Recenzja: Vince Staples Big Fish Theory

Data: 13 lipca 2017 Autor: Komentarzy:

Vince Staples

Big Fish Theory (2017)

ARTium / Blacksmith / Def Jam

Vince Staples w ciągu niecałych trzech lat zbudował jedną z najbardziej fascynujących marek na hip-hopowej scenie, chociaż trzymał się z dala od fleszy i głównych festiwalowych scen. Post-gangsterska osobowość z koneksjami wokół dawnego obozu Odd Future, a także protekcja legendarnego producenta No I.D. przyczyniły się do jego wysokiej pozycji w hipotetycznym świecie, w którym nie liczą się ekwiwalenty sprzedanych egzemplarzy płyt, a oryginalność i sukces artystyczny. Po niebanalnie dystynktywnym debiucie w postaci Summertime ’06 raper z Long Beach mógłby osiąść na laurach i powielać swój patent na kolejnych krążkach. Big Fish Theory to jednak nic innego niż wejście na kolejny poziom, czy może raczej — na głębsze wody.

Muzyczną rewolucję nowego Vince’a sponsorują literki: E, D i M. Od razu zaznaczam, że nie jest to żaden hip-house’owy crossover w stylu Azealii Banks, ale materiał zbudowany na solidnym kręgosłupie hip-hopu obecnej dekady. Instrumentarium wskazuje jednak głównie na wszystko, co budowało historię muzyki elektronicznej na przestrzeni ostatnich lat. Od natchnionego Burialowym dubstepem początku płyty, przez Detroit techno, subtelny grime, aż po ociekające bubblegum bassem wstawki w „Yeah Right” — na każdym kroku raper demonstruje nie tylko swoje obeznanie w EDM, ale i umiejętność współpracy na własnych warunkach z takimi producentami jak GTA, Zack Sekoff czy SOPHIE. To muzyczne uniwersum niedostępne dla innych hip-hopowców, porównywalne do tego zbudowanego przez Danny’ego Browna na Atrocity Exhibiton.

Oczywiście Vince nie byłby Vince’em, gdyby nafaszerował swój album elektroniką w celu stworzenia muzyki na imprezę per se. Big Fish Theory jest wręcz wybitnie anty-imprezowe, co dosłownie zostaje nam wyłożone w „Party People”. Raper nie potrafi dać się porwać dobrej zabawie, kiedy „jedyne, co widzi, to śmierć i zniszczenie”, o których już słyszeliśmy na poprzednich płytach. Omijając kontekst, nasza uwaga zostaje przeniesiona właśnie na powstającą w duszy i umyśle pustkę, jak i wynikającą z tego bezcelowość ludzkiego istnienia. Tekstowe klisze wyjęte z wersów Ricka Rossa i Juicy J’a świecą tym razem światłem odbitym. Pusty lans, puste emocje („Love Can Be”) i ich doskwierająca powtarzalność, deklamowana niczym mantra w refrenie metalicznie zimnego „SAMO” – wszystko to sprawia wrażenie sarkastycznej bomby pozbawionej zegara wskazującego, kiedy dokładnie miałaby wybuchnąć.

Pan Staples umiejętnie kalkuluje środki, nie porywa się na liryczne rzeźnie (od tego ma Kendricka Lamara na świetnym featuringu), efektywnie uprawiając znany do tej pory z jego zwrotek minimalizm. Doceniam również umiejętność zamknięcia tak obfitej we wrażenia treści w zaledwie 36 minutach, aczkolwiek można było spokojnie ominąć dwa obecne na trackliście przerywniki — szczególnie wywiad z Amy Winehouse, który miałby większy sens na zeszłorocznym, zainspirowanym przecież jej życiorysem Prima Donna EP.

Big Fish Theory to zdecydowanie najlepszy materiał reprezentanta Long Beach i potwierdzenie jego klasy jako artysty — już bez znaczenia, czy mówimy tylko o hip hopie czy nie. Niestety, talent Vince’a wciąż nie przekłada się na wyniki sprzedaży i blask porównywalny z tym bijącym od kolegi z Compton, ale cóż — być może popkultura też czasem pragnie się kierować prawami natury, takimi jak to, że gruba ryba dnem chodzi.

Komentarze

komentarzy