„Gdyby władcy rządzili tak, jak gra ten big band, bylibyśmy najbogatszym państwem na świecie” — Wodecki, Bem, Dąbrowski, Prońko dla Soulbowl.pl

Data: 26 maja 2015 Autor: Komentarzy:

ai

Przy okazji galowego (a jakże!) koncertu prezentującego na żywo i w pełnej krasie muzyczne oręże projektu Albo inaczej Alkopoligamii, podczas tegorocznej warszawskiej edycji festiwalu Red Bull Music Academy Weekender, udało nam się porozmawiać z głosami stojącymi za tą nietuzinkową płytą. Zarejestrowane rozmowy z Andrzejem Dąbrowskim, Ewą Bem, Krystyną Prońko i Zbigniewem Wodeckim prezentowaliśmy już dwukrotnie w w naszej audycji autorskiej we wrocławskim Radiu LUZ — zapisu programu można posłuchać zresztą na naszym profilu na Mixcloudzie. Poniżej prezentujemy pełen zapis rozmów z artystami, w których pytaliśmy nie tylko o ich udział w Albo inaczej, ale także o stosunek do hip-hopu, interesujące epizody z przeszłości czy podejście do muzyki w ogóle. Na jutro natomiast zapowiedziana została długo oczekiwana premiera winylowej wersji Albo inaczej.


Andrzej Dąbrowski

Image1

Andrzej Dąbrowski i Krystyna Prońko / źródło: redbull.com

Miałem zastrzeżenia, zawsze mnie drażniła zbyt duża ilość wulgaryzmów, więc zastrzegłem, że ja nie chciałbym śpiewać takich rzeczy. Ustaliliśmy, że teksty będą tak zmodyfikowane, żeby tego nie było.

Jak to się wszystko zaczęło z Albo inaczej?

Andrzej Dąbrowski: Jeśli chodzi o ten projekt, to się zaczęło z małą górką chyba rok temu, kiedy otrzymałem telefon i umówiłem się z bardzo miłymi panami z Alkopoligamii. Padła propozycja nagrania czegoś takiego — teksty raperów. Ja oczywiście miałem zastrzeżenia, bo śledziłem teksty raperów już wcześniej — wiele z nich było bardzo mocnych i fajnych, natomiast zawsze mnie drażniła zbyt duża ilość tzw. bluzgania, więc zastrzegłem, że ja nie chciałbym śpiewać takich rzeczy. Ustaliliśmy, że teksty będą tak zmodyfikowane, żeby takich rzeczy nie było i rzeczywiście. Doszło w końcu do nagrania. Bardzo mi się podobał przede wszystkim akompaniament, czyli zespół muzyków jazzowych, bo ja z jazzem jestem od ponad 50 lat związany, bardziej niż nawet z polską piosenką.

Jak czytałem Pana życiorys, to jest rzecz dosyć fascynująca. Na początku był Pan kierowcą rajdowym, potem został Pan perkusistą i to perkusistą nie byle jakim, a później z kolei stał się Pan jednym z czołowych polskich piosenkarzy. Jak to wszystko się stało?

AD: Nie wiem, jak się stało. To właściwie troszkę poza mną, bo wszystko jest dziełem przypadku. W moim życiu bardzo wiele rzeczy jest po prostu przypadkiem. Zdawałem do liceum ogólnokształcącego, a nie dostałem się tam z powodu jakiegoś niezdanego egzaminu — już nie pamiętam, co to było — a otwierało się akurat liceum muzyczne w Krakowie, także szukano narybku. Ponieważ grałem trochę na fortepianie, tak to wszystko poszło. Potem z przypadku profesor, który uczył perkusji, zaproponował moim rodzicom, żebym przeniósł się do niego na główną perkusję. No i zostałem perkusistą. Wyższa Szkoła Muzyczna — też ukończona perkusja. Grałem w zespołach orkiestry symfonicznej, kameralnej, w operetce, wszędzie, gdzie można było. No i równocześnie jazz.

A skąd ten jazz?

