wiley

Odsłuch: Frisco Back 2 Da Lab Vol. 5

Chłopaki z Boy Better Know zaczynają 2018 rok z grubej rury. Frisco, jeden z najbardziej charakterystycznych członków grupy, wypuścił piątą część kultowej serii mixtape’ów Back 2 Da Lab. Gościnnie pojawiają się między innymi koledzy z BBK, czyli Skepta, JME, Shorty i oczywiście Wiley. Poprzedni materiał od Londyńczyka, System Killer, to był grime najwyższej próby, więc i tym razem można się spodziewać konkretnej dawki brytyjskiego brzmienia, tym bardziej, że singlowe „Go Thru Face” jest naprawdę świetne.

D Double E wydaje debiutancką płytę

D Double E to jedna z największych legend brytyjskiego grime’u. Członek duetu Newham Generals, który tworzy wspólnie z Footsiem, nigdy nie wydał oficjalnego krążka, głównie nagrywał single i epki. W 2006 ukazał się też jego mixtape On Tha Double, ale debiutancki album wypuści dopiero w tym miesiącu. Płyta będzie miała tytuł Jackuum!. Jeśli chodzi o gości, wiadomo że swoje zwrotki dostarczyli Wiley i Skepta. Ten pierwszy w numerze „Better Than The Rest”, drugi w „Nang”, który jest zresztą też na jego produkcji. Pierwszy track mnie specjalnie nie zachwycił, drugi jest już nieco lepszy, ale poczekajmy na całość.

Nowy utwór: Wiley feat. JME „I Call The Shots”

Chłopaki z Boy Better Know trzymają się świetnie, a dowodem na to jest nowy singiel Wiley’a, w którym gościnnie udziela się JME. „I Call The Shots” to zapowiedź kolejnego albumu Wiley’a Godfater II, którego premiera już 16 lutego 2018 roku. Nie wiadomo jeszcze kto poza JME’em będzie towarzyszył gospodarzowi na mikrofonie, ale wiemy już, że krążek będzie zawierał 20 numerów, a pamiętając Godfather można się spodziewać grime’u na wysokim poziomie. Singiel stanowi świetny przedsmak tego, co może nas czekać już bardzo niedługo.

Wiley zapowiada dwa nowe projekty

Plotki o emeryturze Wileya okazały się mocno przesadzone, a mówiło się jeszcze niedawno, że Godfather będzie ostatnią płytą w jego dyskografii. Wszystko z powodu tej wypowiedzi:

To koniec mojej kariery, jeśli chodzi o udowadnianie czegokolwiek. Po tym nie muszę niczego nikomu udowadniać. Nie muszę już być numerem jeden, który lata po stacjach typu Rinse FM i Radar Radio. To robota dla nowej generacji.

Okazuje się jednak, że Wiley szykuje dla nas dwa nowe materiały. Pierwszym będzie Wiley Vs Doogz EP. Będzie to epka nagrana wspólnie z inną legendą londyńskiego grime’u Durrty Goodzem. To tym bardziej ciekawy materiał, że obydwaj MC’s od 2002 roku mieli ze sobą beef, który jak widać został chyba zażegnany. Premiera już za miesiąc, a poniżej prezentujemy okładkę.

To jednak nie wszystko. Okazuje się, że już 23 lutego przyszłego roku premierę będzie mieć Godfather 2. Wiley poinformował o tym na swoim twitterze. Czekamy!

Recenzja: Wiley Godfather

756c169618448b515f483cb4840d5268-1000x1000x1

Wiley

Godfather (2017)

CTA Records

„When it’s straight from the heart it can’t go wrong / If it’s a real vibe then it can’t go wrong” — wydany jeszcze we wrześniu ubiegłego roku wyprodukowany przez Darq E Freakera obłędny singiel „Can’t Go Wrong” jasno zwiastował kierunek obrany przy okazji jedenastego albumu legendy brytyjskiej sceny. Zresztą, przebieg kariery Wileya jest naturalnie bliźniaczy z historią grime’u. Od ascetycznych, w pełni niezależnych czasów narodzin niszy i pierwszego boomu, przez problemy z tożsamością i mniej lub bardziej udane próby przebicia się do mainstreamu czołowych nazwisk, po powrót do esencjonalnych wartości gatunku, które wreszcie zostały szerzej docenione w swoim oryginalnym wymiarze. Kiedy Dizzee Rascal — partner z kolektywu Roll Deep — wydawał kultowe Boy in da Corner, Wiley (znany również z ogromu muzyki tworzonej niegdyś pod aliasem Eskiboy) od lat działał na scenie UK Garage tworząc podwaliny pod zupełnie nowe brzmienie, w 2004 roku wieńcząc to debiutanckim Threddin’ on Thin Ice nakładem XL Recordings. Kiedy scena próbowała wykorzystać popkulturowy potencjał EDM-u, raper jako jeden z pierwszych założył swojego Rolexa, próbując jednocześnie zachować uliczną tożsamość, mocno walcząc z władzami wykonawczymi dużej wytwórni Island o prawdziwe oblicze jego twórczości na własnych albumach. Przy okazji najnowszego krążka zatytułowanego Godfather artysta powiedział dość zmaganiom o pozycję numer jeden i popularność. Trzeźwo stwierdził, że osiągnął na scenie już wszystko i nie musi nikomu niczego udowadniać, zapowiadając swój „ostatni projekt”. W przypadku tak płodnego artysty jest to zapewne niemożliwe, więc możemy się wstępnie domyślać, że chodzi tu o zamknięcie pewnego etapu kariery — etapu wypełnionego zarówno sukcesem artystycznym jak i towarzyszącymi mu turbulencjami. Takie podejście pozwoliło na skompletowanie jednego z najlepszych materiałów w dyskografii Wileya, w stu procentach skoncentrowanego na surowym, basowym fundamencie, który własnoręcznie stworzył i celnie podsumowującego tak ważne dla wyspiarskiej elektroniki dwie dekady.

Muzycznie Godfather oferuje wycieczkę do 2005 roku — ogłuszające syntetyczne smyczki, minimalistyczne ośmiobitowe melodie, przebasowane groove’y i szaleńczo połamane układy perkusyjne nie ustępują miejsca innym rozwiązaniom nawet na moment. Nie ma tutaj jednak mowy o jakimkolwiek płaczu, że kiedyś było lepiej i że to już nie wróci — brzmienie i miks są jak najbardziej nowoczesne, co pozwoliło na tchnięcie niewiarygodnej świeżości w doskonale znany i wielokrotnie wałkowany schemat. Na stopie producenckiej trudno uniknąć porównań do przełomowego Konnichiwa Skepty z minionego roku, jednakże album Wileya eksploruje zdecydowanie bardziej tradycyjny sound. Wypada to kapitalnie, pomijając cały kontekst kariery gospodarza i obecnej kondycji sceny. Brudu i dynamiki dostajemy tu w nieskończoność, a numery pokroju „Name Brand” z miażdżącą wymianą sekwencji wersów w refrenie z JME, czy hałaśliwe „On This” z Chipem, Ice Kidem i Little D z miejsca można wpisać w kanon grime’owych karabinów maszynowych. Wiley wzorowo wywiązuje się również z tytułowej roli Ojca Chrzestnego — skład producencki wraz z zastępem gości spaja całą niszę na przestrzeni pokoleń, dając miejsce zarówno zasłużonym wyjadaczom, jak i nowym postaciom.

Na przestrzeni lat wielu miłośników muzyki rapowanej z całego świata niejednokrotnie wyrażało swoją dezaprobatę wobec warstwy tekstowej grime’owych albumów. Widać to szczególnie teraz, kiedy gatunek dotarł do amerykańskich recenzentów na szerszą skalę, a i wśród polskich „linijkowych” odbiorców na pewno znajdzie się spora grupa malkontentów. Trzeba jednak zrozumieć, gdzie tkwią początki grime’u i dlaczego na liryczne standardy zza oceanu nie ma tutaj miejsca. Tradycja rapowania pod brytyjską elektronikę to przede wszystkim lata 90-te i setki MC-ch prześcigających się w swoich popisach pod pokręcone breaki muzyki jungle czy hardcore. Grime to w dużej mierze nawijki we freestyle’owych okręgach pod najgorętsze instrumentale serwowane przez DJ-ów, którzy na równi z rapererami stanowią trzon tej muzyki (prawdopodobnie jeszcze bardziej niż w przypadku klasycznego hip-hopu ze Stanów). Stąd więc wynika koncentracja na słownym jammowaniu, monosylabach upadających z precyzją gilotyny na poszczególne elementy perkusyjnych wariacji i imitujących refreny werbalnych pętlach, które pojawić się mogą w dosłownie dowolnym momencie utworu. Podyktowane jest to oczywiście przez same podkłady, których basowy brud zestawiony z komiksowo-kreskówkowymi brzmieniami pozwala na mieszanie pistoletowych pocisków z zupełnie przypadkowymi i niekoniecznie równie agresywnymi odniesieniami. Najlepszym przykładem może być niesamowite „Like It or Not” z gościnnym udziałem Breeze’a, gdzie pierwszą zwrotkę pełną rymowanych kaskad Wileya pod brutalną produkcję Swift Beatera kwituje scena kupowania Skittlesów. Chodzi o feeling, energię i pojedyncze punchline’y, nie o kwadratowy offbeat naukowych wykładów przykładowego Canibusa.

