Recenzja: Kelela Take Me Apart

Data: 18 listopada 2017 Autor: Komentarzy:

Kelela

Take Me Apart (2017)

Warp Records

R&B przebywa obecnie w bardzo intrygującym punkcie na swojej osi czasu. Z jednej strony spore grono artystów już od jakiegoś czasu bardzo odważnie poszukuje nowych koncepcji, eksperymentując z formą i czerpanymi inspiracjami i rezygnując z doskonale znanych, bezpiecznych rozwiązań, niejednokrotnie wykorzystując hip-hopowe, basowe, ambientalne czy nawet industrialowe palety. Z drugiej zaś — w konsekwencji tego właśnie zjawiska wytworzyła się grupa muzyków powtarzalnie realizująca te nowe schematy, bardzo często oparte na chłodnym, 808-owym brzmieniu, co nieustannie owocuje zalewem poprawnej przeciętności i niezapadającymi w pamięć rezultatami. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat twórczość Keleli to jeden z wiodących wyznaczników możliwości gatunku, choć tak naprawdę wkładanie jej do jakiejkolwiek szufladki jest ogromnym niedopowiedzeniem, bo zdecydowanie bliżej niż do kanonu jest jej do Night Slugs czy Planet Mu. Najnowsze Take Me Apart to przede wszystkim pokaz nieograniczonego niemal potencjału artystki, czasem marnowanego niedociągnięciami w bądź co bądź udanej warstwie muzycznej.

Początek albumu to prawdziwy grand opening. Najdłuższe na płycie „Frontline” mogłoby spokojnie trwać drugie tyle — zestawienie wokalnych groove’ów i wielogłosowości godnych najlepszych nagrań Destiny’s Child z niezwykle przestrzenną, zabarwioną grime’ową mgłą prototrapową produkcją Jam City to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów płyty. Kolejne „Waitin” to w całym swoim syntezatorowym chłodzie szalenie słoneczna i świetnie zrealizowana kompozycja, jednakże poprzedzająca niestety te słabsze momenty Take Me Apart.  W numerze tytułowym i „Enough” brzmienie sprawia wrażenie spłaszczonego i mimo naprawdę interesujących, minimalistycznych aranżacji oba utwory ostatecznie zmierzają donikąd, co potęgowane jest przez ich relatywnie pokaźne rozmiary. Podobnie sytuacja ma się przy okazji „Jupiter”, a „Better” i zamykające album „Altadena” zostały nienaturalnie przeciągnięte w czasie. Jeśli chodzi zaś o bardziej przebojową stronę Keleli, pewne wątpliwości budzi synthpopowe „Truth or Dare” potrafiące zmęczyć kaskadami 80sowych werbli i bardzo monotonną sekcją rytmiczną.

Szukanie dziury w całym nie jest jednak w stanie odebrać artystce charyzmy kipiącej hektolitrami z całego albumu, a nawet te bardziej popowo-ryzykowne momenty pokroju „LMK” czy „Blue Light” mają w sobie tyle kluczowych, ściskających smaczków i parkietowego potencjału, że nie sposób im czegokolwiek odmówić. Obok instynktownego odnajdywania się w gąszczu połamanych, wyspiarskich układów perkusyjnych („Onanon”), wokalistka z ogromną gracją inkorporuje harmonie wokalne charakterystyczne dla klasycznego brzmienia UK garage w pozornie odległych kontekstach. W obłędnym „Turn to Dust” zestawia ona ten właśnie sznyt z hipnotyzującymi smyczkami i niepokojącym, metalicznym ambientem, aby następnie na przekór skwitować to leniwym, cykającym „Bluff”, które dzięki swojej bardzo krótkiej i skąpej formie nabiera tego uzależniającego feelingu oczekiwania każdej kolejnej frazy.

Zawsze uważałem, że największą siła muzyki są te niewysławialne wartości, które trudno uchwycić nawet najzgrabniejszymi i najcelniejszymi określeniami. Niezależnie od tego czy w przypadku Keleli jest to jej charyzma, naturalna lekkość tworzenia melodii, czy ucho do przejmujących, zakorzenionych w brytyjskiej tradycji, minimalistycznych i metalicznych podkładów, jest ona po prostu bezsprzecznie przekonującą artystką. Nie ma tutaj odkrywczości debiutanckiego Cut 4 Me z 2013 roku czy spójności epki Hallucinogen sprzed dwóch lat dla Warp Records, ale powrót w szeregi katalogu londyńskiej legendy to świadectwo potencjału, a także poszukiwań artystki, gdzie nawet te wyraźniejsze niedoskonałości są potwierdzeniem obecności czynnika ludzkiego.

Komentarze

komentarzy