AD: Jazz się wziął z zainteresowań. Jeszcze w liceum muzycznym graliśmy. Był dobry skład — Wojciech Karolak, Zbigniew Namysłowski, Jan Byrczek — to są nazwiska dzisiaj już bardzo znane. No i chodziliśmy do jednej szkoły. Także stąd się to nasze zainteresowanie [wzięło] — najpierw jazzem tradycyjnym, potem swingowym. I tak już zostało — później wieloletnia współpraca z Ptaszynem Wróblewskim, z Andrzejem Kurylewiczem…

A ten kolejny kluczowy moment, kiedy zaczyna Pan karierę piosenkarza?

AD: Karierę! (śmiech) W Polsce to taka kariera na małą skalę, jak mawiał mój kolega. Ale można to tak ująć. Zaczęło się od „Zielono mi”, bo jak do tej pory śpiewałem wyłącznie po angielsku. Pracowałem wtedy z Urszulą Dudziak, z Michałem Urbaniakiem. W Skandynawii grywaliśmy w hotelach, zarabiając pieniądze. W 1969 roku, wraz z końcem roku przyjechaliśmy na urlop do Polski i wtedy nieżyjący już niestety Andrzej Jaroszewski, redaktor polskiego radia, namówił mnie do nagrania [mojej] pierwszej polskiej piosenki „Zielono mi”. To był też przypadek, bo ja to w końcu z wielkimi oporami [zrobiłem], a nie chciałem nagrywać po polsku, bo to jednak skomplikowany język do śpiewania. No, ale nagrałem to i piosenka została zakwalifikowana na festiwal opolski i musiałem po raz pierwszy zaśpiewać to na właśnie na festiwalu opolskim. Piosenka zdobyła główną nagrodę i tak się zaczęło. Potem zaczęto pisać i poleciało… „Do zakochania jeden krok”, „Niewczesna miłość” i wiele innych piosenek, w sumie chyba ponad 150.

A teraz można powiedzieć, że wrócił Pan do korzeni.

AD: Przez wiele lat od czasu do czasu śpiewam jazz z różnymi zespołami, ale to jest bardzo ciekawy projekt. „Re-fleksje” bardzo mi się podobają. Właściwie jest to taki standardzik jazzowy.

A jak Pan uważa, do kogo skierowany jest ten projekt?

AD: Raczej chyba do młodych ludzi, aczkolwiek ludzie, którzy byli niechętni hip-hopowi, przekonują się w tej chwili, że można zrobić z tego coś muzycznie bardzo dobrego. Bo prawdziwy hip-hop to w końcu jest głównie rytm. Pojawiają się tam jeden, dwa akordy i w koło Macieju to samo. Także to połączenie jest bardzo interesujące.


Ewa Bem

Ewa Bem fot. Tomasz Karwiński

Ewa Bem fot. Tomasz Karwiński / źródło: materiały prasowe

Ten pomysł nieco mnie początkowo zadziwił, ale gdy usłyszałam muzykę, którą do tekstu napisała Ola Trzaska, to naprawdę zbaraniałam!

Co skłoniło Panią do przyjęcia propozycji Alkopoligamii do wzięcia udziału w projekcie Albo inaczej?

Ewa Bem: Za tą nazwą, która do tej pory niewiele mi mówiła, stanęło dwóch przemiłych panów, którzy się ze mną spotkali na przepysznej herbacie, opowiedzieli mi o tym projekcie, jak ma być skonstruowana ta płyta… Ten pomysł wprawdzie mnie nieco początkowo zadziwił, czy też może trochę zastanowił, powiedziałabym. I nawet przegadaliśmy, do kogo jest skierowana ta płyta, na jakiego liczą odbiorcę, kto będzie się tym interesował tak naprawdę. Ale potem weszłam nieco głębiej w temat, a przede wszystkim poznałam tekst. Ten, który sobie wybrałam, „Minuty”, a później usłyszałam muzykę, którą do tego tekstu napisała Ola Trzaska… i naprawdę, przyznam szczerze, zbaraniałam! Młoda dziewczyna, bardzo zdolna, pianistka, flecistka, wokalistka, napisała taki zgrabny kawałek. To już wystarczająco dużo elementów, żeby się zgodzić na wszystko.