Wiley w niewymuszony i swobodny sposób zamknął tak przepastny i przełomowy rozdział dla muzyki elektronicznej z Wielkiej Brytanii. Poza małym rozczarowaniem w postaci przeciętnego „U Were Always, Pt. 2” ze Skeptą i Bellym album stroni od słabych utworów, automatycznie przywodząc na myśl najlepsze momenty z klasycznego Playtime Is Over z 2007 roku. Album jest wypchaną petardami po brzegi bestią godną marki Eskiboy, którą można zabrać do samochodu, klubu, na domówkę i odtwarzacz i dać się ponieść tej podstawowej, elektryzującej radości płynącej z komponowania, grania i słuchania muzyki.

Odsłuch: Wiley Godfather

51myujln1bl-_ss500

No i wreszcie jest długo zapowiadany nowy album ojca chrzestnego grime’u. Rzekomo ma być jego ostatnim, ale nie chce mi się wierzyć żeby to była prawda, bo już nieraz mówił, że po kolejnych krążkach już nic nowego nie wyda. Czy to prawda, czy nie to w sumie mniej ważne. Najistotniejsze jest to, że Godfater pokazuje, że Boy Better Know jest silne jak nigdy. Gościnnie między innymi koledzy ze składu — Jammer, Frisco, Skepta, JME, ale także P Money, Newham Generals, President T czy Devlin. Zatem plejada grimeowych gwiazd. Nie będę się za bardzo rozpisywał, napiszę tylko, że warto sprawdzić i posłuchać jak się powinno robić tą muzykę.

Wiley odświeża utwór Brandy „Warm It Up”

Nie zwróciłabym uwagi na ten remiks, gdyby nie fakt, że od czasu wydania Human uwielbiam „Warm It Up”. Gdybym mogła to najchętniej przytuliłabym się do tej piosenki Brandy, bo jest bardzo ‚ciepła’ i niesie za sobą ładne przesłanie. Dlatego też, kiedy brytyjski raper Wiley dograł swoje zwrotki kuszę Was propozycją sprawdzenia tej pozycji. Zwłaszcza, że za oknem coraz bardziej szaro, deszczowo i ponuro.

Wiley w Warszawie 15 lutego

15 lutego na Arenie Ursynów w Warszawie wystąpi Wiley – brytyjski producent muzyczny i raper. Koncert jest w słusznej sprawie: dochód z niego ma wspomóc warszawskie Skit Studio – miejsce gdzie każdy może za darmo nagrywać hip hop. Studio dostało wypowiedzenie i szuka nowego lokalu i jak widać także nieco rozgłosu wokół tej sprawy i pieniędzy. Jako, że nie jestem z Warszawy nie będę wam tu wciskać kitów – jeśli chcecie wiedzieć więcej na temat tego miejsca odsyłam do Wyborczej. Wiley to zakładam jeden z faworytów Emm! bo jak widzę już wam o nim wspominała. Cel z pewnością szczytny a wykonawca ciekawy, zatem nie pozostaje mi nic innego ja polecić wam to wydarzenie. I teledysk dorzucam, żebyście sobie zwizualizowali o kogo chodzi :)

Nowy teledysk: Wiley „Cash In My Pocket” ft. Daniel Merriweather

Wraz z (prawie) nowym teledyskiem, promującym album See Clear Now, Wiley utrzymuje wysoki wizualny poziom i nadal jest wierny ,,futrzanemu motywowi” zapoczątkowanemu w Wearing My Rolex. Nakręcony w jednym ujęciu, giełdowo-biurowy (ten kryzys!) wideoklip mnie osobiście przynosi na myśl kultową już produkcję Spike’a Jonze’a zrobioną dla Fatboy Slima do utworu Praise You. Ale niech Wiley i reżyser klipu potraktują te porównanie jako największy komplement. Cash In My Pocket został wyprodukowany oczywiście przez przyszłego szwagra Lindsay Lohan, Marka Ronsona, a Wiley’owi towarzyszy w nim Australijczyk Daniel Merriweather, którego solowej płyty nie mogę się doczekać. Dawać! Krążek See Clear Now ukazał się 8 grudnia.