Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: Takuya Kuroda Rising Son

Data: 8 marca 2014 Autor: Komentarzy:

Takuya-Kuroda-Rising-Son

Takuya Kuroda

Rising Son (2014)

Blue Note

Kielce, 7 marca 2014.

Drogi Milesie,

Co słychać, byku? Mam nadzieję, że podtrzymujesz dietę, biodro Ci nie dokucza i trzymasz się blisko z Evansem i Trane’em — Wasze nagrania do dziś sprawiają, że kapcie spadają. Wierzę też, że pogoniłeś Betty i Cicely, odnajdując upragnioną harmonię z Frances.

Sporo zmieniło się od czasu, kiedy nas opuściłeś. Muzyka przeobraziła się diametralnie, sam nie wiem czy na lepsze. Coraz rzadziej korzysta się z instrumentów, cyfrowe metody dominują. Nuty potrafi przeczytać co pięćdziesiąty gość. Z jazzem nie jest jednak tak źle. Shorter wciąż robi swoje, Hancock, Jarrett i Stańko również trzymają fason. Z powodzeniem uświadczysz też świeżych, prawdziwych cwaniaków. Groźnych i głodnych skurczybyków, którzy zasługują na rozgłos. Jednym z takich asów jest Takuya Kuroda, dla którego Twój dorobek stanowi źródło największej inspiracji.

Japoński trębacz, kojarzony dotychczas głównie z twórczością José Jamesa, wyznaczył przed sobą niełatwe zadanie. Proponując Jamesowi stanowisko producenta wykonawczego, zakasał rękawy i wziął na siebie odpowiedzialność lidera oraz głównego kompozytora. Debiutancki album Kurody w szeregach Blue Note miał okazać się najtrudniejszym sprawdzianem w jego karierze. Pewnie już się domyślasz, dla pewności napiszę jednak — Takuya spisał się medal, tworząc niezwykle wyważony, wyrafinowany i kunsztowny materiał.

Japończyk wyklarował na albumie bogatą mieszankę gatunków. Jazzowy konar wypuszcza silne soulowo-funkowe gałęzie, gęsto pokryte liśćmi w odcieniach R&B, afrobeatu i hip hopu. Nikogo nie powinny dziwić skojarzenia z warstwą muzyczną No Beginning, No End — wszak Kuroda zbudował Rising Son z pomocą klawiszowca Krisa Bowersa, basisty Salomona Dorseya, perkusisty Nate’a Smitha  i puzonisty Coreya Kinga. Różnica polega jednak na tym, że Kuroda pozwolił im zagrać przestronniej i śmielej. Zwróć uwagę na Bowersa — często ma pole do popisu, a w „Green and Gold” i „Sometime, Somewhere, Somehow” gra jak nawiedzony. Wystarczy, że posłuchasz „Afro Blues”, a zrozumiesz, co mam na myśli.

Kuroda stawia na melodyjność i harmonię. Solówki Japończyka nie są przekombinowane — staranne i przemyślane. Umiejętnie gra na emocjach. Brzmienie oddycha i trafia w czułe punkty. Sprawia, że chce się nagle zatrzymać, by za chwilę ruszyć z kopyta — w końcu wzorował się na najlepszych.

Nie mam wątpliwości, że jesteś w tej chwili w trakcie odsłuchu Rising Son. Zdolny gracz, nieprawdaż? Trzymaj za niego kciuki.

Do następnego, K.Zięba

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure