Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Nina Revisited. A Tribute to Nina Simone

Data: 11 sierpnia 2015 Autor: Komentarzy:

Różni wykonawcy

Nina Revisited. A Tribute to Nina Simone (2015)

Columbia / RCA

Muzyka Niny Simone jest niewątpliwe jednym z fundamentów klasycznego rhythm & bluesa. Już studiując tracklistę wydanego przed miesiącem krążka Nina Revisited. A Tribute to Nina Simone, natykamy się tu na tytuły, które doskonale kojarzymy, a które albo miały swój początek w dyskografii Niny Simone, albo w pewnym momencie trafiły w jej ręce, przez co zasadniczo zmieniły swój wcześniejszy kontekst. To już samo w sobie jest poważnym zobowiązaniem dla każdego, kto postanowi złożyć hołd piosenkarce poprzez własną interpretację części jej repertuaru.

Płytę Nina Revisited. A Tribute to Nina Simone, będącą nota bene muzycznym dodatkiem do przygotowanego przez Netflix filmu What Happened, Miss Simone?, można na starcie podzielić na dwie części, a właściwie terytoria — dominium Roberta Glaspera, odpowiadającego za produkcję znaczącej części materiału, oraz strefę wpływów Lauryn Hill, która od pewnego czasu musi mieć nad swoim (czy w tym wypadku oswojonym) materiałem pełną kontrolę artystyczną. Hill podpisana jest pod aż 6 z 16 numerami, które znajdziemy na krążku, tworzącymi dwa oddzielne pasaże — jeden otwierający, a drugi zamykający album. Z jednej strony można było pokładać w tej niewątpliwej dominacji Hill pewnego zamysłu artystycznego — neo-soulowa wokalistka z roku na rok coraz bardziej zbliża się bowiem do szorstkiej barwy głosu Simone. Z drugiej o wielkich oczekiwaniach mowy być nie może — Hill nie potrafi sprawnie produkować swojej muzyki — jej miksy są chaotyczne, pozbawione głębi, wypełnione chybionymi pomysłami na aranżacje. Podobnie jest niestety na Nina Revisited — w najlepszym z sześciu wykonanych utworów „Feeling Good piosenkarka co najwyżej sprawnie imituje oryginał. „Black Is the Color of My True Love’s Hair” i instrumentalne „African Mailman” odrzucają aranżacyjnym bezguściem, 7-minutowa hiphopowa wariacja „I’ve Got Life” podąża tylko sobie znaną ścieżką interpretacyjną, a francuskojęzyczne „Ne me quitte pas”, które już w wersji Niny było całkowicie do pominięcia na tle emocjonalnego oryginału Jacquesa Brela, jest być może najgorszym repertuarowym wyborem nie tylko tej płyty, ale być może w całej dotychczasowej karierze Hill.

Część Glaspera również jest nierówna. Producent znanym sposobem wygładza i ujednolica brzmienie utworów, otrzymując przyjemne, ale całkowicie pozbawione charakteru radiowe kluchy. I tu o charakter muszą zatroszczyć się sami wokaliści, z czym w większości mają problem (tu warto podkreślić, że gdyby tylko Hill pozwoliła wyprodukować swoje numery Glasperowi, z pewnością nie miałaby z tym trudności). Z sytuacji udaje się wybrnąć Jazmine Sullivan, która reggae’owy cover „Baltimore” Randy’ego Newmana bez trudu czyni swoim własnym. Całkiem nieźle prezentuje się też Gregory Porter, który co prawda nie podołał do końca monumentalnemu „Sinnerman”, ale w kontekście Nina Revisited i tak jawi się jako jedno z ciekawszych wykonań. Porter zresztą, który z repertuarem Simone miał już styczność w zeszłym roku w coverze „Don’t Let Me Be Misunderstood” współdzielonym z Jamiem Callumem, bije na głowę bezbarwną Mary J. Blige, której na płycie właśnie ta kompozycja przypadła w udziale. Nieco bardziej angażujące, choć przesadnie zalane lukrem, wydaje się „My Baby Just Cares for Me” w interpretacji Ushera i dezorientująco odmiennej od oryginalnej szacie muzycznej autorstwa Salaama Remiego.

Tak naprawdę jedynym utworem na krążku, który zasługuje na owacje na stojąco jest rewolucyjna odsłona „I Put a Spell on You” (kojarzonego zwykle ze Screamy’m Jay’em Hawkinsem, ale będącego także tytułowym numerem jednego z krążków Simone) według Alice Smith. Niemal 7-minutowe minimalistyczne ujęcie doskonale znanego tematu przez nowojorską wokalistkę w kulminacyjnym momencie przyprawia o dreszcze i pokazuje niewątpliwie sławniejszym artystom zaangażowanym w projekt, jak robi się covery będące prawdziwym hołdem dla interpretowanego artysty. Krążek bardzo adekwatnie zamyka oryginalna wersja „I Wish I Knew How It Would Feel to Be Free” Niny Simone, która stety-niestety jest drugim najjaśniejszym punktem tej w przeciwnym razie bardzo przeciętnej płyty.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure