Recenzja: Różni wykonawcy Albo inaczej

Data: 14 kwietnia 2015 Autor: Komentarzy:

Różni wykonawcy

Albo inaczej (2015)

Alkopoligamia

Albo inaczej jest dalece bardziej wymowną celebracją kultury hiphopowej od nawet tuzina pierwszorzędnych rapowanych krążków. Pokazuje bowiem, że szacunek nie jest pojęciem jednostronnym, zmiany pokoleniowe mogą równie dobrze zataczać koła, a esencją polskiego hip hopu wcale nie są szerokie nisko opuszczone portki i motoryczna nawijka z bluzgami zamiast przecinków. I choć najpewniej, jeśli komuś nieobca jest nazwa Alkopoligamii, nie trzeba mu tego wcale udowadniać, ale Albo inaczej w swym klasycznym, choć dalekim od ortodoksji, charakterze ma szanse trafić do odbiorców, którzy kulturę hiphopową postrzegają przez pryzmat stereotypów.

Tak naprawdę z koncepcyjnego dobrodziejstwa płyty, która klasyczne teksty polskiego hiphopu zaplątała w sidła najprawdziwszego jazzu, skorzystać mogą wszyscy. Można co prawda próbować przewidzieć, jak przeciętny fan Peji zareaguje na „Jest jedna rzecz” w wykonaniu Zbigniewa Wodeckiego, można też domniemywać, że miłośnicy (niestety) największego szlagiera tego drugiego, „Chałupy welcome to”, stwierdzą, że najpewniej upadł na głowę, sięgając po liryki z polskich blokowisk, ale można też zupełnie się w tych osądach pomylić. Bo tak jak niedaleko pada jabłko od jabłoni, tak wspólne korzenie jazzu i hip hopu są niezaprzeczalne, czego nie trzeba wcale bardziej rozwijać — w razie wątpliwości odsyłam do tegorocznej płyty Kendricka Lamara. Koncepcyjnie Albo inaczej jest niewątpliwie strzałem w dziesiątkę, ruchem, który ma szansę otworzyć uszy tym, dla których muzyka jest jednowymiarowa, przybliżając sylwetki pierwszorzędnych postaci polskiej sceny — niezależnie od tego, czy będzie to Krystyna Prońko czy Ten Typ Mes. To święto muzycznej ekologii, kompetentna próba zamknięcia pozornie odległych stylistyk w jeden naturalny ekosystem.

Bywa, że nawet pierwszorzędne pomysły przepadają wraz z niezbyt solidnym wykonaniem albo, co gorsza, wykrzywiają się karykaturalnie, budząc co najwyżej uśmiech lub współczucie. Żadna z tych opcji nie stała się na szczęście udziałem Albo inaczej, które, począwszy od doboru wykonawców, przez selekcję tekstów, aż po pieczołowite bigbandowe aranże, prezentuje się zjawiskowo. W czasach, w których cynizm i pastisz bywają od szczerości rozwiązaniami dalece łatwiejszymi, nagranie płyty ze swingującymi coverami hiphopowej klasyki bez odrobiny kpiny wymaga nie lada odwagi. Bez wątpienia niełatwą sztuką była także transformacja oryginalnych kompozycji w taki sposób, aby wykonujący je artyści poczuli się w nich, jak u siebie. I choć Prońko nie brzmiała nigdy dotąd w jazzowym repertuarze aż tak niezobowiązująco i klasycznie, nie można zaprzeczyć, że wypada w tej odsłonie równie wiarygodnie co w „Deszczu w Cisnej” czy „Psalmie stojących w kolejce”. „Jest jedna rzecz” w wykonaniu Wodeckiego mogłaby w zupełności wpasować się w jego kapitalny koncert z grupą Mitch & Mitch na OFF Festiwalu przed dwoma laty, a „Minuty” z repertuaru Starego Miasta interpretowane przez, pozostającą w dalszym ciągu w znakomitej formie wokalnej, Ewę Bem mogłyby równie dobrze trafić na jej kapitalny krążek Ewa Bem With Swing Session: Be a Man z 1981 roku. Rewelacyjnie udało się także wydobyć duszę muzyki pierwszej połowy lat 80., nie odchodząc przy tym zbyt daleko od jazzowego charakteru całego projektu, z utworu „Stres” (w oryginale — Eldo z jego debiutanckiej płyty Opowieść o tym, co tu dzieje się naprawdę) w ekspresyjnym wykonaniu byłego wokalisty Budki Suflera — Felicjana Andrzejczaka. Uśmiech na twarzy może pojawić się natomiast przy pierwszym odsłuchu Wojciecha Gąssowskiego, który podszedł do klasycznego Kalibra 44 na swój sposób i najbardziej badassowy numer na trackliście Albo inaczej, potraktował tak luźno i bezpretensjonalnie, jak tylko to możliwe, czemu ostatecznie w bardzo swingowym refrenie udaje się odzyskać pewną wyrazistość dzięki sprawnie poprowadzonej sekcji dętej (choć trudno ocenić, na ile można to przełożyć na street credibility). Ogromny ukłon należy zrobić w stronę aranżerów (Mariusza Obijalskiego, Oli Trzaski i Michała Tomaszczyka) i samych aranży, które nie tylko tchnęły w doskonale znane miłośnikom polskiego rapu numery nowe życie, ale przede wszystkim przeniosły je do zupełnie innego muzycznego uniwersum, co w czasach powszechnej cyfryzacji procesów tworzenia i obróbki dźwięku udaje się jedynie najlepszym.

Co prawda nie obyło się bez skreśleń, ale przełożenie hip hopu, którego esencją pozostają teksty (i rzecz jasna sposób ich podania) na język wokalnego jazzu, gdzie prym wiedzie melodia, nie może przecież obyć się w skali 1:1, zupełnie tak samo, jak tłumacze ścieżek dialogowych do filmów nigdy nie przekładają kolejnych linijek słowo w słowo. Przemyślane skreślenia mogą być zresztą wartością dodaną — tak jest w refrenie „Jest jedna rzecz”, niewątpliwego jasnego punktu, z którego sugestywnie wyeliminowano słowo „hip hop”. Pozostawiając na boku to, co autor miał na myśli, teraz słuchacz sam musi zmierzyć się z nowym kontekstem i samemu zdecydować, dla jakiej jednej rzeczy warto żyć. Czy nadal będzie to hip hop, czy może już jazz? A możliwości interpretacyjnych jest znacznie więcej.

Komentarze

komentarzy