Ja szczerze mówiąc już po tych pierwszych zwiastunach nie mogłem się doczekać, aż ten utwór usłyszę i rzeczywiście on brzmi tak, jak niemalże wyciągnięty żywcem z Pani pierwszej płyty.

EB: Bardzo się cieszę, że pan użył tego porównania, bo ja też mam wrażenie, że to jest dokładnie takie brzmienie, zresztą naprawdę ślicznie trafione. „Minuty” nie mają jeszcze swojego wideoklipu, dlatego są w tej chwili trochę mniej prezentowane, ale to się wkrótce stanie.

Ten projekt Albo inaczej to jest współpraca głównie z młodymi ludźmi, to jest ich inicjatywa. Czy nie myślała Pani o tym, żeby być może przy jakimś swoim kolejnym muzycznym projekcie tę współpracę odnowić albo nawiązać inną współpracę z równie utalentowanymi młodymi ludźmi np. wrócić do swojej klasycznej płyty Be a Man i grać go na żywo w całości jako koncepcyjny koncert? Tak zrobił przed dwoma laty Zbigniew Wodecki ze swoją zupełnie zapomnianą płytą z lat 70. i naprawdę to był ogromny przebój. Czy nie myślała Pani, żeby pójść w taką stronę?

EB: Właściwie to Pan mi włożył w rękę oręże i całą odpowiedź. Ja oczywiście nie raz myślałam już o tym i ja w ogóle jest bardzo skwapliwa do współpracy z młodymi ludźmi. Mam przyjemność często pracować z Łukaszem Sztabą i jego bandem. To jest innego typu energia, innego typu granie, innego typu repertuar. Jeśli chodzi o covery moich własnych numerów, przyznam szczerze, że o tym nie myślałam jeszcze tak bardzo realnie, może dlatego że niewiele słyszałam dobrze zrobionych coverów. Przeważnie jest tak, że pierwsze pytanie jest najlepsze, ale nie stronię od tego i teraz przemyślę jeszcze raz to, co pan tak wyeksplikował.

A jakie są różnice? Bo brzmienie jest zbliżone do tego z lat 80., natomiast czy zmieniły się sposoby pracy? Na korzyść, na niekorzyść?

EB: Praca wygląda inaczej. Kiedyś po prostu przychodziło się do Stodoły i się to grało, i śpiewało się do przysłowiowego słoika po dżemie, bo nie było możliwości. W tej chwili to się wszystko odbyło się prawie [wyłącznie] drogą mejlową. Dostałam podkład, empetrójkę, w ten sposób odesłałam swoje uwagi. Ja jestem starej daty, ale tej formy współpracy z muzyki na żywo nie zastąpi nic. Muszę powiedzieć, że naprawdę współczuję młodym ludziom, którzy nie mają tej możliwości. Siedzą, każdy przy swoim komputerze, niejednokrotnie robią razem coś bombowego. Ale jednak nie jest to takie wspólne tworzenie niemalże do znoju, do krwi ostatniej. Tak że współpraca była bardzo krótka, ale wiem doskonale jacy są to muzycy — przyszłam na jedną próbę, wystarczyło mi jedno nabicie, żeby zorientować się, że są to wspaniałe chłopaki.

A do kogo skierowana jest ta płyta?

EB: To jest trudna sprawa, bo jeśli ktoś nie lubi hip-hopu, nie zna nazwisk, które w tym projekcie wzięły udział, to nie wiem, jak go zahaczyć. Pod prądem go trzymać? Jeśli ktoś lubi hip-hop, a wystraszy się tych nazwisk, to powinien i tak zajrzeć do tej płyty, bo zna te teksty, jak wnoszę. Nie jestem znawczynią niestety tzw. tagów, do kogo to jest adresowane, czy to jest 17-19, czy 4-11, czy coś. Od tego są specjaliści. Mnie się zdaje, że jeśli będzie prezentowane, to ci, którzy mają się tym zainteresować, tej całej otoczki nie będą penetrować bardzo skrupulatnie, ale po prostu będą tego słuchać.


