Recenzja: EABS Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)

Data: 26 maja 2017 Autor: Komentarzy:

EABS

Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda) (2017)

Astigmatic

Wielu już porywało się na reinterpretacje klasycznych tematów Komedy. Był Komeda dosłowny i Komeda zdekonstruowany, Komeda polski, afrykański, amerykański, Komeda wokalny, sentymentalny, kameralny. Rzadziej Komedę dzielono, częściej hołdowano, czasem rozwadniano. I kiedy już wydawało się, że w gąszczu komedowej gorączki trudno w temacie przedstawić coś nowego, EABS nagrali swoje Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda).

Trudno było zresztą ten album lepiej zatytułować — w konfrontacji ze sztuką dawnych mistrzów łatwo schować się za fałszywą skromnością, przybrać postawę unoszącego się na wietrze pyłku, a z własnych artystycznych ambicji zostawić jedynie okruszki; łatwo też przeszarżować, ponieść się wyimaginowanej predestynacji, użyć czyjejś twórczości, by w istocie złożyć hołd samemu sobie. Na Repetitions nie doświadczymy żadnej z tych rzeczy. EABS mają świadomość, że wkraczają na ziemię świętą, ale rozdeptywaną latami przez tłumy pielgrzymów. Sami jednak nie pielgrzymują. A przynajmniej nie w sposób tak bezpośredni, prostolinijny. Zdają się podążać raczej za własną wizją, która nie przez przypadek, ale też nie ze względu na przeznaczenie przecięła się w pewnym istotnym punkcie z twórczością Krzysztofa Komedy. Tematy kompozytora są tu raczej punktem wyjścia do stworzenia projektu, który z jednej strony oczywiście na swój sposób hołduje mistrzowi polskiego i (w dobie internetu nie bójmy się tego powiedzieć) światowego jazzu, z drugiej zaś pozostaje przez cały czas bytem odrębnym, autorskim i twórczym. Stąd tytułowe Letters to Krzysztof Komeda. Listy pisane w pierwszej kolejności dźwiękiem. Pocztówki dźwiękowe z przyszłości. Jawny futuryzm namaszczony przez samego Sun Rę, czyste szaleństwo, ale czyż nie właśnie ono stanowi istotę jazzu?

I tej istoty jazzu Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda) faktycznie zdaje się dotykać. Komeda nie jest w tym kontekście przypadkowy — jest ojcem chrzestnym pewnego paradygmatu muzycznego, który projekt EABS z powodzeniem tutaj eksploruje. Bo choć w kolejnych wysyłanych do muzyka pocztówkach odnajdziemy jak najbardziej współczesne inspiracje całym spektrum gatunkowym, jazz nie jest tutaj nigdy dodatkiem, ale zawsze fundamentem. Fundamentem, na którym EABS nie boją się budować nowej muzycznej jakości — zgodnie z własną twórczą wizją i przekonaniami, bez półśrodków i kompromisów. Pod tym względem EABS zdają się przypominać The Heliocentrics, którzy w zupełnie innych okolicznościach i w sposób nieporównywalnie bardziej bezpośredni także stworzyli swoją kosmiczną wizję muzyki, obcując z wielkimi mistrzami jazzu — Mulatu Astatke i Orlando Juliusem. EABS, może dlatego, że ich spotkanie z Komedą ma zupełnie inny, choć — trzeba jednocześnie przyznać — dla słuchacza równie namacalny wymiar, cechuje jednak zupełnie inna poetyka. Dzięki wciągnięciu w bieg albumu ścieżek dialogowych z polskich filmów, do których Komeda tworzył przed laty muzykę, przenoszą słuchacza do zupełnie innej rzeczywistości. Jednocześnie bliskiej i dalekiej, bo nieistniejącej — osadzonej poza czasem w anturażu polskiej szkoły filmowej. W podobnej przestrzeni należy zresztą umieścić także ekstrawagancką aurę audialną Repetitions, które z gracją meandruje między błyskotliwą fuzją jazzu, hip hopu i rocka („Niekochana”), vibe’em klasycznego post-bopa („Perły i dukaty XIV”), souljazzowymi harmoniami („Step Into the Light”) a niebanalnym jazzem wokalnym opartym na evansowskim motywie fortepianowym i ekspresyjnym saksofonowym solo („God Is Love”). Wszystko to doprawia awangardą, trip hopem, a nawet drum & bassem („Free Witch and No Bra Queen”), jednocześnie składając ukłony w stronę najlepszych tradycji free jazzowych.

Ostatnio pod wpływem oscarowego La La Landu wraz z Ryanem Goslingiem cały świat zastanawiał się nad przeszłością i przyszłością jazzu. Nieważne na ile słusznie czy niesłusznie — zasadniczo bez konkluzji. Tymczasem w kontakcie z takimi płytami jak Repetitions okazuje się, że nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, że jazz jest tutaj, teraz, dla nas, że można, wkładając w to wystarczająco dużo serca, pracy i inwencji, zrobić przy jego pomocy coś tak karkołomnego jak wysyłanie pocztówek do przeszłości. I powiem więcej — jestem przekonany, że wszystkie te listy prędzej czy później dotrą do ich adresata.

Komentarze

komentarzy