Recenzja: Future The Wizrd

Data: 14 lutego 2019 Autor: Komentarzy:

Nowa płyta future

Future

The Wizrd (2018)

Epic / Freebandz

Zeszły rok zdecydowanie nie należał do Future’a. Nudny i okrutnie wtórny album nagrany z Juice WRLD, solidna, lecz bardzo przewidywalna kontynuacja hitowego Beast Mode czy w najlepszym wypadku przeciętna ścieżka dźwiękowa Superfly były sporym rozczarowaniem jak na rapera, który jeszcze 3 lata wcześniej niemal dorównywał popularnością Drake’owi. Wychowanek Dungeon Family znany jest jednak z tego, że nigdy nie daje za wygraną — jego magnetyczny głos, melodyjny styl rapowania i rockowy wizerunek nieraz pozwalały mu powrócić na szczyt. Nie inaczej jest w przypadku jego najnowszego albumu, The Wizrd.

The Wizrd to swoiste zamknięcie ostatnich kilku lat kariery rapera z Atlanty. Płyta wieńczy nie tylko rozpoczętą w 2017 r. trylogię, ale także współpracę z Epic Records. Jak można było się spodziewać w tych okolicznościach, album nie jest żadną rewolucją, co nie oznacza jednak, że brak na nim niespodzianek. Każdy, kto był już szczerze zmęczony pewną powtarzalnością w muzyce artysty, szczególnie pod kątem doboru podkładów, może odetchnąć z ulgą. The Wizrd przynosi pod tym względem powiew świeżości, oferując nieco większą różnorodność utworów, większą pulę producentów, a nawet beatswitche (w tym na fenomenalnym „F&N”), które czynią numery ciekawszymi. U Future’a słychać tu tę samą werwę i energię, co na DS2, choć trzeba przyznać, że rzadko wychodzi poza swoją strefę komfortu. The Wizrd brzmi jak połączenie FutureHndrxx — są tu trapowe hymny („Jumpin on a Jet”, „Talk Shit Like a Preacher”), popowe ballady („Promise U That”, „Goin Dummi”) i refleksyjne życiówki („Never Stop”, „Krazy But True”). To formuła, którą raper katuje od ładnych paru lat. Trzeba jednak przyznać, że wciąż się sprawdza.

Filarem, który dźwiga The Wizrd, jest świeże podejście. Mimo że pojawia się dość sporadycznie, przebija się przez ponadgodzinny materiał i w dużym stopniu wpływa na jego jakość. Od czasu do czasu gospodarz wspina się na wyżyny swoich umiejętności, dostarczając absolutne perełki, takie jak „Rocket Ship”, które przywodzi na myśl słynne „I just fuck your girl in some Gucci flip flops”, czy „Faceshot”, żywcem wyjęte z najlepszych lat jego twórczości. Jak zwykle największe braki dotyczą listy zaproszonych gości — zaledwie trzech artystów, z czego dwóch brzmi jak jedna osoba (Young Thug i Gunna). To wciąż za mało, żeby w sensowny sposób urozmaicić płytę i pozwolić słuchaczowi odpocząć od autotune’owych strumieni świadomości gospodarza. Rekompensatą jest na szczęście warstwa podkładów — produkcje Tay Keitha, ATL Jacoba, TM88 i Wheezy’ego zlewają się z wokalem rapera w jedno muzyczne doświadczenie, które dzięki przemyślanej strukturze i dynamice wyrywa słuchacza z jednego transu, żeby zaraz potem wrzucić go w ramiona kolejnej hipnotycznej sekwencji adlibów, perkusji i syntetycznych odgłosów.

Najnowszą płytę Future’a można podsumować w następujący sposób: to wszystko, do czego raper przyzwyczaił nas w trakcie swojej ponaddziesięcioletniej kariery, podane w dopracowanej i odświeżonej formie. Dla osób niezaznajomionych z jego dyskografią The Wizrd nie będzie niczym ekscytującym — ot, kolejny trapowy album, jakich każdego roku wychodzą dziesiątki. Dla Future’a to z kolei ostateczne przypieczętowanie dotychczasowego dziedzictwa i szansa na nowe otwarcie. W swojej dziedzinie osiągnął już wszystko.

Komentarze

komentarzy