Krystyna Prońko

Image2

Krystyna Prońko / źródło: kadr teledysku „Oszuści”

Istotą jest nie, kto gra czy ile ma lat, tylko brzmienie utworu. To jest istota muzyki.

Lata mijają, a Państwo w ogóle się nie zmieniają.

Krystyna Prońko: Pan taki młody, a już takie rzeczy! (śmiech)

Przesłuchałem tę płytę wzdłuż i wszerz i mam takie wrażenie, że świat się zmienia wokół, a Państwo nadal robią to, co przez te wszystkie lata i na tej płycie nie słychać zupełnie, że mamy rok 2015, a nie np. 1985.

KP: Mówi pan o głosach, że się nie zmieniły? No to chwała nam za to, że się nie zmieniliśmy wokalnie. Wie pan, jest takie powiedzenie, że się śpiewa całe życie tę samą piosenkę i coś w tym jest. Chociaż piosenki pisane są w różnych stylach, tak jak tutaj mamy np. przeróbki z hip-hopu na jazz czy z hip-hopu na coś tam jeszcze, nam się wokale nie zmieniają. Trudno powiedzieć, czyja to zasługa.

A czy miała Pani wcześniej jakiś kontakt z muzyką hip-hopową?

KP: Miałam kontakt. Nawet na mojej płycie Złość są takie dwa numery, w których występują raperzy, a wtedy dopiero tworzył się zespół Thinkadelic. Zresztą oni później wykorzystali „Jesteś lekiem na całe zło” na jednej ze swoich płyt, więc tam też można mnie usłyszeć… Zresztą ciągle dostaje jakieś propozycje przeróbek moich piosenek z przeszłości. Ja się zgadzam na takie sytuacje. Powstają nowe ciekawe rzeczy.

A słyszała Pani może o takiej wytwórni The Very Polish Cut Outs? Oni przerabiają właśnie polskie utwory z lat 60. i 70. na bardziej uwspółcześnione wersje, elektroniczne, ale niepozbawione iskry funkowej.

KP: Musiałabym usłyszeć te utwory, bo nazwa wytwórni jest dla mnie sprawą drugorzędną. Wolę się sugerować tym, co słychać w muzyce niż nazwą wytwórni.

Ten projekt, Albo inaczej, to też jest inicjatywa młodszych muzyków. Jak się Pani z nimi współpracuje?

KP: Jak muzyk jest młody i sprawny, to bez znaczenia ile ma lat.

A nie myślała Pani, żeby zrobić coś takiego jak jakiś czas temu Zbigniew Wodecki, czyli wrócić do któregoś ze swoich klasycznych krążków np. do Deszczu w Cisnej i wykonać go na nowo na scenie w całości z młodymi muzykami?

KP: Niektóre utwory są tak napisane i zaaranżowane, że to, czy to będzie muzyk bardzo młody, który może ma inne spojrzenie na utwór, czy to będzie klasyczne wykonanie, tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Piosenka, jeśli jest hitem, musi być rozpoznawalna, także po tym, co się dzieje w aranżacji. Akurat w „Deszczu w Cisnej” trudno byłoby coś diametralnie zmienić, żeby coś jeszcze zostawić ze starego numeru. Ja wolę klasyczną wersję, ale przecież gram to na żywo z big bandami — bigbandowa aranżacja jest przecież zupełnie inna [od oryginału]. To jest jedne jedynie nagranie „Deszczu w Cisnej”, które powstało wtedy w latach 70. i ono funkcjonuje, i ono się broni. Istotą jest nie kto to gra czy ile ma lat, tylko brzmienie utworu. To jest istota muzyki.

A czy Albo inaczej zmieniło Pani podejście do muzyki hip-hopowej?

