Wydarzenia

Recenzja: Moodymann Moodymann

Data: 2 kwietnia 2014 Autor: Komentarzy:

artworks-000063975411-zy9qis-t500x500

Moodymann

Moodymann (2014)

Mahogani

Znacie Moodymanna? Jeśli nie, to absolutnie warto sięgnąć po twórczość tego pana, rozpoczynając od odtworzenia omawianego albumu. Startując z wysokiego pułapu, dlaczego by nie sięgnąć po winylową alternatywę i dwanaście esencjonalnych kompozycji, w których producent zwyczajowo już wypływa na ocean międzygatunkowych crossoverów, demonstrując jak bynajmniej nie wpaść w pułapkę oldschoolowego house’owego ducha straszącego z Detroit.

Dokładnie dwie dekady temu Kenny Dixon Jr. wydał pierwszego singla. Od tego też czasu wzbudza szacunek i uznanie, będąc u boku Theo ParishaRicka Wilhite’a (bezsprzecznych królów) eksportowym dobrem tamtejszej sceny klubowej. Co tu dużo gadać, Moodymann to stary deepowy wyjadacz, jeden z protoplastów detroit techno, gwiazda światowego formatu. Nie jest to płyta taneczna w sensie stricte klubowym, za to kasuje rasowym groovem, pokazując jak stworzyć energetyczny mix i wzniecić żar w czasach wszędobylskiej, współczesnej, inżynieryjnej elektroniki, choć nikt nie twierdzi, że złej.

Właściwie jest tu tylko to, co dobre. Na pewno jest to absolutnie bezbłędny „Lyk U Use 2”, prywatny numer jeden, nowy utwór, w którym Moodymann przekazuje produkcyjny ster koledze z podwórka — Andrés’owi, rysującemu muzyczne szkice, w rytm zmiennego tempa perkusji i porządkującego wszystko basu, robiąc bezbłędny sztafaż pod sentymentalną historię nieszczęśliwej miłości, wyśpiewanej przez Moodymanna. Niezaprzeczalnie jest to też utwór „Sloppy Cosmic” — dwunastominutowa, funkowo-bluesowa wariacja Moodymana na pochodzącym z 1973 roku numerze „Cosmic Slop”, kultowego Funkadelic.  Oczywiście jest to też revival „Desire” José Jamesa z dodatkowymi partiami pianina, elegancko zdynamizowane, oscylujące w house’owym tempie, nietracące na swej dostojności. Na szczęście znalazło się tu też miejsce dla odświeżonego, wydanego jakiś czas temu klubowego, gęstego, transowego, basowego „Freeki Muthafuka” z właściwymi artyście hedonistycznymi wokalizami, a raczej urzekającymi pomrukami, choć i tak najznakomitszym hołdem wobec technicznej, elektronicznej proweniencji Moodymanna jest tu deep house’owy „Suday Hotel” z samplowanym „Mannish Boy” od Muddy Watersa.

Ten mistrzowski, misterny kolaż oldschool’owych soulowych i funkowych sampli oraz klasycznego deep house’owego, technicznego vibe’u, od artysty z jednej strony definiującego gatunek, a z drugiej strony pokazującego jak skutecznie wszystkie granice zacierać, zasługuje co najmniej na sprawdzenie. Poszukiwacze łatwej atrakcyjności mogą sobie darować odtwarzanie albumu, będącego jednocześnie pozycją obowiązkową dla wszystkich szukających w muzyce tego, co wieczne.

Komentarze

komentarzy