napięcia międzyrasowe, a wszystko to przy kojących dźwiękach strzelanin i policyjnych syren. Gwarantujemy niezapomniane wrażenia takie jak strach, rozczarowanie, rezygnacja uruchamiająca proces dekadencji. Na wycieczkę śladami wydarzeń sprzed dziewięciu lat zabierze Was młody, ale jakże doświadczony przewodnik.

Vince Staples to kolejny po Black Hippy, YGOdd Future wyrazisty animator młodej sceny kalifornijskiej. Najbliżej mu do tego ostatniego kolektywu, a szczególnie do Earla Sweatshirta. Obaj prowadzą podobną — oszczędna w środkach, a bogatą w emocjach — politykę tworzenia hip hopu. Tam gdzie Earl zagłębia się we wnętrze własnej psychiki, Vince patrzy co się dzieje dookoła.

Dzieje się wiele i nie są żadne atrakcje. Nasiąknięty od kołyski antyautorytetem ojca gangstera, rozumie i godzi się ze specyfiką codziennego życia na upadłych przedmieściach. Próbuje się od tego odciąć, ale wszystkie ścieżki prowadzą z powrotem na dno. Kiedy pojawia się miłosny wątek, ma on na celu rozdarcie (mówiąc o rozdzierającej miłości: podobieństwo okładki z Unknown Pleasures Joy Division wcale nie jest przypadkowe) bohatera, wpędzenie go w narkotyki, depresję i myśli samobójcze. Vince stara się prywatną traumę przekuć w ostrzeżenie dla innych. Wie że jest ono potrzebne, kiedy patrzy na statystyki zgonów w Long Beach i kolejne pokolenie dojrzewających kryminalistów. Dodatkowego znaczenia zawartości płyty zapewnia outro, które może sugerować, że cała ta opowieść jest epizodem z chorego reality show oglądanego w telewizji przez białą widownię — tak samo jak w zjawiskowym klipie do głównego singla.

W cieniu błyszczącej obecnie gwiazdy Kendricka Lamara ciężko być równie ważnym oświeconym dzieckiem gangsta rapu. Staples wnosi jednak do dyskusji garść własnych diagnoz i jeśli muzyka naprawdę miałaby mieć moc naprawiania świata, to trzymałbym kciuki za ich wspólne działania.

Jakkolwiek potężnej treści album by nie niósł, nie miałby on tej samej siły rażenia bez udanej oprawy No ID. Legendarny producent z Chicago rozwija tutaj swoją wizję rozpoczętą na zeszłorocznym Nobody’s Smiling. Muzyczny ascetyzm i nihilizm nie do końca załapał u Commona, ale tutaj — w wersji 2.0 — zadziałał na pełnych obrotach. Niskie tony w postaci posępnych synthów i potężnych linii basu dyktują mroczny klimat, ale niektóre mniej subtelne elementy wystarczająco skutecznie nadają muzyce odrobiny kalifornijskiej elastyczności. Niekonwencjonalnie klejone sekcje perkusji przypominają nam o Neptunesach z czasów Hell Hath No Fury, a sample za każdym razem cięte są ostrożnie i z pomysłem. Mówiąc o samplach nie sposób nie wspomnieć z dumą o efektownie wykorzystanej pętli z twórczości naszego ponadczasowego Czesława Niemena. Oprócz No ID za kilka podkładów odpowiedzialni są Christian Rich, DJ Dahi (ten to wszędzie się odnajdzie) i wyrwany z marazmu Clams Casino. Każdy z nich mógłby tutaj wychylić się z wachlarzem własnych pomysłów na produkcję albumu, ale podporządkowali się jednak pod wizję Vince’aID. I dobrze. Wyjątkiem jest zamykające pierwszą połowę „Summertime”, gdzie akurat melancholijna produkcja Clamsa perfekcyjnie zogniskowała natężenie negatywnych emocji głównego bohatera.

Summertime ’06 to najodważniejszy rapowy debiut kilku ostatnich lat. Wszystko — od zerowej przebojowości, przez brak 2 Chainza i Drake’a na featuringach, po katastrofalną komercyjnie decyzję o podziale godzinnego materiału na dwa krążki — sprawia wrażenie jakby Vince Staples wręcz chciał, żeby nikt nie kupił jego albumu. Niestety, pierwsze doniesienia na temat wyników sprzedaży są rzeczywiście zatrważające. Sam raper jednak pozytywnie patrzy w przyszłość i liczy na znacznie lepszy długoterminowy wynik. Być może to jest właśnie słuszna postawa. Nowy Meek Mill znika z półek (serwerów?) sklepowych znacznie szybciej niż album debiutanta z Long Beach. Jestem jednak pewien, że za kilka lat to Summertime ’06 będzie naszym wspomnieniem z lata ’15, a nie Dreams Worth More Than Money krzykacza z Maybach Music.

Komentarze

komentarzy