moses sumney

Recenzja: Moses Sumney Aromanticism

Moses Sumney

Aromanticism (2017)

Jagjaguwar

Poprzez twierdzenie, pozornie zresztą oczywiste, że przeciwstawne cechy i wartości muszą się wykluczać, sami kreujemy świat, w którym rzeczywiście nie może być inaczej. Tymczasem głębszy wgląd w złożone i paradoksalne uniwersum Mosesa Sumneya na jego długogrającym debiucie Aromanticism okazuje się zdumiewającym i być może do pewnego stopnia mimowolnym studium absurdalnej symbiozy.

Aromanticism przenika przez rozmaite konwencje i środki wyrazu na wielu płaszczyznach. Gatunkowa ulotność — zawieszenie pomiędzy songwriterskim kameralnym folkiem, kojącym neo-soulem a artystowskim ambient popem to jedynie najbardziej powierzchowna z nich. Na tym poziomie Sumney z dolegliwym czasami umiarem dysponuje swoimi rozlicznymi talentami — fenomenalnego wokalisty, zdolnego tekściarza, zręcznego instrumentalisty i przede wszystkim producenta-wizjonera — bliżej mu do bedroomowego ASMR niż do emocjonalnego i aranżacyjnego splendoru — nawet pomimo Miguela Atwooda-Fergusona i Thundercata na podorędziu. Przez to określeniem gatunkowym, które można by Sumneyowi doprawić, mógłby stać się homogeniczny ascetyzm. Byłoby ono zasadne jednak tylko wówczas, gdybyśmy nonszalancko zignorowali poetyckie niuanse, w których skąpany jest Aromanticism. Niuanse, dzięki którym krążek zyskuje drugi wymiar, bywa, że stojący z tym zewnętrznym w pozornej sprzeczności. Bo choć Sumney kreuje pejzaż kameralny i intymny, nie sposób, nawet pomimo kompaktowego rozmiaru materiału, zamknąć go ściśle z każdej strony — to otwarta twórcza przestrzeń, mająca za nic granice, zdająca się wykraczać dalece poza horyzont, ale niekreująca wrażenia chłodu i obcości.

Wszystko dlatego, że piosenkarz, choć stylistycznie i tekstowo unika ostrych krawędzi, zawsze jest emocjonalny i szczery, co wysuwa się na pierwszy plan w wykonawczej warstwie płyty, przy pierwszym kontakcie odbieranej wręcz na granicy aluzji improwizacji. W tej czarownej intymności kryje się jednak coś nieodparcie zachwycającego — zarówno wtedy, gdy Sumney półszeptem mruczy przy akompaniamencie gitary akustycznej „My wings are made of plastic”, przewrotnie konkludując „My wings are made up and so am I” w nieprawdopodobnie pokazowym „Plastic”, jak i wtedy gdy wsparty na kreatywnym ramieniu Thundercata, Cama O’biego i Paris Strother z grupy King, dryfuje w stronę soczystego progresywnego jazz fusion pozostającego jednak w ścisłym splocie z onirycznym neo-soulem („Quarrell”). Na tym jednak Sumney nie poprzestaje — akustyczne „Lonely World” z zeszłorocznej epki Lamentations przekształca w motorycznie pędzącą organiczną quasidrum&bassową petardę. W intymnym „Don’t Bother Calling” zaaranżowanym na smyczki i wielowarstwowe wokale w stylu D’Angelo spaja sznyt późno60sowego barokowego folku z neosoulową wrażliwością. Płytę kończy z nadzieją — świetlistą postbarbershopquartetową piętrową wokalizą na minimalistycznie pulsującym gitarowym tle z majaczącymi na drugim planie słowami „Imagine being free”.

W każdym wydaniu Sumney jest nieprzyzwoicie zmysłowy — kusi prinsowskim falsetem i aranżacyjnymi subtelnościami, stojąc jednak w opozycji do prostolinijnego romantyzmu. W jakiejś części z przekąsem w twórczym uniesieniu, w pozostałej jednak zupełnie szczerze nie potrafi oddzielić natury romantyka od złożonej, niekiedy trudnej doli artysty, który by prawdziwie tworzyć, musi przecież prawdziwie cierpieć.

