Recenzja: ScHoolboy Q Oxymoron

Data: 27 lutego 2014 Autor: Komentarzy:

schoolboy-q-oxymoron-500x500

 

Schoolboy Q

Oxymoron (2014)

Top Dawg Entertainment/Interscope

Nastoletni gangster z Hoover Street. Tak w skrócie można nazwać bohatera tekstów z Oxymoron. Zamętu wokół wielkiego debiutu Schoolboya był ogrom. Przekładanie dat i niezdecydowanie co do tracklisty to tylko dwa z wielu problemów, które napotykał na drodze tęgi raper. Trudno sobie wyobrazić, że przynależał do gangu Crips patrząc na jego kapelusik z kangurem, ale jednak. „To gówno jest lepsze od albumu Kendricka” mówił Mac Miller, hajpując Quincy’ego. Pozwólcie, że dorzucę parę groszy od siebie apropos tego krążka.

Na dobry początek, do twórczości wyżej przedstawionego artysty podchodziłem raczej z dystansem. Myślałem sobie „Co on może nagrać? Co takiego mógłby zrobić, żeby pobić Kendricka, o czym tak namiętnie mówił”. No właśnie okazuje się, że po części miałem rację, bo Oxymoron nie zachwyca tak jak good kid, m.A.A.d city, a może czerpie z niego inspirację. Ba, w jednym numerze nawet łudząco przypomina „Sing About Me”, natomiast ma w sobie to coś co czyni go dobrym materiałem. Tracklistę otwiera „Gangsta” z agresywnym flow, natomiast zakończeniem całości jest środkowy palec skierowany do rodzinnego miasta rapera. Na albumie, który miał pokazać to prawdziwe, surowe życie w Los Angeles… Życie bez mydlenia oczu i zbędnego pieprzenia.

W porządku, przeszliśmy przez pytania „po co”, „jak” i przez otwarcie oraz zamknięcie. Czas na zawartość. Jeśli szukacie chilloutowego rapowania przy słodkich żeńskich refrenach, trafiliście w złe miejsce (pomijając lajtowe „Studio” z BJ The Chicago Kid, które notabene jest świetne, a do damskiego refrenu mu daleko). Przede wszystkim… agresja. To jest główne hasło, którym można tego cedeka opisać. I wcale nie przesadzę twierdząc, że oddaje ono w zupełności cały charakter tej płyty. Niech nie zwiedzie was w miarę spokojny ton głosu w „Los Awesome” (gdzie i tak na koniec wjeżdża Jay Rock prawie że z krzykiem), ponieważ to nadal nawijka o gangach i barbeque na ogródku z ziomkami oraz z pistoletami w spodniach. Co mamy dalej? Ach tak, BANGER z prawdziwego zdarzenia. „Collard Greens” i King Kendrick „na ficie”. Jesus, to jest po prostu hit z prawdziwego zdarzenia. „Try not to turn up”, powiedziałby Game. Macklemore w teledysku, trzęsące się tyłki no i klasyczne „hol’ up biaaaaaaaaaaatch! This your favourite song”. Dobrze, teraz jak już potańczyliśmy i jesteśmy nakręceni na więcej, dostajemy psychodeliczny bit (produkcja Mike WiLL Made It) i dowiadujemy się „czego one chcą”, czyli jak zwykle — hajsu, ciuchów od Versace, wielkiego domu i męskiego przyrodzenia. 2 „2 Chaaaaaaaaaaaaainz” Chainz znów się nie popisał. Nastąpił tu po prostu ciąg dalszy jego bardzo mało ambitnych szesnastek. Abstrahując i idąc dalej ścieżką młodego gangstera z L.A., trafiamy do sąsiedztwa Schoolboya. Hoover Street jest niebezpieczne. Wujek ćpun i wariat, ale również kochająca babcia i matka przestrzegająca młodego Quincy’ego przed narażaniem się świrowi. Słuchamy więc prawdziwej opowieści o trudach dorastania na przełomie lat dziewięćdziesiątych i początku XXI wieku dla niedoświadczonego w życiu czarnoskórego chłopaka. Prawdę mówiąc, znalazłyby się osoby, którym na tym albumie podeszłaby tylko połowa kawałków. Darcie się nie zawsze jest fajne, a tego bardzo dużo w twórczości pana Schoolboy Q. Dobrze, koniec narzekania, pora przejść do super-pozytywnego momentu.

Zaraz po dość słabo prezentującym się na tle reszty „Prescription-Oxymoron” (choć lirycznie bardzo ciekawym), świetnym „The Purge” z Tylerem i mistrzem Kuruptem, dostajemy dobre „Blind „Sing About Me” Threats” (+ Raekwon) i dopiero po tym zaczyna się tak naprawdę mistrzowski prawie kwadrans. Trzy bangery pod rząd, prawdopodobnie najmocniejszy element Antylogii. Za same te trzy majstersztyki przybiłbym piątkę z reprezentantem Top Dawg Entertainment. Pamiętacie teledysk do „Goldie” A$AP Rocky’ego? Chodzi mi konkretnie o ujęcia gdy jadą tam chłopaki samochodem. To teraz wyobraźcie sobie czarno-biały klip ze Schoolboyem, np. w Cadillacu-kabriolecie z powiedzmy Isaiah RashademSZA na tylnym siedzeniu, jarającego spliffa i nawijającego „Hell of a Night” przemierzając ulice Los Angeles nocą… Niezłe by to było. Chórkowe nucenie w tle dodaje niesamowitego klimatu temu kawałkowi. No ale dobra, dalej mamy przecież „Break the Bank” i „Man of the Year” – dwa numery, do których nie da się nie bujać. Zwłaszcza do tego drugiego — skoro rozbił bank pewnej udanej nocy, to z pewnością jest człowiekiem roku. Tylko czy człowiekiem roku okaże się również w 2015, gdy będą przyznawane wszelkie nagrody za rapsy? Oto jest pytanie.

Wracając do początku wywodu, nie sądziłem, że materiał Quincy’ego Hanley’a mnie porwie. Prawie się nie myliłem. Prawie, bo to naprawdę „good shiet”. Lubującym się w gangsta rapie jest to coś, co na pewno przypadnie do gustu. Z kolei dla tych od dziwek, koksu i fiutów, polecam Lil Wayne’a w latach 2011-2013. Reasumując, jest to ciężki materiał do przetrawienia, ale za to wart swojej ceny. Z pewnością można stwierdzić, że „living in the hood” jest trudne, mroczne, niebezpieczne i pełne pokus. Miasto aniołów, czy miasto grzechu? Spokojne życie z ziomkami czy dilowanie i wojny gangów? Spokojne życie z dziewczyną czy kobiety na jedną noc? Na te pytania odpowie wam Schoolboy Q, człowiek roku w swoim wielkim debiucie. Mimo wszystko, są to nagrania dobre i świetne, a to już coś znaczy w dzisiejszej muzyce.

Komentarze

komentarzy