Recenzja: PJ Morton Gumbo

Data: 9 maja 2017 Autor: Komentarzy:

PJ Morton

Gumbo (2017)

Morton Records

Po znakomitej zeszłorocznej epce Sticking to My Guns, nawiązującej do stylistyki nieśmiertelnego Voodoo D’Angelo, która po kilku miesiącach w tajemniczych okolicznościach zniknęła z cyfrowej dystrybucji, PJ Morton nie miał wyjścia — musiał tamten znakomity szkic rozwinąć w pełnoprawny longplay.

Mimo wszystko jednak odbieranie Gumbo jako przybudówki do kierunku obranego przez Mortona w zeszłym roku byłoby pewnym niedomówieniem. Owszem — longplay, owszem, wyrasta z tego samego klasycznego neo-soulowego korzenia co epka — oba wydawnictwa dzielą zresztą dwa wspólne utwory — ale jego punkt ciężkości stanowi raczej kreatywna fuzja rhythm & bluesa, funku, gospel, jazzu i rocka spod znaku Steviego Wondera z drugiej połowy lat 70., aniżeli jego bardziej bitowa odsłona wypracowana w ostatniej dekadzie XX wieku przez Soulquarians. Morton jest refleksyjny, ale słoneczny, zaangażowany, ale nienachalny. Nie jest z pewnością jednym z wielkich soulowych songwriterów, do którego to miana chciałby pewnie aspirować — niedociągnięcia słychać zwłaszcza w warstwie tekstowej — okazjonalne niezręczne rymy i raczej rozczarowujące puenty to największa bolączka w przeciwnym razie bardzo satysfakcjonującego Gumbo. Ale nie ma tego złego — tekstowa prostolinijność Mortona współgra bowiem znakomicie z ładunkiem energetycznym i niedającą się zakwestionować fenomenalną melodyką płyty. To piosenki, które mimowolnie wchodzą w głowę i po pewnym czasie zaczynają nucić się same — może właśnie dlatego, że PJ śpiewa „No one makes me feel the way you do inside / And I don’t know what I would do without you and that’s no lie”, potrafi z łatwością dotrzeć do sedna, poruszając słuchacza na poziomie szczerych, niezmąconych niczym emocji. Szlachetna prostota, ale podana na złotej tacy.

Zwłaszcza jeśli te klasycznie napisane soulowe numery zaśpiewane są z niewyuczonym wyczuciem i dającą się uchwycić pasją. Jak w przywołanym „First Began”, które w wersji albumowej zaaranżowano bardziej kameralnie, całkiem słusznie na pierwszy plan wysuwając wokal. Pozytywną metamorfozę przeszło także singlowe „Claustrophobic”, które w nieoszlifowanym wydaniu wypuszczono po raz pierwszy dwa lata temu. Tym samym ten najbardziej błyskotliwy na krążku tekst zamknięto stylistycznie gdzieś pomiędzy klasycznym brzmieniem Motown a rasowym neo-soulem. Nowej interpretacji doczekało się także „Sticking to My Guns” — w tym wypadku dla szalonego funkowego feelingu poświęcono subtelny powab oryginału. Ostatnim, w tym wypadku zupełnie nieoczekiwanym, ale zaskakująco udanym reworkiem na krążku jest nowa wersja „How Deep Is Your Love” z repertuaru Bee Geesów. Ten najbardziej d’angelowski moment krążka to jednocześnie jego jedyne właściwe, jak najbardziej stosowne i naturalne zwieńczenie.

Ogólnie zresztą trudno nie odnieść wrażenia, że Morton ma ostatnio słabość do rozwiązań stosowanych w muzyce soul lat 70. — w „First Began” ze smyczków okrada Donny’ego Hathawaya, w „Alright” pożycza organy Steviemu Wonderowi. Ale chociaż trudno wskazać na Gumbo jedną myśl przewodnią — Morton chwyta się różnych tematów i stylów, kreatywnie łącząc je ze sobą — tej nawet nie półgodzinnej płyty słucha się ze szczerym uśmiechem. „PJ, you’re not mainstream enough / Would you consider us changing some stuff / Like everything about who you are / No offense, we’re just trying to make you a star” — śpiewa szczerze w „Claustrophobic”. I rzeczywiście — PJ Morton ze swoją konserwatywną wizją soulu (nawet jeśli jednocześnie niezwykle żywą i plastyczną) najpewniej nie przekona ani krytyków, ani szerokiej publiczności. Znacznie ważniejsze jest jednak to, że Morton przełamał się wreszcie artystycznie i po latach nagrał wreszcie kompetentny soulowy krążek, którego słucha się z przyjemnością od deski do deski.

Komentarze

komentarzy