Moses Sumney śpiewa „Plastic” u Joolsa Hollanda

Jednym z gości muzycznych wtorkowego odcinka brytyjskiego Later… With Jools Holland był Moses Sumney. Piosenkarz wbrew wcześniejszym singlowym wyborom zdecydował się na zaprezentowanie publiczności jeden z szeregowych numerów z debiutanckiego Aromanticisim — „Plastic”. Podczas swojego telewizyjnego debiutu Sumney wykonał kameralny 3-minutowy numer solo z towarzyszeniem zaledwie gitary. Jeśli jesteście ciekawi jak piosenkarz radzi sobie na żywo ze swoim niełatwym przecież wokalnie, emocjonalnie i interpretacyjnie materiałem, koniecznie posłuchajcie.

#FridayRoundUp: Macklemore, Rapsody, Jhene Aiko, SoDrumatic i inni

Kolejny tydzień, kolejna paka muzycznych premier, wśród których znalazła się również niezwykle udana rzecz z naszego kraju. Warto jednak sprawdzić wszystkie, więc nie traćcie więc czasu i do dzieła!

Gemini

Macklemore

Warner Music

Macklemore powraca po ponad rocznej przerwie od wydania projektu This Unruly Mess I’ve Made. Tym razem bez Ryana Lewisa ale zdecydowanie nie sam. Na Gemini u boku gospodarza pojawi się masa rozmaitych gości z różnych muzycznych środowisk. Od Erica Nally przez grupę Reignwolf po Lil Yachty’ego i Offseta – stylistyczna różnorodność robi wrażenie. Oby tylko nie obróciło się to przeciwko reprezentantowi Seattle. Trudno jednoznacznie przewidzieć jak album będzie prezentować się pod względem brzmienia. Odejście od sprawdzonej formuły duetu zdaje się być dobrym pomysłem, a sam Macklemore będzie chciał zapewne udowodnić, że sukces The Heist nie był tylko jednorazowym wyczynem. – Mateusz


Laila’s Wisdom

Rapsody

Roc Nation

Pięć lat po The Idea Of Beautiful Rapsody wypuszcza swój drugi solowy album. Tym razem już w dużej wytwórni, bo krążek ukazał się w Roc Nation. Zapowiada się soczysta porcja dobrej muzyki, ponieważ sama Rapsody nie zwykła zawodzić, a jak się jeszcze spojrzy na listę gości, szczęka zaczyna się chwiać. Kendrick Lamar, Black Thought, Moonchild, Anderson .Paak — zobaczenie ich na trackliście zdecydowanie podkręca oczekiwania na coś wyjątkowego, a to i tak nie wszyscy. Na produkcji między innymi mający swój udział w poprzednich projektach raperki 9th Wonder. To w sumie nie powinno dziwić, bo Raprsody to w zasadzie jego protegowana. Reprezentantka Północnej Karoliny jest piekielnie utalentowaną bestią, więc to może być naprawdę dobra płyta. – Dill



Aromanticism

Moses Sumney

Jagjaguwarc

Aromanticism. Tak zatytułowany został długogrający debiut folk-soulowego wrażliwca z Los Angeles Mosesa Sumneya. Płyta ukazała się właśnie nakładem Jagjaguwar, a od kilku tygodni promuje ją intymny singiel „Doomed” zilustrowany równie sensualnym teledyskiem oraz powalające wręcz nagranie zatytułowane „Quarrel”. Na płycie znajdzie się w sumie 11 utworów — wśród nich znane z zeszłorocznej epki Lamentations „Lonely World”. O tej płycie będzie głośno! – Kurtek


Double Dutchess

Fergie

BMG Rights Management

Najtęższe umysły tego świata głowią się nad zagadką podróży w czasie — jak się okazuje zupełnie niepotrzebnie. Premiera drugiej solowej płyty charyzmatycznej wokalistki The Black Eyed Peas to w końcu wyprawa w przeszłość pełną parą. Double Dutchess nie tylko przypomni wielu osobom, w tym mnie, szkolne czasy, ale także będzie stanowić wycieczkę po paru ostatnich latach, bo album zawiera single pamiętające… nawet 2014 rok. Brzmi jak szaleństwo? Trochę, i szczerze wątpię, że jest w tym jakaś metoda. Wygląda na to, że najnowszy krążek Fergie to rozpaczliwa próba dopięcia pomysłu i materiału, który w obecnych realiach muzycznych nie ma żadnego prawa bytu. Zamiast godnego wejścia w prawdziwie dojrzały etap życia i twórczości, artystka zaserwowała nam kwiatki pokroju “M.I.L.F.$”, czy “You Already Know”. Lista gości jest skromna i zawiera zasadniczo prawie same nazwiska ze świata hip hopu: YG, Nicki Minaj i Rick Ross (z którym utwór otwiera album, a takie połączenie na dzień dobry to już bardzo niepokojący symptom). Kompletnie nie wiem czego się spodziewać ale coś mi podpowiada, że Double Dutchess to ostatnie Dutchess jakie ujrzy światło dzienne. — Adrian