KP: (śmiech) Nie, dlaczego miało zmienić? Mnie się ten pomysł bardzo spodobał i dlatego w tym jestem.

To może od innej strony — czy uważa Pani, że Albo inaczej ma szansę zmienić podejście słuchaczy do muzyki?

KP: Może zainteresować, ale w jakim stopniu, trudno powiedzieć. Polska publiczność nie jest przyzwyczajona do takich sytuacji. Może być spora grupa, która tego nie zaakceptuje. Ale… próbować trzeba! Płyta jest na pewno warta tego, żeby jej posłuchać. Najwyżej ktoś do końca nie wysłucha.

Nie jest długa, więc wydaje mi się, że byłby zupełnie grzech, gdyby ktoś nie wytrwał do końca tej ósmej piosenki.

KP: Utwory są dobre, więc może ma pan rację. 20 minut na stronie, czyli 40 minut cała płyta, to jest dobry czas moim zdaniem.


Zbigniew Wodecki

Zbignew Wodecki - Albo Inaczej fot. Tomasz KarwinĚ ski1

Zbigniew Wodecki fot. Tomasz Karwiński / źródło: materiały prasowe

Gdyby władcy rządzili tak, jak gra ten big band, bylibyśmy najpiękniejszym i najbogatszym państwem na świecie.

Robi Pan furorę!

Zbigniew Wodecki: Ja robię furorę?

Tak, „Jest jedna rzecz” w Pana wykonaniu naprawdę wzbudza wśród moich redakcyjnych kolegów niemałe emocje.

ZW: No jakżeż się cieszę. Nie wiedziałem, że robię furorę, w momencie, kiedy powinienem już się pakować właściwie.

Ale nie jest to pierwszy raz, kiedy robi pan furorę, bo przed dwoma laty, na pewno Pan pamięta, koncert na OFF-ie.

ZW: Na OFF-ie z Mitch & Mitch, tak, tak. To była bardzo ciekawa dla mnie i dla wszystkich chyba niespodzianka, że płyta sprzed czterdziestu lat spotkała się z takim przyjęciem, z jakim to nie spotkała się w ogóle, ponieważ nie była wylansowana czterdzieści lat temu. To była jedna z niewielu premier po czterdziestu latach, taka publiczna. I to się sprawdziło. To nie sprawiło wcale, że mi skrzydła urosły. Wręcz przeciwnie, ja już trochę inaczej, inne rzeczy [śpiewam], ale okazało się, że te pomysły które ja miałem wtedy stricte muzyczne, nie po to żeby był hicior, ale żeby trochę muzyki sprzedać w tym, co się robi na scenie. Muzyki. A nie żeby się ludzie cieszyli, bo to nie o to chodzi. Można się gimnastykować — od takich rzeczy jest aerobik. A ten projekt, który mamy dzisiaj… Bardzo się z tego cieszę, bo to kawał fantastycznej muzyki granej na żywo przez świetnych instrumentalistów, którzy pokończyli akademie muzyczne, musieli ćwiczyć Bacha, Beethovena, uczyli się na Parkerze, na Duke’u Ellingtonie. Uczyli się całe życie od dziecka i nareszcie jest okazja, by te umiejętności, które nabyli, ćwicząc i oddając się swoim instrumentom, [wykorzystali].

Od Bacha pewnie zaczynali, znając życie?

ZW: Musieli zacząć od Bacha, bo Bach to jest jeden z najtrudniejszych i najgenialniejszych kompozytorów wszech czasów, można powiedzieć. Przede wszystkim geniusz muzyczno-matematyczny, bo przecież on wykombinował fugi. Potem napisał fugę dziesięciogłosową. Poza tym, że trzeba być rewelacyjnym muzykiem, to jeszcze trzeba mieć komputer w głowie. On już ten komputer miał.

