Recenzja: Beyoncé Beyoncé

Data: 19 grudnia 2013 Autor: Komentarzy:

Beyoncé

Beyoncé (2013)

Parkwood / Columbia

„Probably won’t make no money off this…”

Postawić wszystko na jedną kartę, wydać płytę bez jakichkolwiek oficjalnych zapowiedzi i na zupełnie innych zasadach od dotychczas dyktowanych przez branżę, to decyzja, która niosła ze sobą bardzo duże ryzyko, nawet dla kogoś nazywanego na co dzień „królową”. Jednak rekordowe wyniki sprzedaży świadczą o bezdyskusyjnym zwycięstwie — Beyoncé ponownie udowodniła, że jej instynkt jest niezawodny. Podkreślając, że obecnie muzyki słucha się inaczej — fragmentami, na szybko — zagwarantowała adekwatny pakiet wrażeń. Zamiast napięcia wynikającego z niecierpliwego oczekiwania na premierę, miliony fanów na całym świecie doznały szoku na skutek nagłego pojawienia się w sieci całego, nowego wydawnictwa, zapamiętując grudniowy piątek trzynastego już chyba do końca życia. Czy było warto narażać się na tyle niespodziewanych emocji?

Piąty solowy album Knowles to kolejna skuteczna lekcja odwagi. Często mówi się o tym, że ciąża zmienia wokalistki — wracają na scenę zupełnie skupione na swoim potomstwie, albo na potrzebie udowodnienia światu, że nie straciły charyzmy, a ich ciało jest jeszcze bardziej seksowne. Bey o narodzinach Blue Ivy opowiedziała już w dokumencie Life Is But a Dream, z kolei powrót do formy udowodniła podczas The Mrs. Carter Show World Tour. W takiej sytuacji nie pozostało jej nic innego, jak skupić się na swoich twórczych możliwościach, podsumować doświadczenia zdobyte od czasu wydania poprzedniego albumu i puścić wodze fantazji. Materiał, jaki z tego powstał jest zaskakująco intymny. Pojawiają się tu tematy chorobliwego perfekcjonizmu i nieustannego bycia ocenianym na drodze do wymarzonego zwycięstwa („Pretty Hurts”), braku zaufania do wytwórni płytowych („Haunted”), pokonywania zwątpienia („Mine”), zazdrości („Jealous”) oraz śmierci („Heaven”). Pomiędzy tym wszystkim Knowles wciąga swojego słuchacza w labirynt erotycznych wyobrażeń, bezwstydnych pragnień i miłosnych uniesień, który ciągnie się przez zmysłowe „Drunk in Love”, prowokujące „Blow” i „No Angel”, perwersyjne „Partition”, aż po odważne „Rocket”. Dla równowagi znalazło się też miejsce na łagodniejsze, romantyczne „XO” oraz urokliwe „Blue”. Na szczególną uwagę zasługuje zaśpiewane w duecie z Frankiem Oceanem „Superpower” oraz powrót „Bow Down”, które tym razem zostało połączone z wypowiedzią nigeryjskiej pisarki Chimamandy Ngozi Adiche i pewnym siebie „Flawless”.

Przy powstawaniu Beyoncé pracowali jedni z najlepszych kompozytorów, muzyków i producentów, wśród których znaleźli się m.in. Pharrell Williams, The-Dream, Hit-Boy, Timbaland, Drake, Sia Fuler, Justin Timberlake, Miguel oraz nowe, bardzo obiecujące odkrycie — Boots. Współczesne R&B, klasyczny soul, hip hop, pop, funk i do tego porcja elektroniki — to strona dźwiękowa, ale pani Carter bardziej niż kiedykolwiek postawiła też na wizję, od razu prezentując kompletny zestaw siedemnastu teledysków odzwierciedlających historie i skojarzenia, jakie pojawiały się w jej wyobraźni podczas nagrywania poszczególnych kawałków. Zawartość może być dla niektórych szokująca. Owszem, Beyoncé już wcześniej śpiewała o sprawach łóżkowych i nigdy specjalnie nie ukrywała swojego ciała, ale dotychczas nie robiła tego aż tak bezpruderyjnie. Trudno tu uciec od porównań do Janet Jackson, Madonny, Rihanny czy Ciary, ale może w tym przypadku jest tak, że gdy osiągnęło się już niemal wszystko, nadchodzi moment, w którym kończy się obsesyjna samokontrola i ograniczenia, a zaczyna realizacja fantazji?

Tak, jak mówi o swoich koncertach, powinna dodać i tutaj: „This is an album for you to get lost”. Beyoncé to spójna opowieść o zaufaniu do siebie i przeżywaniu chwili wszystkimi zmysłami. Dziesięć lat po wydaniu Dangerously in Love, pani Carter jeszcze bardziej podkreśla swoją bezkompromisowość, jednocześnie pokazując, jak bardzo się zmieniła jako kobieta i artystka. Dlatego nie dziwi mnie, że to wydawnictwo ma prawie tyle samo przeciwników, co zwolenników — każdy chce wyrobić sobie o nim zdanie, ale Knowles nie może i, co najważniejsze, już nie musi się wszystkim podobać. Czekałam na płytę, która by mnie zaskoczyła — dostałam znacznie więcej i gwarantuję, że to krążek, któremu warto dać szansę, nawet jeśli tylko w celach opiniotwórczych.

„And just like you I can be scared / Just like you I hope I’m spared / But it’s tough love.”

Komentarze

komentarzy