Recenzja: Wiley Godfather

Data: 13 lutego 2017 Autor: Komentarzy:

756c169618448b515f483cb4840d5268-1000x1000x1

Wiley

Godfather (2017)

CTA Records

„When it’s straight from the heart it can’t go wrong / If it’s a real vibe then it can’t go wrong” — wydany jeszcze we wrześniu ubiegłego roku wyprodukowany przez Darq E Freakera obłędny singiel „Can’t Go Wrong” jasno zwiastował kierunek obrany przy okazji jedenastego albumu legendy brytyjskiej sceny. Zresztą, przebieg kariery Wileya jest naturalnie bliźniaczy z historią grime’u. Od ascetycznych, w pełni niezależnych czasów narodzin niszy i pierwszego boomu, przez problemy z tożsamością i mniej lub bardziej udane próby przebicia się do mainstreamu czołowych nazwisk, po powrót do esencjonalnych wartości gatunku, które wreszcie zostały szerzej docenione w swoim oryginalnym wymiarze. Kiedy Dizzee Rascal — partner z kolektywu Roll Deep — wydawał kultowe Boy in da Corner, Wiley (znany również z ogromu muzyki tworzonej niegdyś pod aliasem Eskiboy) od lat działał na scenie UK Garage tworząc podwaliny pod zupełnie nowe brzmienie, w 2004 roku wieńcząc to debiutanckim Threddin’ on Thin Ice nakładem XL Recordings. Kiedy scena próbowała wykorzystać popkulturowy potencjał EDM-u, raper jako jeden z pierwszych założył swojego Rolexa, próbując jednocześnie zachować uliczną tożsamość, mocno walcząc z władzami wykonawczymi dużej wytwórni Island o prawdziwe oblicze jego twórczości na własnych albumach. Przy okazji najnowszego krążka zatytułowanego Godfather artysta powiedział dość zmaganiom o pozycję numer jeden i popularność. Trzeźwo stwierdził, że osiągnął na scenie już wszystko i nie musi nikomu niczego udowadniać, zapowiadając swój „ostatni projekt”. W przypadku tak płodnego artysty jest to zapewne niemożliwe, więc możemy się wstępnie domyślać, że chodzi tu o zamknięcie pewnego etapu kariery — etapu wypełnionego zarówno sukcesem artystycznym jak i towarzyszącymi mu turbulencjami. Takie podejście pozwoliło na skompletowanie jednego z najlepszych materiałów w dyskografii Wileya, w stu procentach skoncentrowanego na surowym, basowym fundamencie, który własnoręcznie stworzył i celnie podsumowującego tak ważne dla wyspiarskiej elektroniki dwie dekady.

Muzycznie Godfather oferuje wycieczkę do 2005 roku — ogłuszające syntetyczne smyczki, minimalistyczne ośmiobitowe melodie, przebasowane groove’y i szaleńczo połamane układy perkusyjne nie ustępują miejsca innym rozwiązaniom nawet na moment. Nie ma tutaj jednak mowy o jakimkolwiek płaczu, że kiedyś było lepiej i że to już nie wróci — brzmienie i miks są jak najbardziej nowoczesne, co pozwoliło na tchnięcie niewiarygodnej świeżości w doskonale znany i wielokrotnie wałkowany schemat. Na stopie producenckiej trudno uniknąć porównań do przełomowego Konnichiwa Skepty z minionego roku, jednakże album Wileya eksploruje zdecydowanie bardziej tradycyjny sound. Wypada to kapitalnie, pomijając cały kontekst kariery gospodarza i obecnej kondycji sceny. Brudu i dynamiki dostajemy tu w nieskończoność, a numery pokroju „Name Brand” z miażdżącą wymianą sekwencji wersów w refrenie z JME, czy hałaśliwe „On This” z Chipem, Ice Kidem i Little D z miejsca można wpisać w kanon grime’owych karabinów maszynowych. Wiley wzorowo wywiązuje się również z tytułowej roli Ojca Chrzestnego — skład producencki wraz z zastępem gości spaja całą niszę na przestrzeni pokoleń, dając miejsce zarówno zasłużonym wyjadaczom, jak i nowym postaciom.

Na przestrzeni lat wielu miłośników muzyki rapowanej z całego świata niejednokrotnie wyrażało swoją dezaprobatę wobec warstwy tekstowej grime’owych albumów. Widać to szczególnie teraz, kiedy gatunek dotarł do amerykańskich recenzentów na szerszą skalę, a i wśród polskich „linijkowych” odbiorców na pewno znajdzie się spora grupa malkontentów. Trzeba jednak zrozumieć, gdzie tkwią początki grime’u i dlaczego na liryczne standardy zza oceanu nie ma tutaj miejsca. Tradycja rapowania pod brytyjską elektronikę to przede wszystkim lata 90-te i setki MC-ch prześcigających się w swoich popisach pod pokręcone breaki muzyki jungle czy hardcore. Grime to w dużej mierze nawijki we freestyle’owych okręgach pod najgorętsze instrumentale serwowane przez DJ-ów, którzy na równi z rapererami stanowią trzon tej muzyki (prawdopodobnie jeszcze bardziej niż w przypadku klasycznego hip-hopu ze Stanów). Stąd więc wynika koncentracja na słownym jammowaniu, monosylabach upadających z precyzją gilotyny na poszczególne elementy perkusyjnych wariacji i imitujących refreny werbalnych pętlach, które pojawić się mogą w dosłownie dowolnym momencie utworu. Podyktowane jest to oczywiście przez same podkłady, których basowy brud zestawiony z komiksowo-kreskówkowymi brzmieniami pozwala na mieszanie pistoletowych pocisków z zupełnie przypadkowymi i niekoniecznie równie agresywnymi odniesieniami. Najlepszym przykładem może być niesamowite „Like It or Not” z gościnnym udziałem Breeze’a, gdzie pierwszą zwrotkę pełną rymowanych kaskad Wileya pod brutalną produkcję Swift Beatera kwituje scena kupowania Skittlesów. Chodzi o feeling, energię i pojedyncze punchline’y, nie o kwadratowy offbeat naukowych wykładów przykładowego Canibusa.

Wiley w niewymuszony i swobodny sposób zamknął tak przepastny i przełomowy rozdział dla muzyki elektronicznej z Wielkiej Brytanii. Poza małym rozczarowaniem w postaci przeciętnego „U Were Always, Pt. 2” ze Skeptą i Bellym album stroni od słabych utworów, automatycznie przywodząc na myśl najlepsze momenty z klasycznego Playtime Is Over z 2007 roku. Album jest wypchaną petardami po brzegi bestią godną marki Eskiboy, którą można zabrać do samochodu, klubu, na domówkę i odtwarzacz i dać się ponieść tej podstawowej, elektryzującej radości płynącej z komponowania, grania i słuchania muzyki.

Komentarze

komentarzy