70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475

Recenzja: Gabriel Garzón-Montano Jardín

Data: 30 stycznia 2017 Autor: Komentarzy:

jardin

Gabriel Garzón-Montano

Jardín (2017)

Stones Throw

Znam takich, którzy całą dyskografię D’Angelo potrafili podsumować stwierdzeniem, że to kropka w kropkę skóra z Prince’a. Gdy po raz pierwszy usłyszałem Gabriela Garzona-Montano przy okazji podsumowań końcoworocznych 2014 roku i jego niesamowicie plastycznej epki Bishouné: Alma del Huila, zacząłem się zastanawiać, jak określiliby jego twórczość. A to dlatego, że najbliższym punktem odniesienia jest tu już nie tyle Prince, co właśnie D’Angelo.

Choć Black Messiah zaspokoiło dziki, mimowolnie narastający głód neo-soulu z krwi i kości ze szkoły Soulquarians z charakterystycznym funkowo-jazzowym zapleczem, D’Angelo nigdy za wiele. Jak się zresztą okazuje pod tym hasłem kryje się już nie tyle jeden człowiek, co cała muzyczna stylistyka. Stylistyka, którą pięknie podchwycił w zeszłym roku PJ Morton, a teraz w długogrającej formie eksploruje ją Garzón-Montano. I owszem, przyznaję, że granica między stylem a naśladownictwem czy wręcz plagiatem bywa cienka, o czym dotkliwie przekonali się Pharrell i Robin Thicke przy okazji sądowej batalii z potomkami Marvina Gaye’a. Wszystko jest kwestią wyczucia — zarówno muzyków, jak i słuchaczy. A tego Montano odmówić nie można.

Owszem, obszernie cytuje D’Angelo: wokalnie — stapiając swój głos w unisonie z wydatnym soulowym chórkiem; rytmicznie — intuicyjnie (wydawałoby się) szatkując i rwąc lekko w przeciwnym razie sunące melodie, i wreszcie rytmicznie — podporządkowując bieg kolejnych piosenek dynamice hiphopowych bitów. Odchodzi też w dużej mierze od częściej akcentowanego na Bishouné profilu neo-souljazzowego singer/songwritera w stylu Josego Jamesa w stronę człowieka-orkiestry, wytrwałego ogrodnika przez lata pielęgnującego źródła swoich inspiracji, których owocem jest właśnie Jardín. To jeszcze bardziej przybliża go do D’Angelo, ale też do wspomnianego Prince’a czy Steviego Wondera, których echa poniekąd też można usłyszeć na płycie. Jardín nie da się jednak bezpośrednio zestawić z żadnym z krążków D’Angelo, Prince’a czy Wondera — choć elementy go konstytuujące są podobne, ogólny charakter i brzmienie płyty przenoszą nas do zgoła innego świata.

Tytułowy ogród Montano wypełniają wysmakowane kameralne aranże, od oszczędnego smyczkowego motywu otwierającego album w intymnym „Trial” poczynając, a kończąc prowadzoną przez głos Montano i fortepian solo wyciszoną kodą w „Lullaby”. I choć pomiędzy nimi płyta rozkwita feerią najróżniejszych uczuć, wprowadzona we wstępie i zakończeniu stylistyczna dominanta ani na chwilę nie opuszcza słuchacza, prowadząc go przez kolejne zaułki ogrodu Montano, który choć wykorzystuje nieco odmienne środki, uderza w te same nuty ludzkiej wrażliwości co James Blake, Frank Ocean czy Electric Wire Hustle na dwóch pierwszych płytach. Wszystko to poddane lekko i nienachalnie z kulminacją w postaci trzech następujących po sobie kilerów — minimalistycznie pulsującym „The Game”, „Long Ears” po mistrzowsku zestawiającym nowobitowy podkład z wielogłosowym refrenem i ostatnim singlu „Crawl” z bez wątpienia najbardziej chwytliwym refrenem w karierze Montano błyskotliwie nawiązującym zresztą do melodyki klasycznego VooDoo. Co jednak nawet ważniejsze — Jardín to pierwszorzędny neosoulowy krążek, w którym bez reszty można się zagubić — błądzić godzinami złudnie nakreślonymi ścieżkami, nie próbując nawet znaleźć wyjścia.

Komentarze

komentarzy

70017817-a67f-4f2e-b608-d8d3ab3fc475