Przenieśmy się jeszcze na chwilę do lat 70., bo ja muszę zapytać o tę płytę, która później na OFF Festivalu została wskrzeszona. Jakie były inspiracje, które stały za tą płytą? Wówczas co prawda w Polsce pojawiały się takie propozycje w rytmie bossa novy, jak chociażby Alibabki, które też w nagraniu tego krążka brały udział. Kto w ogóle wpadł na to, żeby tak to zaaranżować, żeby te piosenki były takie płynące, chilloutowe, niezobowiązujące, przebojowe, ale nie nachalne?

ZW: Nie chciałbym się chwalić, ale akurat kompozytorzy to byli melodycy, którzy świetnie harmonizowali. Jest tam parę moich kompozycji, które sam sobie wykombinowałem i sam zaaranżowałem. To były czasy, kiedy u nas furorę zaczął robić Burt Bacharach, też niesamowity artysta, i mnie to fascynowało. Wtedy w naszym kraju były czerwone, niebieskie, czarno-białe, różne gitary. Myśmy się wzorowali na Beatlesach. Wziąć gitarę i zagrać — nie ma nic prostszego. To brzmi na cały amfiteatr. Natomiast ja byłem przedstawicielem tej grupy ludzi, którzy musieli również występować bez prądu. I ja sobie tak kombinowałem te melodyjki, które moim zdaniem były ładne. I okazuje się, że one po czterdziestu [latach] są dalej ładne. Mało tego — nie tylko są ładne, ale trzeba mieć umiejętności, żeby je dobrze wykonać. Dużo rzeczy na tej płycie ja sobie sam ponagrywałem. To były takie czasy, kiedy się wchodziło do studia, zapalało się czerwone światło i trzeba było od razu dobrze zagrać. Nie było żadnego prostowania, czyszczenia komputerowego. To co teraz się dzieje — technologia z jednej strony jest rewelacyjna, bardzo pomaga, a z drugiej — zabija coś, co jest autentyczne w muzyce.

Zdecydowanie się z Panem zgadzam i też właśnie dlatego Albo inaczej jest tak fascynującym projektem, bo tutaj mamy żywy zespół, który faktycznie gra, tak jak grano w złotej erze jazzu.

ZW: W epoce, kiedy trzeba było umieć grać, żeby grać. Tak, oni tak grają. Gdyby tak rządzili władcy, jak gra ten big band, to bylibyśmy najpiękniejszym i najbogatszym państwem na świecie. To jest 26-ciu ludzi, którzy grają jak jeden organizm. To jest tak, jak (…) pod wodą setki tysięcy malutkich rybek płynie, ławica, i w jednym momencie wszystkie skręcają. Jest to numer! W jednym momencie! I to jest taki big band, który w jednym momencie wie, kiedy wziąć oddech, kiedy zaakcentować, kiedy zrobić diminuendo… Jak człowiek nauczy się słuchać tej muzyki, przestanie słuchać tego, co puszczają w różnych radiach, i nauczy się słuchać, bo jest masa płyt i świetnych artystów, w internecie również… Mówię o tej dobrej stronie internetu.

Zbigniew Wodecki - Albo Inaczej fot. Tomasz KarwinĚ ski

Zbigniew Wodecki fot. Tomasz Karwiński / źródło: materiały prasowe

Potrzebowałem nowej krwi, nowych nerwów, nowej tremy, nowej mobilizacji. Bo człowiek się rozleniwia.

Skoro jesteśmy już przy młodych muzykach, muszę zapytać o Pana współpracę z Mitch & Mitch. Mniej więcej w czasie tego koncertu na OFF-ie pojawiały się różne informacje, że coś się będzie jeszcze w tej materii dziać, że dalej będą Państwo współpracować i że będą tego jakieś efekty w postaci płyty.

ZW: Podobno mają być efekty. Nagraliśmy [ten materiał] live w dużym studiu Polskiego Radia im. Lutosławskiego w Warszawie. Wyjdzie z tego DVD i bardzo się martwię, czy będę ładnie wyglądał. (śmiech) Chłopaki grają, jest zabawa, zabawa muzyką. Nie żeby się koniecznie popisywać, a żeby się bawić muzykę. A Mitch & Mitch to potrafią.