Wallflower

Jordan Rakei

Ninja Tune

Po debiutanckiej epce i wydanym własnym sumptem albumie Cloak nowozelandzki wokalista oraz multiinstrumentalista — Jordan Rakei, znalazł nowy dom w legendarnej wytwórni Ninja Tune, dla których to wydał właśnie nowy krążek zatytułowany Wallflower. Przeprowadzka do Londynu, w którym obecnie zamieszkuje, otworzyła go na nowych ludzi oraz nowe pomysły, a to, co usłyszymy na krążku, ma być emocjonalną odpowiedzią na nowe otoczenie oraz być wyrazem jego wewnętrznej siły. Wszystko to zaprezentował za pomocą dźwięków, które polubicie, szczególnie jeżeli twórczość takich artystów jak chociażby The Internet, Hiatus Kaiyote czy Jamie Woon, nie jest Wam obca. — efdote


Rockness A.P.

Rock

Duck Down Records

Na początku działalności Heltah Skeltah to Rock miał być promowany na gwiazdę duetu. Jednak w czasie okazało się, że swoją pierwszą solową płytę wydał Ruck, czyli Sean Price stając się z miejsca ulubionym raperem twojego ulubionego rapera. Rock natomiast wypuszczał mixtape’y i udzielał się gościnnie. Nie mówiąc oczywiście o działalności w Boot Camp Click. Teraz przyszedł czas na jego pierwszą pełnowymiarową solówkę Rockness A.P., na której członek Heltah Skeltah muzycznie przedstawia nam siebie po śmierci Price’a. (A.P. w tytule płyty oznacza After Price) Krążek powinien być soczystą porcją nowojorskiego rapu, chociaż poza oczywistą gościnną obecnością Buckshota, Teka i Stelle, do spółki z Method Manem, Inspecta Deckiem i Raekwonem, dostajemy też Kuniva z D-12, Rass Kassa czy Young Noble’a z Outlawz. Może być ciekawie. – Dill


Let Love Rule

Ledisi

Verve Records

Dziewiąty album Ledisi jest mieszanką klasycznego soulu oraz tradycyjnego i współczesnego R&B. Na krążku znalazło się piętnaście kompozycji, które pięknie spaja mocny wokal artystki. Zawartość płyty uzupełniają ciekawi goście, czyli John Legend i BJ the Chicago Kid. Wydawnictwo zawiera esencję tego, co w muzyce R&B najlepsze, a merytorycznie zaprasza słuchacza w podróż po życiu, miłości i związkach. Jak stwierdziła sama Ledisi Let Love Rule pozwoliło zaakceptować jej swoją pozycję, jako świetnej wokalistki i spełnionej artystki. Takie przedstawienie sprawy nie może skutkować niczym innym, jak tylko szybkim odsłuchem zawartości albumu. – Forrel


Good Times

SoDrumatic

Prosto

Ile już ten gość wyprodukował znanych i lubianych kawałków. Nieważne czy udostępniał swoje bity raperom czy po prostu publikował swoje instrumentale. SoDrumatic długo kazał nam czekać na swój autorski album, ale wbrew nadziejom fanów rapu nie znajdziemy na niej żadnych gościnnych występów nawijaczy, a jedynie wokalistów i producentów. Sam zainteresowany mówi, że Good Times to „soundtrack do beztroskich chwil” i jest w tym sporo racji, bo album jest faktycznie radosny i dźwięki wywołują przyjemne odczucia. Patronujemy temu wydawnictwu więc będziecie mogli jeszcze u nas o nim poczytać. TUTAJ kupicie swój egzemplarz, a poniżej posłuchacie albumu na Spotify. – Kulek


