Jessie Ware - What's Your Pleasure

Recenzja: MØ No Mythologies to Follow

Data: 20 marca 2014 Autor: Komentarzy:

No Mythologies to Follow (2014)

Sony Music


Podczas gdy mainstreamowe R&B kurczowo trzyma się wypracowanych przed laty schematów, powtarzając te same banały, co najwyżej w odrobinę zmienionej tonacji, prężnie rozwijający się kontrruch, który śmiało możemy określić jako alternatywne R&B, od kilku lat zalewa słuchaczy kolejnymi propozycjami redefinicji brzmienia drugiego bieguna gatunku. Paradoksalnie współcześni twórcy w poszukiwaniu wymyślnych sposobów manifestacji swojej indywidualności, często nieoczekiwanie wpadają w zgoła podobną pułapkę — chroniczny brak charakteru.

Ku przestrodze wszystkim aspirującym twórcom, właśnie ukazał się debiutancki album duńskiej piosenkarki ukrywającej się pod niewiele mówiącym, a jeszcze bardziej zagadkowym w kwestii wymowy, pseudonimem MØ. No Mythologies to Follow odkrywa kulisy zawartości krążka jeszcze na poziomie samego tytułu, bo w istocie jest to instynktowna fuzja wszystkiego, na co można było się natknąć w niezależnej muzyce popularnej w ciągu ostatnich kilku lat. Są ukłony w stronę brytyjskiej sceny R&B, flirt z indietroniką, a całość przenika bezwarunkowa fascynacja popem ery cyfrowej.

Różnorodność rzecz jasna jest w cenie, a dywersyfikacja źródeł inspiracji oczywiście nie jest niczym złym, ale im dalej w las w pożyczaniu kolejnych elementów od otoczenia, tym większe ryzyko, że efekt końcowy okaże się trywialny i bez wyrazu, zwłaszcza, jeśli nie potrafimy się zdecydować czy chcemy brzmieć bardziej jak Florence + the Machine, Lykke Li, The Weeknd czy AlunaGeorge. I właśnie już w samym tytule No Mythologies to Follow tkwi jego największa tragedia — że z przekąsem posłużę się tak głęboko osadzonym właśnie w mitologii słowem. To symbol, idea, może nawet doktryna nakreślona wyraźnie i jednoznacznie, której skutkiem jest modnie oprawiony produkt na nowe czasy dla nowego odbiorcy. Tutaj należy doprecyzować, że chodzi o współczesnego odbiorcę globalnego, któremu na każdym kroku wmawia się, że jest wyjątkowy i potrzebuje dla siebie równie niepowtarzalnych gadżetów. A jednym z nich, na pewnej płaszczyźnie nawet najważniejszym, bo niejako pozycjonującym resztę, jest właśnie muzyka.

I tu z pomocą przychodzą Sony Music i MØ. Wielkie wytwórnie już dawno temu odkryły potencjał internetu i przeliczyły na dolary gusta wychowanej w jego ramach grupy odbiorców. A skoro najpewniej nie uda im się sprzedać nowego singla Katy Perry, to już rozważna inwestycja w pracowitego i do pewnego stopnia samokreującego się młodego wykonawcę najpewniej okaże się znacznie bardziej efektywna. Nie szukając daleko, wystarczy przypomnieć sobie głośny debiut Lany del Rey, która niezależna była co najwyżej od ograniczeń w rotacji jej singli w stacjach radiowych, a za jej songwriterskim geniuszem czaił się cały sztab pracowników kreatywnych i specjalistów od tworzenia wizerunku w Interscope.

To nie żaden precedens, ani tym bardziej szablon, który moglibyśmy przyłożyć bezwiednie do MØ, a jedynie dowód, że to, co współcześnie niejednokrotnie próbuje się sprzedać odbiorcom jako jedyne w swoim rodzaju, bardzo często jest jedynie marketingową kreacją, a na poziomie faktycznej treści okazuje się wydmuszką.

To co prawda nie przeczy temu, że No Mythologies to Follow może się podobać, ale rzuca pewien cień na i tak już niedoskonały materiał naszpikowany takimi zagwozdkami jak „Don’t Wanna Dance”, które niemal żywcem pożycza frazę w refrenie z przeboju Mando Diao o podobnym tytule, czy „Dust Is Gone”, będącym pod każdym względem idealną imitacją wydumanych ballad wspomnianej Lany del Rey. W tej sytuacji z werdyktem czy MØ ma od siebie coś ciekawego do zaoferowania, najbezpieczniej będzie poczekać do jej kolejnej płyty.

Komentarze

komentarzy

Jessie Ware - What's Your Pleasure