Pan w ostatnich latach wrócił trochę bardziej właśnie do zabawy muzyką.

ZW: Ja dużo pracuję, dużo gram swoich spotkań z publicznością. Natomiast troszkę już sztampa się wkradła. Potrzebowałem nowej krwi, nowych nerwów, nowej tremy, nowej mobilizacji. Bo człowiek się rozleniwia. Wie, ile będą trwały brawa po tej piosence, po czym będzie bis, a po czym nie, gdzie przyłożyć, a gdzie odpuścić. To po czterdziestu latach śpiewania zaczyna być niebudujące, a jak młodzi ludzie się do mnie [zgłaszają], to dla mnie to jest komplement. Ten gość nie dość, że ma swoje lata, to jeszcze śpiewał „Pszczółkę Maję” i „Chałupy Welcome To”. Ale oni wiedzą, że ja jestem instrumentalistą. To, że oni chcą ze mną coś zrobić, myślę, że to jest mój sukces, szczególnie u nas, w naszym kraju.

A gdzie w tym wszystkim plasuje się hip-hop?

ZW: Fascynuje mnie u tych ludzi poczucie rytmu, to, co oni robią. To jest fajna umiejętność, której ja nie mam, a ja bardzo cenię to, czego sam nie potrafię. I ci raperzy wymyślają to wszystko na miejscu, to się buja, to się kręci, to jest wszystko naturalne. Co ja o tym myślałem? Dobrze, że jest. Jest łąka, gdzie rośnie mnóstwo różnych kwiatów i wśród nich czasem pojawi się jakiś jeden przepiękny. Jak go ludzie nie zadepczą, to ma szansę się rozmnożyć. I w hip-hopie też są bardzo zdolni ludzie. Byłem parę razy w Ameryce i tam stoją pod sklepami muzycznymi goście. Mają na przykład rozłożone na dywaniku struny do gitary. I oni wycinają takie rzeczy na tych chodnikach i nikt o nich nie [wie]. Są geniusze. W ogóle sztuka to jest ciężka rzecz — im człowiek więcej umie, tym bardziej traci kontakt z publicznością.

Jak układała się Panu współpraca nad tym projektem z Alkopoligamią?

ZW: Ujęło mnie przede wszystkim zawodowstwo w robieniu tego. Ja na początku chciałem, bo młodzi ludzie — fajnie, ale później spotkałem się z aranżerem, dostałem demo, które zaśpiewała dziewczyna. Zaśpiewała bardzo trudny numer umiejscowiony we frazie bluesowej, swingowej, bigbandowej. Więc skoro ta dziewczyna zadała sobie tyle trudu i ona umie z nut to zaśpiewać, to ja sobie z tym muszę poradzić. To tak nie może być, żeby ona na próżno ten tekst mi nagrywała. Jak przyszedłem na pierwszą próbę i usłyszałem, jak chłopaki grają, to byłem już ubezwłasnowolniony. I, Bogu dziękować, poszło. Oby tylko takich koncertów było więcej. Koncertów z takimi muzykami.

Zaczęliśmy od OFF Festivalu, więc nim zakończmy. Poza tym, że tam wykonali Państwo w całości Pana album z lat 70., tam znalazła się jeszcze jedna melodia. Melodia, którą zresztą pod koniec podchwyciła publika. To była piosenka brazylijskiego piosenkarza Jorge Bena. Czyj to był pomysł?

ZW: To był pomysł Mitcha! Bardzo nam się fajnie na próbach zrobiło, bo to bujane jest. I jak ludzie złapali te klimaty, które były w „Mojej partyjce” czy „Pannach mego dziadka”, to wszystko tak samo się bujało mniej więcej. Ja jeszcze nie znałem tego gościa wtedy, czterdzieści lat temu, a już to „ti-ru-ri ti-ru-ri… na na na naaaa…” (nuci)…


Albo inaczej w audycji Soulbowl

Komentarze

komentarzy