Recenzja: Vince Staples Prima Donna EP

Data: 14 września 2016 Autor: Komentarzy:

vince-staples-prima-donna

Vince Staples

Prima Donna EP (2016)

ARTium / Def Jam

Jeśli patrząc na okładkę nowej epki Vince’a Staplesa liczyliście na coś choćby odrobinę lżejszego w odbiorze od posępnego Summertime ’06, mylicie się i to bardzo. Widać pewne różnice, ale najważniejsze się nie zmieniło — młody raper z Long Beach to czołowy nihilista amerykańskiego hip hopu.

Prima Donna EP to w zasadzie rapowy album napisany i nagrany wspak. W czasie gdy większość wykonawców kusi nas na początek bangerami, poważniejsze przemyślenia zostawiając na koniec, to tutaj mamy dokładnie na odwrót. Po inscenizującym samobójstwo intrze dostajemy „War Ready” — chyba najbardziej pesymistyczny tekst napisany kiedykolwiek przez Vince’a napędzany dodatkowo samplem z „ATLiens” OutKastów i abstrakcyjną elektroniką Jamesa Blake’a. Od tego momentu materiał stopniowo spuszcza z tonu — przez okrutnie sarkastyczne, drwiące ze schematów pop-rockowych ballad „Smile”, nomen omen szalony strumień świadomości w „Loco”, aż po stylizowane na klasyczne rapowe braggadocio „Big Time”.

Wraz z każdym kolejnym utworem (i wraz z ponurą mantrą przerywników pomiędzy) coraz lepiej poznajemy motywy Vince’a prowadzące do wydarzenia z początku — poważne, mniej poważne, również te związane z dość niedawnym zapoznaniem się ze smakiem sławy, pięcioma minutami bycia tytułową Prima Donną. Inspirowana (jak sam Vince w wersach przyznaje) Edgarem Allanem Poe’em i Jamesem Joyce’em narracja wymyka się lekko spod kontroli przy „Pimp Hands” — traktującym o muzycznej przemianie pokoleń utworze pochodzącym z sesji nagraniowej poprzedniego longplaya. Zbudowana głównie siłami Blake’a i DJa Dahiego warstwa produkcyjna brzmi jak ewolucja kierunku nadawanego do tej pory przez No ID, ale i tutaj można mieć małe pretensje za brzmienie „Smile”. Efekt pozornie radosnej piosenki był zamierzony, ale chcąc nie chcąc można się lekko poczuć wybitym z vince’owskiej orbity.

Prima Donna EP nie odbije się na scenie takim echem jak i tak niedoceniane Summertime ’06, ale przecież wcale nie musi. Tego oczekiwać będę po egzaminie w postaci następnego długogrającego albumu. Będę przy tym spokojny o poziom, widząc jak w międzyczasie trzymał swój powiększony łeb na karku.

Komentarze

komentarzy