Trip

Jhené Aiko

Def Jam

Cóż za niespodzianka w piątkowy poranek! Od dawna nie było słychać nic nowego od Jhené Aiko, aż tu nagle… bum! Wokalistka postanowiła zaskoczyła wszystkich i podzieliła się ze światem najnowszym longplayem. Trip, bo tak właśnie brzmi tytuł owego albumu, na pierwszy rzut oka prezentuje się bardzo okazale. Wśród 22 premierowych utworów u boku artystki pojawią się Big Sean (zarówno solo oraz jako członek duetu Twenty88), Swae Lee, Brandy, a nawet Kurupt. Dodatkowo całemu przedsięwzięciu towarzyszy krótkometrażowy film. Wszystkie dotychczasowe projekty Jhené były bardzo przyjemnymi podróżami. Jaki Trip zafunduje nam tym razem? – Mateusz

Moses Sumney z trzecim zwiastunem Aromantyzmu

Tegoroczne objawienie sceny neosoulowej Moses Sumney prezentuje trzeci singiel z jego debiutanckiego longplaya Aromanticism. Po stonowanym „Doomed”intymnym „Quarrel” Sumney kontynuuje myśl minimalistycznego soulu w trzecim fragmencie nadchodzącego krążka. Całe Aromanticism już 22 września, a tymczasem sprawdźcie klimatyczne „Indulge Me”, które zdaje się jasno wskazywać myśl przewodnią albumu Sumneya.

Rozdzierający Moses Sumney z progresywnym Thundercatem w nowym singlu

Zaczęło się pięknie, ale niepozornie. Dopiero teraz dzieje się prawdziwa magia. A to za sprawą drugiego singla Mosesa Sumneya promującego jego debiutancki longplay Aromanticism (to już 22 września). W „Quarrel” artystę wspomogli twórczo Thundercat, Cam O’bi & i Paris Strother z grupy King. Efektem tej współpracy jest Sumney nie tylko intymny i szczery, ale też dryfujące w stronę progresywnego jazzowego fusion pozostającego w ścisłym związku z neo-soulem. Fenomenalne nagranie.

Moses Sumney zapowiada długogrający debiut

Aromanticism. Tak zatytułowany został długogrający debiut folk-soulowego wrażliwca z Los Angeles Mosesa Sumneya. Płyta ukaże się 22 września nakładem Jagjaguwar, a od kilku tygodni promuje ją intymny singiel „Doomed” zilustrowany równie sensualnym teledyskiem. Na płycie znajdzie się w sumie 11 utworów — wśród nich znane z zeszłorocznej epki Lamentations „Lonely World”. O tej płycie będzie głośno!

Nowy teledysk: Moses Sumney „Doomed”

Po tym jak Moses Sumney, pochodzący z Los Angeles wrażliwiec, przetarł w zeszłym roku epką Lamentations szlak ku międzynarodowej karierze piosenkarz wraca z nowym materiałem. I to nie byle jakim. Kameralne „Doomed” zawierające się gdzieś pomiędzy debiutem Benjamina Clementine’a a wczesnymi nagraniami Antony’ego & The Johnsons, choć nieporównywalnie mniej teatralne, opatrzono od razu fenomenalną okładką w stylu Embryi Maxwella czy From the Choirgirl Hotel Tori Amos (powyżej) i utrzymanym w tym samym stylu znakomitym teledyskiem (poniżej). O płycie na razie nic nie wiadomo, ale sprawdźcie rzecz koniecznie, bo o Sumneyu będzie jeszcze głośno!

Poznajcie folk-soulowego wrażliwca Mosesa Sumneya

mosley

Pochodzący z Los Angeles Moses Sumney pisał piosenki od zawsze, ale był ponoć na tyle nieśmiały, że skrycie chował je pod materacem. Przełamał się dopiero w wieku 20 lat, gdy zdecydował się podążać za marzeniami, wyprowadził się z domu i poszedł na studia. Wtedy kupił gitarę, nauczył się grać i zaczął wreszcie swoją muzyką dzielić się z innymi. Pierwszych efektów szersza publiczność mogła posłuchać już w kwietniu 2014 roku, kiedy Sumney wypuścił do sieci debiutancką epkę Mid-City Island. Teraz singer/songwriter podzielił się nowym minialbumem — Lamentations EP ukazało się wraz z końcem września. Jego brzmienie to oryginalna hybryda współczesnego folku, elektroniki, klasycznego neo-soulu i wpływów nowej fali R&B. Stylistycznie Sumney zawiera się gdzieś między Bon Iver, Michaelem Kiwanuką, Benjaminem Clementine a How to Dress Well, przez co siłą rzeczy trudno go zaszufladkować. Posłuchajcie zresztą i oceńcie sami!