Recenzja: Moses Sumney Aromanticism

Data: 1 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Moses Sumney

Aromanticism (2017)

Jagjaguwar

Poprzez twierdzenie, pozornie zresztą oczywiste, że przeciwstawne cechy i wartości muszą się wykluczać, sami kreujemy świat, w którym rzeczywiście nie może być inaczej. Tymczasem głębszy wgląd w złożone i paradoksalne uniwersum Mosesa Sumneya na jego długogrającym debiucie Aromanticism okazuje się zdumiewającym i być może do pewnego stopnia mimowolnym studium absurdalnej symbiozy.

Aromanticism przenika przez rozmaite konwencje i środki wyrazu na wielu płaszczyznach. Gatunkowa ulotność — zawieszenie pomiędzy songwriterskim kameralnym folkiem, kojącym neo-soulem a artystowskim ambient popem to jedynie najbardziej powierzchowna z nich. Na tym poziomie Sumney z dolegliwym czasami umiarem dysponuje swoimi rozlicznymi talentami — fenomenalnego wokalisty, zdolnego tekściarza, zręcznego instrumentalisty i przede wszystkim producenta-wizjonera — bliżej mu do bedroomowego ASMR niż do emocjonalnego i aranżacyjnego splendoru — nawet pomimo Miguela Atwooda-Fergusona i Thundercata na podorędziu. Przez to określeniem gatunkowym, które można by Sumneyowi doprawić, mógłby stać się homogeniczny ascetyzm. Byłoby ono zasadne jednak tylko wówczas, gdybyśmy nonszalancko zignorowali poetyckie niuanse, w których skąpany jest Aromanticism. Niuanse, dzięki którym krążek zyskuje drugi wymiar, bywa, że stojący z tym zewnętrznym w pozornej sprzeczności. Bo choć Sumney kreuje pejzaż kameralny i intymny, nie sposób, nawet pomimo kompaktowego rozmiaru materiału, zamknąć go ściśle z każdej strony — to otwarta twórcza przestrzeń, mająca za nic granice, zdająca się wykraczać dalece poza horyzont, ale niekreująca wrażenia chłodu i obcości.

Wszystko dlatego, że piosenkarz, choć stylistycznie i tekstowo unika ostrych krawędzi, zawsze jest emocjonalny i szczery, co wysuwa się na pierwszy plan w wykonawczej warstwie płyty, przy pierwszym kontakcie odbieranej wręcz na granicy aluzji improwizacji. W tej czarownej intymności kryje się jednak coś nieodparcie zachwycającego — zarówno wtedy, gdy Sumney półszeptem mruczy przy akompaniamencie gitary akustycznej „My wings are made of plastic”, przewrotnie konkludując „My wings are made up and so am I” w nieprawdopodobnie pokazowym „Plastic”, jak i wtedy gdy wsparty na kreatywnym ramieniu Thundercata, Cama O’biego i Paris Strother z grupy King, dryfuje w stronę soczystego progresywnego jazz fusion pozostającego jednak w ścisłym splocie z onirycznym neo-soulem („Quarrell”). Na tym jednak Sumney nie poprzestaje — akustyczne „Lonely World” z zeszłorocznej epki Lamentations przekształca w motorycznie pędzącą organiczną quasidrum&bassową petardę. W intymnym „Don’t Bother Calling” zaaranżowanym na smyczki i wielowarstwowe wokale w stylu D’Angelo spaja sznyt późno60sowego barokowego folku z neosoulową wrażliwością. Płytę kończy z nadzieją — świetlistą postbarbershopquartetową piętrową wokalizą na minimalistycznie pulsującym gitarowym tle z majaczącymi na drugim planie słowami „Imagine being free”.

W każdym wydaniu Sumney jest nieprzyzwoicie zmysłowy — kusi prinsowskim falsetem i aranżacyjnymi subtelnościami, stojąc jednak w opozycji do prostolinijnego romantyzmu. W jakiejś części z przekąsem w twórczym uniesieniu, w pozostałej jednak zupełnie szczerze nie potrafi oddzielić natury romantyka od złożonej, niekiedy trudnej doli artysty, który by prawdziwie tworzyć, musi przecież prawdziwie cierpieć.

Komentarze

komentarzy